Nowe Muzeum
Jerzy Żurawski

Edward Hatrwig w Kazimierzu (w środku) w towarzystwie pani redaktor Bieniaszkiewicz i Jerzego Żurawskiego
fot. Bożena Żurawska, 1984 r.

„Nie miałem w Muzeum swego gabinetu, musiałem więc pracować w mieszkaniu, albo w kawiarni Rynkowa.

Muzeum w Kazimierzu, na garnuszku Miejskiej Rady Narodowej, mieściło się w kamienicy Celejowskiej (ul. Senatorska 11) i na piętrze kamienicy następnej, nr 13, na parterze której mieściła się Biblioteka Miejska.

Ani jeden budynek, ani drugi nie był własnością miasta. Właścicielami były osoby prywatne. Celejowska należała do Tadeusza Ulanowskiego, przedwojennego burmistrza Kazimierza, a następna kamienica do pani, której nazwiska nie pamiętam, a która mieszkała przy ul. Puławskiej.

Warunki lokalowe były fatalne. Budynki były ogrzewane piecami kaflowymi. Nie było wodociągu, ani kanalizacji. W końcu korytarza w Celejowskiej była studnia, przykryta klapą. Stąd pobierano wodę do sprzątania; do picia nie nadawała się. Oprócz kierownika, pana Bohdana Zadury, w muzeum pracowały dwie dziewczyny jako pomoce muzealne. Jedna na całym, druga na pół etatu.

Zbiory były żałośnie skromne. Trochę obrazów malarzy współczesnych, głównie ze środowiska lubelskiego, darowywane Muzeum przez artystów po zakończeniu wystaw poplenerowych. Oczywiście nie były to najlepsze ich prace. Poza obrazami sztuka ludowa, która trafiła do Muzeum po targach sztuki ludowej, pozostawiona „na przechowanie”.

Inwentarz muzealiów zawierał 54 pozycje, przy czym sztuka ludowa w ogóle nie była zinwentaryzowana. O kartach ewidencyjnych dla malarstwa, czy rękodzieła nie było mowy. Nikt w Muzeum nie potrafił tego wykonać, a zdaje mi się nawet, że nikt nie wiedział, że takowe istnieją.

W Muzeum nie było maszyny do pisania. W razie potrzeby pan Zadura przywoził z Puław własną (najczęściej pisał w pracy na niej swoją poezję). Ale telefon był, łączony przez panienki na poczcie.

Obrazu wnętrza dopełniał stojący na parapecie okna słoik z kiszonymi ogórkami. Wszyscy troje mieścili się w jednym pokoju kamienicy nr 11, na piętrze od strony podwórza. W pokoju tym stała sporej wielkości szafa z szufladami, zapełniona projektami Karola Sicińskiego. Był to zbiór dużej wartości. Oczywiście nie opracowany. Klozetu Muzeum nie posiadało. Pracownicy musieli korzystać ze strasznej kloaki na placyku targowym za kamienicą Celejowską (był taki), albo chodzić za potrzebą do SARP-u.

22 lipca 1972 r. nad Kazimierz, od strony wschodniej, wtargnęła ogromna chmura deszczowa. Spływające z wąwozów wody zalały m.in. ul. Senatorską. Zalały po pas cały parter Celejowskiej i nr 13. Było to w porze obiadowej, gdy w SARP-ie jadłem obiad. Wybiegłem w tę ulewę. Ulicą Senatorską nie można było przejść. Wskoczyłem na murek obudowy Grodarza, a potem brnąc w wodzie dotarłem do Muzeum. Zastałem w nim Zosię Zwierzchowską, naszą pracownicę, która brodząc w wodzie po pas, wyławiała pływające eksponaty etnograficzne. Za ten czyn przyznałem jej nagrodę.

Musiałem bardzo kochać Żenię, że zdecydowałem się zamienić warunki pracy z łańcuckich na wyżej opisane.

Uroczystość zakończenia przez autora pracy na stanowisku dyrektora Muzeum Nadwiślańskiego, luty 2000 r.
od lewej: Jerzy Żurawski, Tadeusz Rozłowski i NN

Zakasałem rękawy i zabrałem się do roboty. Zorganizowałem pracownię stolarską, w której zatrudniłem dwóch znakomitych stolarzy po szkole Witkiewicza: Wiktora Iberszera i Tadeusza Skocza. Ile oni dokonali! Między innymi remont domu Karola Sicińskiego, przenieśli dwór z Gościeradowa i inne. Byli poza tym nadzwyczaj lojalnymi i sympatycznymi kolegami w pracy. Wszyscy ich szanowali.

Powołałem do życia pracownię architektoniczną, której kierownikiem został Jerzy Kowarski, były sekretarz generalny SARP, znany i ceniony architekt. Zdecydował się przenieść do Kazimierza i zamieszkał w Domu Architekta. Pracownię ulokowałem w pracowni świeżo wyremontowanego domu Karola Sicińskiego, ustępując część mojego mieszkania. Po urodzeniu się Michała umieściłem ją w wynajętym w Klasztorze Reformatów lokalu, a na koniec w przeniesionym z Gościeradowa zabytkowym dworku.

Pracownia architektoniczna w szczycie swego istnienia zatrudniała aż pięciu architektów. Architekci byli mi potrzebni do wykonywania projektów remontów i translokacji budynków muzealnych, projektów koncepcyjnych ilustrujących moje propozycje konserwatorskie, a także jako merytoryczne oparcie w dyskusjach z architektami i urbanistami dotyczących zmian miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego Kazimierza. Od architektów zatrudnionych w Muzeum wiele się nauczyłem, szczególnie od Jerzego Kowarskiego: czytania projektów, terminologii, itp. Kowarski podzielał w pełni mój punkt widzenia i swoim autorytetem bardzo mnie wspomagał. Jerzy był bardzo lojalnym kolegą, a poza tym duszą towarzystwa.

W tym czasie remontowana była kamienica Celejowska i przyległa nr 13, po wyniesieniu się Biblioteki Miejskiej i po wykupieniu z rąk prywatnych obydwu budynków. Razem z pracownią architektoniczną przenoszona była, powiększająca szybko swoje zbiory biblioteka muzealna i archiwum, kierownictwo którego to działu powierzyłem Żenie (ale to nieco później, bo Żenia zaczęła pracować w Muzeum od 1 września 1972 roku).” 

Jerzy Żurawski, Moje życie, cz. 2, red. Wrzesław Żurawski, Łańcut 2023, s. 120–123.