Przez ruiny i zgliszcza. Kazimierz Dolny
Mordechaj Canin

„Między zielonymi leśnymi wzgórzami a cichą Wisłą, w dolinie niczym w miękko wyściełanej kołysce leżało miasteczko Kazimierz. Jeszcze zanim Kazimierz stał się miastem, istniała tam już maleńka gmina żydowska1, rozwijająca się w sąsiedztwie królewskich spichlerzy postawionych przy drodze do Warszawy, Płocka i Gdańska.
Cudowne czasy rozkwitu przeżył Kazimierz. Nad miasteczkiem, na zielonym wzgórzu wznosił się zamek króla Kazimierza Wielkiego, który miał za żonę żydowską córkę. Esterka miała na imię. W malowniczym Kazimierzu powtórzyła się historia królowej Estery z miasta Suzy – tym razem z małej wioski Bochotnica nad Wisłą. I miłość króla do żydowskiej córki opromieniała również żydowski Kazimierz. Żydzi pracowali i handlowali od Puław do Gdańska, wysyłali żyto i pszenicę z polskich pól, spławiali rzeką drewno, a pobożne pokolenia rosły jedno po drugim.
Mieli kazimierscy Żydzi bóżnicę – skarb i chlubę na całą Polskę. Stała ta bóżnica między wąskimi uliczkami, otoczona domkami i strzeżona jak jedynaczka, oczko w głowie. Gościom przyjeżdżającym do Kazimierza pokazywali Żydzi bóżnicę i wskazywali na rok, w którym ją zbudowano, jeszcze w jedenastym wieku – 10992. I tak jak Żydzi w dolinie kochała tę bóżnicę również królowa Ester miłością żydowskiej córki. Wysłała z królewskiego pałacu podarunek – parochet własnoręcznie wyhaftowany złotymi nićmi. Złoty wąż, który namówił Ewę do złego, powyginany w niezwykły sposób przez setki lat głosił z parochetu w kazimierskiej bóżnicy pierwszy ludzki grzech – grzech wiedzy. A dwie srebrne korony do ostatnich dni Kazimierza zdobiły stare głowy zwojów kazimierskiej Tory.
Kazimierscy Żydzi kazali napisać pięknym pismem na pergaminie modlitewnik z błogosławieństwem dla króla Kazimierza i narysowali obrazek, na którym król przyjmuje delegację Żydów przybyłych z podziękowaniem za łaskę, jaką obdarzył świętą gminę.
Król umarł, królowa umarła, ale kazimierska gmina została i trwała wiek za wiekiem – porządni, dumni Żydzi. Ze wszystkiego byli dumni kazimierscy Żydzi: z miasta, z bóżnicy i ze studni, co stoi pośrodku rynku, z Wisły, która przepływa obok miasteczka, z Esterki, która zdobyła względy dobrego króla, a przede wszystkim dumni byli z siebie – pracowitych i uczciwych Żydów.
Kto nie widział, z jakim pietyzmem kazimierski gabaj reb Szaje Kaplan wyciąga dla gości srebrne korony ze srebrnych skrzynek3, jak wyjmuje cenne etrogi, ten nie wie, jak wygląda szacunek dla świętości. Nie pozwalał niczego dotykać, by dzwoneczki nie zniszczyły się od dzwonienia, by delikatne wzory nie znikły, Boże broń, ze starego srebra…
Piękno Kazimierza przyciągało żydowskich malarzy, którzy znaleźli tam źródło magii i wielobarwny śpiew wody i lasów; osobliwa błogosławiona jasność opromieniała tam twarze żydowskich staruszków i staruszek, jasność, która tak cudownie przelewała się na płótno obrazów i znajdowała swój wyraz w ognistej miedzi.
Który żydowski malarz nie przyjeżdżał czerpać z kazimierskiego źródła? Natan Korzeń znalazł tam tajemniczość dla swoich krajobrazów, Wicek Brauner odkrył pobożny spokój żydowskich oczu, Jasza Śliwniak wykuł w miedzianej blasze wizerunek kazimierskiego Żyda, Natan Szpigel uwiecznił ciszę żydowskich uliczek, Feliks Frydman w cieniu kazimierskich wąwozów znalazł głębię swoich kolorów.
A nad brzegiem Wisły Tykociński wydobywał złoto z błogosławionej kazimierskiej jasności.
Latem Kazimierz tryskał młodym żydowskim życiem. Z wielkich nagrzanych miast przyjeżdżała tu tłumnie żydowska młodzież. Na zalesionych zboczach wzgórz dzieci rozbijały letnie obozowiska. Na złotym piasku przy brzegach Wisły syciły się świeżym powietrzem i słońcem, których tak niewiele miały na co dzień. Wąskie górskie ścieżki, wąwozy dniem i nocą rozbrzmiewały żydowskim śpiewem i radością. Tu marzenia uwalniały się z wielkomiejskich pęt i cieszyły swobodą. Nad Wisłą Żydzi z siwymi brodami wynajmowali łódki żydowskiej młodzieży i po tysiąc razy powtarzali cudowne opowieści o królowej Esterce, której zamek w ruinie do dzisiaj stoi na zboczu w sąsiedniej Bochotnicy. I rozpalone tęsknoty prowadziły później młodzież do królewskich ruin, gdzie każda cegła wydawała się szeptać miłością, czułością, romantyką dawnych czasów.
A wieczorami na zboczach wzgórz pojawiały się płomyki ognisk, przy których żydowska młodzież śpiewała i tańczyła do późna.
Śpiewom dochodzącym ze wzgórz i z wąwozów przysłuchiwali się starsi urlopowicze z zamożnych pensjonatów, z drżeniem serca uczestniczący w radości Kazimierza.
W piątkowe wieczory kazimierski rynek rozbrzmiewał własnym śpiewem. Wydawało się, że słońce zachodzące nad miasteczkiem samo, ostatnim promieniem zapala szabasowe świece. I święty szabas rozpościerał się nad Kazimierzem: nad rynkiem, nad studnią w rynku i nad dachami żydowskich domków. We wszystkich oknach świeciły świece szabasowe, a spracowani kazimierscy Żydzi napawali się pięknem swego miasta. Cichły wówczas pieśni w wąwozach i na wzgórzach, jakby szabas nie chciał podnosić głosu. I wydawało się, że nawet Wisła płynie teraz ciszej, wolniej, przygląda się cichemu czarowi kazimierskiego szabasu i odpływa do morza pobożna, szabaśna…
Kiedy teraz przyjechałem do Kazimierza i miałem przed sobą zrujnowane miasteczko, zrujnowany rynek i zrujnowane uliczki, musiałem się upewnić, czy nie zabłądziłem w inne miejsce.
Zatrzymuję jakiegoś przechodnia:
– Jestem Anglikiem, angielskim dziennikarzem, słyszałem, że wasze miasteczko ma historyczne walory, czy może mi pan wskazać kogoś, kto mnie poinformuje, co tu było dawniej?
– Tak – mówi – tam wyżej, obok ruin królewskiego zamku mieszka pewien malarz, który dobrze zna miasteczko. Także tu, w aptece – pokazuje – mogą panu opowiedzieć. Ja jestem tutaj nowy, niedługo mieszkam w Kazimierzu, nie potrafię panu pomóc.
W aptece wita mnie stareńka kobieta o twarzy zoranej przez czas i smutnych oczach. Nie mieszka długo w Kazimierzu – mówi. To znaczy: urodziła się tutaj, nawet przez wiele lat była w radzie miejskiej, ale w czasie wojny opuściła miasteczko i wróciła tu dopiero dwa tygodnie temu. Kobieta patrzy mi prosto w oczy, szuka czegoś w mojej twarzy i wpatruje się w mój nos, dokładnie tak jak ja przyglądam się jej nosowi o orlim kształcie. Czuję, że chce o coś zapytać, i w końcu to robi:
– Pan nie jest z Polski? Mówi pan po polsku z akcentem.
– Tak – odpowiadam. – Jestem Anglikiem. Interesuje mnie miasto króla Kazimierza Wielkiego. Był wielkim przyjacielem ludzi – mówię.
– Tak, był ojcem naszego miasta… – uśmiecha się przy słowie „naszego”. – A dlaczego interesuje pana właśnie Kazimierz? Czy nasze miasto jest takie popularne za granicą?
– U nas – mówię – znanych jest wiele polskich miast i miasteczek. A mnie interesują wszystkie zrujnowane Kazimierze w Polsce…
Kobieta łapie mnie za rękę i mówi cicho:
– To wielkie przeżycie dla mnie, że pan tu przyjechał… Chcę panu coś powiedzieć… Wszystko panu opowiem, ale muszę się trochę uspokoić… Tak niewielu cudzoziemców do nas przyjeżdża…
Idę do tego malarza, ale nie zastaję go w domu. Jego żona zaprasza mnie do pracowni. Oparty o ścianę stoi tam wielki, niedokończony obraz: ranny Jezus na rękach Marii, a niżej scena przedstawiająca kobietę pochyloną nad rannym polskim żołnierzem.
– Kościół w Puławach zamówił ten obraz u mojego męża – mówi żona malarza – ale on teraz ma mało czasu na pracę. Budujemy w mieście duży pensjonat i to niestety pochłania cały czas…
– Zdaje się – przerywam jej – że Kazimierz był mekką malarzy.
– Tak – odpowiada – kiedyś mieszkało tu wielu Żydów i pracowało wielu żydowskich malarzy.
– Czy zachowały się jakieś stare obrazy?
– Prawdopodobnie nic. W ogóle mało zostało żydowskich rzeczy. Ludzie wszystko pozabierali, a ciekawsze rzeczy się spaliły.
Mały chłopczyk, synek malarza, który pojawił się w pracowni, wykrzykuje:
– Mamo, w skrzyni w komórce leży świecznik!
Kobiety to nie speszyło:
– Kiedy „naród” rabował, na drodze przed naszymi drzwiami znaleźliśmy świecznik, czy coś w tym rodzaju, ośmioramienny, bezwartościowa rzecz z mosiądzu…
– Chciałbym to zobaczyć – mówię.
– Mamo, przyniosę! – woła chłopczyk.
– Nie, nie trzeba – odpowiada matka spokojnie. – To bezwartościowy grat…
– Gdyby to nie było kłopotem, jednak prosiłbym o pokazanie. U nas w Anglii bardzo interesujemy się starymi żydowskimi rzeczami, nawet jeśli są to bezwartościowe graty – mówię flegmatycznie.
– Naprawdę trudno mi teraz iść i szukać wśród staroci i szmat.
Chłopczyk jeszcze raz zawołał, że wie, gdzie „to” leży, i jest gotów „to” przynieść. Matka stanowczo odesłała dziecko z pokoju, a ja poszedłem zobaczyć się z jej mężem malarzem budującym pensjonat w Kazimierzu…
Spotkałem tego osobnika przy pracy. Jest gotów mnie oprowadzić i pokazuje mi ratusz, historyczny budynek, właśnie restaurowany, kilka starych kamieniczek w trakcie remontu i kościół, który już doprowadzono do stanu sprzed wojny. To wszystko, co ma mi do pokazania w Kazimierzu. Mówię:
– W katalogu sztuki widziałem starą żydowską bóżnicę z Kazimierza.
– O – mówi – takie rzeczy też pana interesują?
– Bardzo. U nas w Anglii interesuje nas wszystko, co zostało po Żydach – odpowiadam.
– Prawie nic nie zostało – odpowiada krótko, po czym idziemy do synagogi.
I oto, co zobaczyłem:
Cała uliczka prowadząca do bóżnicy jest zrujnowana. Z bóżnicy zostały tylko grube kamienne ściany. Wszystkie żydowskie domy w rynku (a prawie wszystkie należały do Żydów) są w ruinie. A mój przewodnik opowiada, że Kazimierz palił się dwa razy: na początku wojny, kiedy Niemcy zajęli miasto, i później, gdy Niemcy i Rosjanie walczyli nad Wisłą. Za każdym razem bóżnica uchodziła cało, ale została złupiona przez okoliczną ludność, bo wszystko, co piękne, było zrobione z drewna: stylowy dach, aron ha-kodesz, strop, bima i podłoga. Chłopi potrzebowali drewna na opał podjeżdżali więc furmankami pod bóżnicę i rąbali drewno jak w lesie. Nawet Niemcy uszanowali bóżnicę – opowiada malarz. Mój rozmówca wyjaśnia, że budynek jest zabytkiem. Ale chłopom nie dało się niczego wytłumaczyć, bo było zimno, a do bóżnicy i besmedreszu bliżej niż do lasu… W taki sam sposób rozebrali wiele żydowskich domów.


Gehenna zaczęła się dużo wcześniej: podczas wielkich mrozów w styczniu 1940 roku wypędzono kazimierskich Żydów z domów i razem z puławskimi zapędzono pieszo do Opola. Po drodze Niemcy i Ukraińcy zastrzelili tysiące Żydów, których zwłoki zostawili na szosie. Pozostałych przy życiu zapędzono do obozu, a w 1941 roku wszystkich zamordowano w Bełżcu4.
Gdy Żydów wygnano, polska ludność przystąpiła do rabunku. Druga fala rabusiów ściągnęła nawet z odległych wiosek. A malarz mi się zwierza:
– Akurat tego dnia, kiedy Żydów wypędzono z miasta, nie było mnie w domu. Wróciłem dzień później, kiedy wszystko już było rozgrabione… W bóżnicy nie było ani kawałeczka srebra. Zagrabiono ukryte wcześniej srebrne korony, lichtarze, wszystko. Znalazłem tylko jedną mosiężną lampę ośmioramienną. Tyle zostało ze skarbów bóżnicy.
Biedny malarz, który buduje teraz własny pensjonat, biedaczek nie wiedział, że o tym samym ośmioramiennym świeczniku jego żona opowiedziała mi inną historię.
– A może zachowało się u pana więcej żydowskich rzeczy? – pytam.
– Tak – mówi – kupiłem je od chłopa, który rabował bóżnicę. Zapłaciłem mu cukrem i dodatkowo namalowałem portret jego żony. Ale Torę już sprzedałem. Dostałem za nią dziesięć tysięcy złotych.
– Żadne żydowskie obrazy się nie zachowały?
– Ha – macha ręką – żydowskich obrazów były setki. Ale wszystkie rozkradziono. W zimne dni palono nimi w piecach, tylko trochę przetrwało u kazimierskiego kupca Tadeusza Ulanowskiego5. Okna nie miały szyb, więc żołnierze wypełniali obrazami puste framugi. Resztą palili w piecach. U innego malarza, który mieszka nad Wisłą, są aksamitne „sukienki” na Torę i drobiazgi ze srebra.
Po spotkaniu z malarzem idę do kupca, który ma żydowskie obrazy. Zamiast niego spotykam jego żonę. Na początku boi się rozmawiać, ale kiedy pokazuję jej mój brytyjski paszport i mówię, że jestem dziennikarzem, wyznaje, że ma obrazy Natana Korzenia i Natana Szpigla. Tylko nie wie, gdzie mąż je schował:
– Może na strychu, a może gdzieś indziej.
Przypadkowo zajrzałem do drugiego pokoju i zobaczyłem ściany zawieszone pejzażami. Chciałem tam wejść, ale zamknęła drzwi, wykrzykując:
– Córka tam śpi!
Wszystko stało się dla mnie jasne.
Kiedy wróciłem na rynek, miasto już wiedziało, że przyjechał angielski dziennikarz i wypytuje o Żydów. Z nielicznych sklepików przy kościele, z restauracji wyglądali ludzie, śledząc moje kroki.
Wszedłem do apteki. Staruszka ucieszyła się na mój widok i zaprosiła do pokoju na zapleczu.
– Domyśliłeś się, że jestem Żydówką? – pyta. – Nazywam się Nisnson6. Jestem pierwszą Żydówką w Kazimierzu od wojny. Żydowska noga nie powinna stąpać po tej ziemi. Zanim wprowadziłam się do miasta, dałam dwadzieścia tysięcy złotych na zegar dla kościoła i ksiądz w niedzielę powiedział z ambony, żeby pozwolono mi mieszkać w Kazimierzu, bo zwrócono mi aptekę i będę tanio sprzedawać lekarstwa. Chłopki przychodzą teraz do mnie i uniżenie całują mnie w rękę, żebym im dała takie dobre lekarstwo jak przed wojną. Ale mąż bał się tu przyjechać. Zabiliby go. Mają za wiele na sumieniu. Boją się spojrzeć Żydowi w oczy. Mój mąż mieszka w Łodzi, a ja tutaj.
– Cóż, ja także jestem Żydem – mówię.
– Zorientowałam się – mówi z radością – bo który goj interesowałby się dzisiaj Żydami? Ale bądź ostrożny. Ten malarz już u mnie był i powiedział, że angielskiego dziennikarza interesują tylko Żydzi. A on buduje pensjonat. Przed wojną był biednym chłopskim synem, a dzisiaj jest najbogatszym mieszkańcem Kazimierza. Kupiłam od niego Torę za dziesięć tysięcy złotych, ale on chce ode mnie jeszcze więcej pieniędzy. Ma wiele żydowskich skarbów. I nie tylko on. Wszyscy w mieście „odziedziczyli” po Żydach. Czego nie udało im się zrabować, odkupili od Niemców. Dzisiaj żyją z wyprzedaży żydowskich rzeczy. Jak widzisz, dziś Kazimierz to ruina. Już nikt tu nie przyjeżdża. Przed wojną mieszkało tu ponad trzy tysiące Żydów, w letnie miesiące zjeżdżały tysiące gości7. Dzisiaj po Kazimierzu krąży widmo śmierci. Nic nie zostało. Widziałeś rynek? Widziałeś zrujnowane domy?
Pożegnałem się z tą kobietą i wyszedłem na rynek. Na ścianach zburzonych żydowskich domów znalazłem jeszcze napisy w jidysz wzywające kazimierskich Żydów do głosowania na listę numer siedem w wyborach do gminy…
Pożegnałem się z ostatnimi żydowskimi literami na kazimierskim rynku i przez Wisłę przepłynąłem łodzią na drugi brzeg, gdzie leży maleńkie miasteczko Janowiec.”
Mordechaj Canin, Przez ruiny i zgliszcza
Tytuł oryginału: איבער שטיין און שטאק (Iber sztejn un sztok), Tel Awiw 1952.
Przełożyła z jidysz Monika Adamczyk-Garbowska, Warszawa 2019.
Przypisy:
- Tekst przywołuje gminne legendy niezgodne z faktami historycznymi. ↩︎
- Pierwszą drewnianą synagogę w Kazimierzu zbudowano najpewniej ok. połowy XVI w., niedługo potem spłonęła, a na jej miejscu postawiono kolejną drewnianą, tę na pocz. XVII w. zastąpiono budynkiem murowanym. W 2. poł. XVIII w. w tym samym miejscu stanęła synagoga, która przetrwała do II wojny światowej; wyremontowana z wojennych zniszczeń istnieje do dziś. ↩︎
- Chodzi tu o korony na Torę. ↩︎
- Żydowskich mieszkańców Puław zapędzono do Opola Lubelskiego w ostatnich dniach grudnia 1939 r., wielu zginęło po drodze. Słabych i chorych Niemcy zabijali na miejscu. W marcu 1940 r. utworzono w Kazimierzu otwarte getto. Część jego mieszkańców zmuszono do pracy w obozach w rejonie Puław, część – w obozie pracy w Kazimierzu. Na początku marca 1942 r. w getcie przebywało ok. 1,4 tys. osób. 26 marca 1942 r. pierwszą grupę wypędzono z miasta i doprowadzono do Opola Lubelskiego, skąd po kilku dniach wysłano do Nałęczowa; tam dotarła też reszta mieszkańców kazimierskiego getta. 31 marca 1942 r. wszystkich wywieziono do ośrodka zagłady w Bełżcu. ↩︎
- Prawdopodobnie Canin pisze o przedwojennym burmistrzu miasta. ↩︎
- Apteka w rynku należała do Marii i Stanisława Lichtsonów; nie wiadomo, czy Autor celowo zmienia nazwisko, czy przez pomyłkę. Niedawno w miejscu apteki powstał sklep Lewiatan. ↩︎
- Przed wojną w Kazimierzu mieszkało ok. 2,5 tys. Żydów – 54% ludności miasta. ↩︎