Sklepy nabiałowe
Opowiada Ania K.
Sklepy nabiałowe były w Kazimierzu dwa, spożywczych było więcej, ale taki jeden, tylko z nabiałem, był w sąsiedztwie zegarmistrza, Pana Kobiałki.
Codziennie rano mama wysyłała któreś z nas, dzieci, po zakupy. Ja szłam nawet chętnie, choć to było dość rano, bo przecież przed pójściem do szkoły, a mama musiała jeszcze zdążyć zagotować mleko, więc wychodziłam co najmniej o siódmej. W tym sklepie zawsze była kolejka. Zawsze. Stało się więc w tej kolejce, ale nie było nudno, bo przeważnie toczyły się tam bardzo ożywione rozmowy. Ludzie ze sobą żywiołowo rozmawiali. Odnosiło się wrażenie, że nikt się nie śpieszy, nikt się nie denerwuje, tylko każdy stoi w kolejce i sobie gada. Ja byłam cichutka myszka, więc się pewnie nie odzywałam, ale panie ze sobą bardzo rozmawiały, coś sobie opowiadały, było wesoło. I ruch był, rwetes!
W mojej pamięci ciągle są tamte poranki, takie rześkie, zdaje mi się, że zawsze świeciło słońce. Fajne były te poranki.

Czekając na swoją kolej, oglądałam wiszące na ścianach obrazki – kartony z namalowanymi produktami nabiałowymi, serem żółtym na przykład, i napisami: „Sery żółte, sery białe – to produkty doskonałe”, albo: „Jeśli cenisz zdrowie swoje, pij mleczne napoje”. Ja się tych wierszyków nauczyłam na pamięć! Te dwa najbardziej utkwiły mi w głowie, pamiętam je do dziś. W nabiałowym był wybór serów, pewnie nie takich jak dzisiaj, ale były to sery okrągłe, i z dziurami, wszystkie powleczone cienką warstwą, jakby skórką, czerwonego wosku. Bardzo lubiłam na to wszystko patrzeć.
Na samej górze na półkach leżały wielkie krążki niby-serów, ale one nie były prawdziwe, tylko z czegoś zrobione i pomalowane. Wyglądały jak prawdziwe, ale to była tylko zachęta i dekoracja.

Mleko było już od szóstej rano, w bańkach blaszanych, to znaczy w konwiach, i śmietana, w takich samych. Na aluminiowych haczykach wisiały naczynia, którymi się nalewało śmietanę do butelek. Panie sprzedawczynie miały lejek i lały. Zawsze wszystko świeże: ser na wagę, żółty, biały, masło pachnące mlekiem, prawdziwe, ważyło 25 deko, nie 20, jak teraz, kostki zawinięte w pergaminowy papier.
Wszystko wtedy było prawdziwe. Z mleka można było zrobić zsiadłe, a teraz to zupełnie niemożliwe.
Były też bułki zwykłe, ale i długie, na które mówiło się „parówki”. Pachniało!!! Jak tam pachniało! Chociaż na dworze to bardziej się rozchodził zapach z piekarni Pana Hemperka. Cóż to było! Ledwo wyszłam z domu i już zapach się roznosił, wszędzie, Boże…
Chodziłam oczywiście do Pana Hemperka po pieczywo i zawsze to samo: mama mówi „kup dziecko sześć bułek”, a ja kupowałam dwa razy tyle, bo były takie apetyczne, nie mogłam się oprzeć, więc jeszcze taką, a tu chałkę, a tu kajzerkę, a to na pół dzieloną – tak one wszystkie wyglądały cudownie i były takie pachnące. Chciało się to wszystko od razu zjeść.
Nie wiem, dlaczego tak bardzo utkwił mi w głowie zapach z tamtych czasów – zapach niezapomniany, mleczny, domowy… Jak to powiedzieć?
Czym pachniało?
Śniadaniem mamy pachniało.
oprac. Bożena Gałuszewska


Fotografie sprzed innego sklepu spożywczego – Pod Jedynką koło kawiarni Rynkowej.
