Kazimierskie skupy – cz. 1
Opowieść Ani K.

Punkt skupu ziół na Małym Rynku? Pamiętam doskonale. Zanosiliśmy zioła do jatek, przyjmowała je Pani Ostrowska.
Miałam z dziesięć lat, byłam dzieckiem. Rwaliśmy z rodzeństwem zioła w kamieniołomach, w okolicy wąwozu. Pierwszy raz mama nam pokazała, które rośliny należy rwać, potem już wiedzieliśmy sami. Był to dziurawiec, biała pokrzywka i jeszcze jedna roślina, która miała takie duże liście, nie pamiętam jej nazwy, ale miała dużo – dużo takich drobniutkich, białych kwiatuszków uformowanych w pęczki. To na pewno też, ale najlepiej pamiętam dziurawiec, dziurawiec absolutnie na pewno pamiętam. Najbardziej mi utkwił. Rwaliśmy i zbieraliśmy wszystko do lnianych worków albo do jakichś płacht. Robiło się takie zojdy, a potem mama rozkładała na strychu stare, czyste prześcieradła, na których się te zioła suszyło. A strych był czysty, ponieważ tam było siano. Mieliśmy kozy, więc zbierało się na dla nich siano na zimę i na tym sianie mama rozkładała prześcieradła. Strych był gorący, bo na dachu była blacha, jak strasznie ta blacha parzyła! Jak weszłaś tam latem, to było jak w piecu! Przepięknie schły tam zioła. Były takie żółciutkie, ładniutkie, to pamiętam. I tak pachniało tymi ziołami, że… nie wiem, jak to opisać, ale nigdy, przenigdy nie zapomnę tego ślicznego zapachu.
Ususzone zioła nosiliśmy w workach do jatek. Były wyznaczone dni skupu, chyba targowe, a kolejka była zawsze. Nieraz to ludzie stali na całych schodach i jeszcze nawet na dole. Chętnie się tym zajmowaliśmy, nikt nas nie zmuszał na siłę. Sami z własnej woli. Mama nas na pewno zachęcała, mówiła, że jest taka możliwość „jak chcecie sobie dzieci zarobić”, no to dobrze, będziemy zbierać. Nie pamiętam, żeby mama kiedykolwiek powiedziała, że zarobicie i trzeba oddać te pieniądze. Nie. Mogliśmy sobie kupić co chcemy, np. bieliznę osobistą, coś do szkoły. Pamiętam, że nie wydawaliśmy na bzdury. Kupowaliśmy sobie jakieś potrzebne rzeczy i traktowaliśmy to jako coś naturalnego – nie uważaliśmy, że wszystko muszą nam kupić rodzice, tego nie oczekiwaliśmy. Jeśli mogliśmy zarobić sami – korzystaliśmy z tego.
Chodziliśmy też na jagody, i to bez żadnego przymusu! Zapamiętałam to tak: mama mówi „dzieci, dzisiaj rano po śniadaniu idziemy do lasu na jagody. Nazbieramy jagód to zrobię wam pierogów”. A my cieszyliśmy się nie tymi pierogami, tylko „o, jak fajnie, pójdziemy do lasu!” Mieszkaliśmy koło kamieniołomów, po drugiej stronie był sad, droga i już las. Tam szliśmy na te jagody. Zabawa była. W domu jeszcze gdzieś jest ten kubeczek mały czerwony, metalowy. Dzieci miały kubeczki malutkie. A duże dzieci – półlitrowe. Była to zabawa. Jaka zabawa! Pamiętam jak dzisiaj, pamiętam nawet w którym miejscu. Przekrzykiwaliśmy się „o! Ja już mam dno zakryte! A ja mam pół kubeczka!”. Było to wszystko bardzo radosne, robione z wielką przyjemnością. Nie było innych zajęć, innych rozrywek, my się cieszyliśmy takim po prostu wspólnym wyjściem do lasu, to już była atrakcja. Tak samo jak szliśmy koło państwa K. na grzyby. Tam były kurki. Ale zdarzały się również inne – pamiętam miejsce koło jałowca, gdzie wkoło krzaka rosły chyba ze cztery borowiki. O ile radości, ile krzyku było! Bo się znalazło grzyba.
A jeśli chodzi o ślimaki, to żeśmy szli sami, bez mamy. Każdy wie jak wygląda ślimak, nie było różnych gatunków, jedne jedyne były i te zbieraliśmy na sprzedaż. Zbieraliśmy je w kamieniołomach, niżej, w okolicy Domu Sprawiedliwości, przy skarpie. Dużo było bardzo tych ślimaków. Trzeba było wstać bardzo rano, bo one właśnie o takiej porze wychodziły, a potem przecież musieliśmy iść do szkoły. Musieliśmy się starać, żeby szybko wrócić do domu i zdążyć na lekcje. Ślimaki wkładaliśmy w wiklinowe koszyki – mieliśmy takie, bo mama chodziła do zbierania kartofli. Koszyki ze ślimakami na plecy – i do Wikliniarki na przedmieście. Tam ci, którzy przyjmowali, sprawdzali wielkość ślimaków, bo nie wszystkie się nadawały. Niektóre były za małe i te odkładali, wysypywali gdzieś w okolicy Wisły w trawę. A te, które nie przechodziły przez tą dziurkę, przez otwór w specjalnej deseczce – te się nadawały. Płacili za kilogramy, ale zupełnie nie pamiętam ile. Po drodze, kiedy je nieśliśmy w koszykach na plecach, ślimaki nam wyłaziły. Rano potrzebowały jeść, więc szukały jedzenia. A z kamieniołomów na przedmieście jest kawał, szło się dobrą chwilę, więc te, co były na wierzchu powoli wyłaziły i wtedy jedno drugiemu mówiło „wyłazi ci na plecy” – no to do koszyka z powrotem. Do dzisiaj nie wiem, jakie było przeznaczenie tych ślimaków. O ile zioła, oczywiście! Używano ich jako lekarstwa, ale ślimaki??? Nikt z nas nigdy o to nie zapytał.