Dzieciństwo w Kazimierzu – cz. 2

fot. Zofia Rydet, 1965

Moim placem zabaw było nietypowe miejsce – Góra Trzech Krzyży. Wynikało to z lokalizacji, bo znajdowało się w najbliższym sąsiedztwie – mieszkałem tuż pod Górą, więc była ona we krwi od najmłodszych lat, pewnie z racji tego, że nasza mama, Władysława, ciągle mnie tam ze sobą zabierała.

Mieszkaliśmy w Dzwonnicy, w domu był stary piec ogrzewany węglem i drzewem i Góra Trzech Krzyży stanowiła dla nas miejsce pozyskiwania opału. Mama systematycznie – no zapewne już w ciepłych miesiącach –tak organizowała swój czas, żeby zdążyć przed zimą nazbierać drzewa. W związku z tym, ponieważ ja byłem najmłodszy, a reszta rodzeństwa miała jakieś inne obowiązki (czy to szkolne, czy to gdzieś jakaś praca), to właśnie mnie mama zabierała ze sobą dla towarzystwa. Nie chciała być sama, wolała, żebym jej towarzyszył. Mama brała taki dość spory kosz wiklinowy, chodziła na tą Górę, a wraz z nią – ja. Czasem chodziłem też ze starszymi siostrami i pamiętam taki jeden incydent… Coś przeskrobałem, czy może gdzieś się schowałem, słowem siostra postanowiła mnie ukarać i kazała mi sobie… wybrać kijek, którym dostałem. Nie pamiętam za co, upływ czasu powoduje, że mówimy coś, czego nie jesteśmy do końca pewni, więc nie będę zmyślać co przeskrobałem i jak to dokładnie było… Trudno powiedzieć, ale coś widać musiałem przewinić. Tak mi się wydaje, ale wiesz, nie chciałbym kogoś pomówić, bo pamięć jest ułomna.

Mam oczywiście różne wspomnienia i mam tę Górę przed oczami. Jeśli się gdzieś stale bywa w dzieciństwie, to musi się być emocjonalnie z takim miejscem związanym. A jeśli pytasz co tam było zabawnego? No to raczej nic. To nie było zabawne. W pewnym sensie, jako plac zabaw – może tak, chociaż nawet nie wiem, czy to właściwe określenie, w każdym razie na pewno miejsce, gdzie spędzałeś dużo czasu. Tak, bo ja tam spędzałem dużo czasu. Chcąc nie chcąc. Po prostu mama mówiła, żeby pójść i ja wraz z nią szedłem, niezależnie od tego, czy mi się chciało czy nie, przez myśl mi nie przeszło, żeby odmówić. I wiesz? Ja nawet bardzo tego drzewa nie zbierałem, tylko tak… towarzyszyłem. Chociaż nie, ponoć raz się zdarzyło, że miałem nieść jakieś większe kawałki, starałem się z nimi zabrać i wziąć jeszcze coś przy okazji schodzenia w dół. No i wykazywałem się sprytem, bo jak ciągnąłem sporą gałąź, to poprosiłem o pomoc turystów, czy może sami się domyślili? No w każdym razie ściągnęli mi to drzewo, prawda, na podwórko.

Mam przed oczami siebie i mamę… ale nie przypominam sobie rozmów. Mama była zajęta zbieraniem drzewa, a ja sobie spacerowałem, prawda, po tych krzaczkach i tyle.

Trzeba przyznać, że kiedyś ta Góra Trzech Krzyży była bardziej zielona. Teraz wygląda już całkiem, całkiem inaczej, to nie ta sama Góra.

oprac. Bożena Gałuszewska