Psoty
Skąd się bierze przekonanie, że w dzisiejszych czasach dzieci to, albo dzieci tamto? Że kiedyś dzieci były grzeczniejsze? Byliśmy inni, to prawda, ale psociliśmy tak, że wstyd się teraz przyznać.
Skąd się bierze przekonanie, że w dzisiejszych czasach dzieci to, albo dzieci tamto? Że kiedyś dzieci były grzeczniejsze? Byliśmy inni, to prawda, ale psociliśmy tak, że wstyd się teraz przyznać.
W piątkowym wydaniu Gazety Wyborczej, dodatku lubelskim z dnia 19 lutego 2010 r. ukazał się krytyczny artykuł Karola Adamaszka pt. „On już czeka prawie czterysta lat.”
Zawsze wypada we wtorek przed środą popielcową i jest wesołym wieczorem z kolacją w gronie znajomych.
Strasznie chciałem mieć sanki. Chciałem, a nie miałem. No nie miałem sanek!
Nic dziwnego, że zimową porą częściej mówi się o nartach i narciarstwie. Nic dziwnego, że częściej mówi się na ten temat w Kazimierzu.
Zima jest ciężka. Któregoś dnia kierownik mówi: „Idźcie do domu, zamykamy szkołę, 30 stopni mrozu”. Jaka radość.
Łażenie po lodzie, po zamarzniętej Wiśle było przed laty praktyką powszechną. Spacerowano, fotografowano się, ślizgano, przechodzono na drugi brzeg.
Poważnym sportem była jazda na nartach za motocyklem. Odbywały się nawet zawody w tej dyscyplinie.
„Książę powinien w odpowiedniej porze roku ofiarować ludowi święta i zabawy”
Były to i są zabawy w karnawale, głównie dziecięce, ale niegdyś bardziej popularne i wyszukane, co więcej – rodzice też brali w nich udział.
Jazda saniami, odkąd przestała być koniecznością, stała się rozrywką, niegdyś bardzo popularną.
Bal był zawsze w spichlerzu na dole, grała orkiestra Księskiego.
Zmiany klimatyczne to chyba nie jest ani propaganda, ani wymysł. Mam 50 lat i widzę wyraźną różnicę między tym co jest dziś a jak było dawniej.
Ten dom jest przedziwny: widzi się właściwie sam jego dach (a raczej: widziało się, póki nie runął).
Pani Pela hodowała kozę…
Ludzie przejeżdżali tamtędy, traktem, to się każdy pomodlił, przeżegnał. Dlatego to jest ważna figura. Nie tylko dlatego, że poświęcona, ale i ludzką uświęcona modlitwą.
Martwe te sieroty porzuciła wojna byle gdzie, ale Polska Ludowa zadbała, by przytuliła je obca ziemia cmentarna, ziemia, na której zginęli.
Do moich obowiązków należało wiele rzeczy: i strojenie ołtarza, i ubieranie Grobu w Wielkanoc, i szopki w Boże Narodzenie, i służenie do mszy, i przy ślubach. Przez całe 47 lat odprowadzałem pogrzeby i kopałem groby
Ruskie jak przyszli, to mieli ze sobą taki sprzęt. Pierun wie, kto to robił: czy przywieźli z Rosji, czy gdzieś na zapleczu frontu dali zlecenie i ktoś robił. W każdym razie te „łódki” służyły do transportu rannych.
Kiedy blisko 15 lat temu trwały prace nad przygotowaniem, nie istniejącej już, ekspozycji historii Kazimierza Dolnego w Kamienicy Celejowskiej, do zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego trafił dziwny eksponat.
Czasami zastanawiam się co sprawia, że tak bardzo kocham Kazimierz Dolny.
Ojciec mówił nieraz: „jak ty dziecko to pamiętasz?”
Bardzo chcę napisać o Kazimierzu – to, co pamiętam.
Tak dawno nie mówiłam o tych rzeczach, ileż lat… Nie mam z kim. Młodzi się nie interesują, nawet nie lubią, „oj daj spokój”, mówią. „Po co to wspominać?”
Sabcia i Jadzia, lata okupacji „Amerykan” to znaczy „mężczyzna przystojny”. Podobno nasz tata był taki właśnie „amerykan”. Na imię miał Grzegorz, przyjechał do Puław gdzieś z Polski, do pracy. Był komendantem, najpierw w wojsku, a potem poszedł na policjanta. Wtedy jeszcze nas nie było na świecie. A w Kazimierzu miało miejsce zdarzenie, że ktoś pokradł konie. Wezwali więc policję i przyjechał tatuś, bo był na służbie. Mamusia zaś nasza miała na imię Urszula, z domu […]
Zawiła historia i splot różnych okoliczności sprowadziły moją rodzinę do Kazimierza.
30 sierpnia 1959 r. trwały ostatnie prace porządkowe, a 1 września zabrzmiał pierwszy dzwonek.
Modernistyczny budynek, nowoczesny, o wyważonej skali znakomicie się wpisał w Kazimierz.
W dzieciństwie z Mamą byłem chyba dwa razy. A potem, już przy okazji „Podróży za jeden uśmiech”, we wrześniu 1971 r.
Szkoda, że to tekst pisany. Narracja Pani Wisi z wyraźnymi akcentami, pięknym, obrazowym językiem i głębokim tembrem jest niemożliwa do odtworzenia. Nie słowami. Minęło tyle lat, a ja ciągle słyszę ciemną barwę i niskie rejestry. I prawdziwe fabuły.
„Budynek ten został oddany do użytku w 1968 r. i od początku spotykał się z wielką krytyką” – mówi były konserwator zabytków, p. Jerzy Żurawski.
… czyli tym wszystkim, czego dziś na straganach już nie ma. O Babci i Paniach ze straganów opowiadają Ania i moja Mama.
Wisła to była dzika rzeka. Była i jest.
Autokar zawiózł wycieczkowiczów na Góry, na kwaterę. Umówili się, że zaraz po tym, jak się rozlokują, wróci po nich z przewodnikiem. Wrócił, zaczęli wsiadać…
Kazimierzak w ogóle Wisły się nie bał, Kazimierzak Wisłę znał.
Wisła dochodziła aż tam daleko… nie było ostróg, nie było plaż, nie było piachów.