Wisła. Najsmutniejsza opowieść Pana Rysia.
fot. Kurier Lubelski

opowieści
pogrzeb

pogrzeb

A tej... tej... wycieczki....to lepiej nie wspominać.

To było w 63 r., bo ja jeszcze do szkoły chodziłem, do zawodówki, do II albo do III klasy. Przyjechała wycieczka, a my wtedy wszyscy - bo to był taki dzień, taki dżdżysty; zimno, chłodno, nieprzyjemnie... Ale zacznę od tego, że my zawsze chodziliśmy na siedmiometrówkę się kąpać. Fajna tam była woda, głęboka, dla nas dobra, żeby ponurkować. A tego właśnie dnia - tak jak ci zacząłem mówić - akurat poszliśmy na Krzyżową Górę grać w karty, w oczko, w pokera. Cała ferajna nasza tam siedziała. I w pewnym momencie słyszymy, a tu syrena wyje. Wszystkie baty (wtedy już miały silniki), wszystko, co się dało, co na wodzie stało, to płynęło w górę. Mówimy: coś jest nie tak. Ale zanim piechotą żeśmy dobiegli z Krzyżowej Góry do PTTK-u, to już było po wszystkim. To tylko aby... To było najokropniejsze.... Co tej babie strzeliło do głowy, tej wychowawczyni, że wzięła tam te dzieci???! One szły, to była przykosa, piasek i od razu taki lotny piasek, co się pod nogami obsypuje. I już tylko głębina! A niżej była tama, rozumiesz?! I one po takiej, TAKIEJ niskiej wodzie sobie szły, trzymały się za ręce i biegiem. I było... jak... jak... jak żurawie! Sznur! Wpadły pierwsze i ciągnęły drugie za sobą.

Trzynaścioro dzieci się utopiło. A wychowawczyni nie. Ona dostała od razu... to znaczy obłędu dostała i z Rynku ja zabrali prosto do Abramowic. Nie mogę o tym mówić, widzę to cały czas przed oczami. Nurkowaliśmy, szukaliśmy, ale udało się dwóch chłopaczków tylko wyciągnąć, bo tam była tama i ich pod tą tamę zabrało. A inni wzdłuż tamy popłynęli, za tamę, zawirowanie było i trzeba było szukać. Do końca czekali na znalezienie chłopczyka i dziewczynki...Po kilku dniach znaleziono ich dopiero gdzieś chyba aż w Parchatce czy coś. Jedno z pierwszych dzieci wyciągnął od razu M., a resztę nurkowie. Schodzili do wody, penetrowali, co - gdzie tam mogło być, wyciągali tylko te... i co wyciągnęli, to rodzice...- oni taryfami, wszystkim, z Lublina - i fik! - już na brzegu leży. Lekarz zaraz do tych rodziców. A najgorzej było na Rynku, bo na Rynek wszystko przyjeżdżało. Wysiadają i nikt nie wie, które dziecko żyje, które nie żyje. Tu matka miała jakieś dziecko... do taryfy... płacz. A tu... twojego nie ma i ......... wszystko, wszystko mdlało. Coś okropnego, co się na Rynku działo. Autokar stał, ale żadne dziecko już autokarem nie odjechało. Te dzieci, co zostały, to rodzice zabrali, a ci, te, co zostały w Wiśle... ... ....

To było przed samą studniówką w zawodówce. Nie studniówką, przed balem maturalnym. I wtedy po raz pierwszy ten bal się nie odbył, ani w zawodówce, ani w liceum. Była żałoba. Poodwoływane były wszystkie zabawy.

Pamiętam tych rodziców. Na początku nikt nie wiedział, które żyją, które nie żyją. Szczęśliwi ci, co pozabierali dzieci i wyjechali, a reszta stała na brzegu. I znów: wyjechali ci, którzy - już nieżywe - zabrali. A rodzice tych, co nie wyszły z wody, czekali i czekali, żeby ciała zabrać. Straszne. Ostatnie wyłowili chyba po 6 dniach. Z pogrzebem czekali na ostatnie, żeby wszystkie razem były pochowane. I leżą wszystkie w jednej alejce. Ja nie byłem na pogrzebie, nie mogłem, ale dużo ludzi z Kazimierza pojechało. To największa tragedia, w Kazimierzu drugiej takiej nie było. A wszystko to miało po 12 lat, dziewczynki, chłopcy... Pamiętam tą ich panią, czarna taka. Diabeł ją wtedy poprowadził. Bo gdzie w taka pogodę!!! Niby woda po kostki, jak to się mówi, ale co? Ona nie znała wody, a tam od razu nurt, a poza tym taki piasek, że nawet ty byś nie wylazła. Nawet jakbyś umiała pływać. Zapadasz się w piasek - i tak, jak te piaski na pustyni: wciągają i cała się tam schowasz. Grząski taki. Zapadasz się i od razu nurt ciągnie do wody. I jeszcze na dobitkę ta tama była niżej... Dopiero za tamą była spokojniejsza woda. I tam najwięcej tych dzieci znaleziono. Okropne... a ile myśmy sobie pluli w brodę, żeśmy tam nie poszli akurat tego dnia. Ale gdzie by nam do głowy przyszło? Mżawka była, mówię ci, chłód, zimno, to poszliśmy w te karty grać. Kupę nas było tych chłopaków, jamy mieliśmy takie swoje wykopane, szałasy, to nam mżawka nie była straszna. Siedzieliśmy, bo gdzie do wody w taką pogodę! A jak byśmy wiedzieli... Tyle nas tam było!.... Nie mogę już o tym mówić. Nie mogę myśleć, bo mi serce wali. bg *** Tak się złożyło, że zaraz po tej rozmowie spotkałam przypadkiem Pana L., który opowiedział mi o pomyśle postawienia pomnika, upamiętniającego ofiary kazimierskiej Wisły.

- Trzeba to będzie jakoś zrobić, bo o: wracam właśnie ze spotkania ze strażakami i M. jak mnie zobaczył, to zaczął mi opowiadać straszne rzeczy, że jego po dziś dzień te wszystkie topielce, co ich nie uratował, w nocy męczą. Ręce do niego wyciągają. I on nie może już nic zrobić, tak jak wtedy nie mógł, bo jakby mógł, to by zrobił.

Ja wiem, że by zrobił. Życie by oddał, bo nie raz to życie narażał. Biegiem leciał, jak się nad Wisłą coś działo, w biegu się rozbierał, albo w ubraniu skakał. Ileż on żyć uratował? W kazimierskiej pamięci jest M. Wiślanym Bohaterem.