O Maćku Borkowicu i diable Borucie
Stanisław Świrko

Za króla Kazimierza Wielkiego żył w Poznaniu wojewoda Maćko Borkowic, pan możny i władzę ogromną w Wielkiej Polsce mający, a pyszny jako sam szatan.
Pewnego razu, tuż po skończonym wspaniałym balu w jego dworcu w Poznaniu, wojewoda, odprowadziwszy aż do powozów najdostojniejszych gości, wracał w zadumie po marmurowych wschodach do swej komnaty sypialnej. Zaklaskał w dłonie, a gdy zjawił się hajduk, rozkazał:
– Niech tu przyjdzie generalny ekonom włości naszych.
Wnet wszedł do komnaty szlachcic dostojnie ubrany i skłoniwszy się głęboko panu swemu, czekał w milczeniu.
– Mości Radecki – zaczął wojewoda z urazą w głosie – licho i biednie wypadł ten mój bal, i całe szczęście, że król jegomość nie przybył na zaproszenie, bo musiałbym się spalić ze wstydu.
– Wielmożny grabio, wydałem wszystkie pieniądze, jakie jaśnie pan przekazał mi na ucztę, jeszcze skredytowałem u kupców poznańskich dwa tysiące dukatów. Skarbiec jest pusty.
– Za mało dochodu zbierasz z Bochotnicy i innych włości moich. Tyle danin i opłat: od stróży, od poradlnego, od przewodu, od podwody, od osepu, od rzezu, od stanu, od wypraw najemnych i wszelkiej jurysdykcji, a w rezultacie nic, grosze. Od świętego Marcina, gdy już wszystkie zbiory będą w gumnach, daniny te podwoisz, a kto nie będzie chciał płacić, to go z dzierżawy należy rugować i rolę oddawać Niemcom, którzy lepiej płacą.
– Uczynię tak, wielmożny wojewodo, ale znów rozpocznie się lament po wszystkich wioskach.
– Niech lamentują, po to są chłopi, żeby lamentowali. Gdy pan chłopa nie będzie trzymał za kark, to on go za głowę uchwyci. Im leniwcom robić się nie chce.
– Poleciłem już, wielmożny grabio, aby we wsiach niewolnych karbowi zachęcali parobków do pracy bizunami.
– Dobrześ polecił, chłop bity zawżdy lepszy.
Naraz zniżył głos i zbliżywszy się do swego zaufańca, szepnął mu do ucha:
– A jak się ma ta sprawa z kupcami cudzoziemskimi, jadącymi do Poznania?
– Kilka razy udało się, jaśnie wojewodo – cichym głosem odparł ekonom – towary schowane są w lamusach dworskich, a w okolicy rozpuściłem wieści o bandach zbójeckich grasujących po lasach. Wszystko pójdzie na ich karb.
– Dobrześ zrobił, mości Radecki, naści tu sakiewkę z dukatami. A ze sprzedażą towarów poczekaj do zimy, gdy już sprawy ucichną.
Radecki schylił się do ucha wojewody:
– Jednego się tylko boję, wielmożny grabio, by chłopi sprawy nie wydali. W rozboju brało udział kilkunastu pachołków dworskich. Zatkałem im gębę grosiwem i beczką piwa i zagroziłem lochem wojewodzińskim. Teraz milczą, ale czy zawsze tak będzie?
Maćko Borkowic zmarszczył groźnie czarne krzaczaste brwi:
– Masz tu drugi mieszek dla pachołków – rzekł rzucając ku Radeckiemu sakiewkę – dasz każdemu po dukacie na głowę i drugą beczkę piwa dla wszystkich, a zapowiedz przy tym, że jeśli który słówko piśnie, pójdzie na stryk. Czy to już wszystko?
– Chyba jeno to jeszcze, że najbardziej sarkają kmiecie wolni, siedzący na prawie książęcym. Ci stale gardłują na zdzierstwo i ucisk i odgrażają się, że pójdą ze skargą do swego króla.
Wojewoda poderwał się, jakby go kto żądłem ukłuł, i począł szarpać długie, obwisłe wąsy, a cała twarz pociemniała mu jak noc i stała się ponura i groźna.
– Swój król, król chłopków – wykrztusił z przekąsem – skarał Bóg Polskę takim królem – po czym dał znać ręką Radeckiemu, że może już odejść. Gdy drzwi się zamknęły za ekonomem, założył ręce za pas i począł szerokim krokiem przemierzać w zamyśleniu komnatę.
– Swój król, chłopski król – powtarzał bezwiednie – a do Maćka Borkowica nie raczył nawet przyjechać na zaręczyny wojewodzińskiej córy! Tu myśli jego skupiły się na minionym balu.
– I cóż mam z tych wojewodzińskich dostojeństw? Dworzanie moi w zwykłych sukiennych strojach, że i poniektórzy mieszczanie lepiej się ubierają, a powozy i rzędy na koniach ma lada baron z Brandenburskiej Marchii. Nawet srebrnych nakryć dla wszystkich gości nie starczyło i trzeba było zastawić posrebrzaną cynę.
Znów zaczął chodzić po komnacie szerokim krokiem.
– A wszakoć król Kazimierz wzgardził domem Maćka Borkowica! – powracała uporczywie myśl pierwsza niby natrętna mucha. – Złota, dużo złota, tylko ono mi dopomoże! Ale skąd je wziąć? Chyba przyjdzie czartu duszę zaprzedać! – wykrzyknął półgłosem do siebie.
Właśnie na poznańskim ratuszu zegar wybił północ, gdy Borkowic spostrzegł cień kładący mu się pod stopy. Obejrzał się w prawo i machinalnie chwycił za rękojeść miecza: przed nim, w smudze poświaty księżycowej, stał nieznany szlachcic, przybrany nieco kuso, na modłę niemiecką.
– A waszmość skąd tu? – zapytał Maćko groźnie.
– Wasza wielmożność wzywała mnie przed chwilą.
– Ja? Wzywałem?
– Jestem czart Boruta, do usług.
Wojewoda roześmiał się na całe gardło jak z dobrego konceptu i klepnął z uciechy przybysza po ramieniu, aż ten przysiadł.
– A toś mię nastraszył, mości Boruto! Niech cię na rożnie Tatarzy przypiekają – dodał już pogodniej. – I w czymże możesz mi pomóc?
– We wszystkim, wasza wielmożność!
– Znamy się na tych waszych diabelskich sztuczkach, najpierw pokaż co potrafisz.
Boruta klasnął w dłonie i w tej chwili przez otwarte okno wpadł po strudze miesięcznej mały diablik z wielkim worem na ramieniu.
– Wysyp to u stóp jaśnie wielmożnego wojewody i idź precz!
Diablik wysypał na podłogę całą zawartość miecha i zniknął, tak jak przybył. Zażółciła sięsterta złota, że aż od jego blasku zapłonęły złym okiem chciwości źrenice Borkowica. Schylił się, nabrał garść złota i począł badać.
– Dukaty, bite dukaty! – mruczał z uznaniem, po czym zwrócił się do czarta:
– Widzę, mości Boruto, że władzę masz i pomóc mi możesz! Czegóż żądasz w zamian?
– Mądrej głowie dość dwie słowie – odparł skromnie diabeł.
– Słusznie gadasz, mości Boruto, otóż krótko i węzłowato, kontrakt nasz tak proponuję: Będziesz mi wiernie służył i na każde żądanie wór dukatów podrzucisz, a po latach dziesięciu, gdy mnie już zrzucą z wojewodzińskiego stolca, będę twoim.
– Zgoda, wasza wielmożność – rzekł Boruta, po czym ukłuł wojewodę w serdeczny palec gęsim piórem i wyciągnąwszy z zanadrza przygotowany pergamin, spisał na nim krwią jota w jotę cały układ i wręczył Borkowicowi.
– Widzę, że wam, mości Boruto, i łacina nie jest obca – rzekł z uznaniem Borkowic podpisując kontrakt.
– Jam czart szlachecki, mości wojewodo, a nie żaden tam chłopski bies Rokita, więc i łacinę wąchało się w szkole.
Tymczasem pierwsze kury oznajmiły zbliżający się świt, więc Boruta porwał podpisany cyrograf i skłoniwszy się grzecznie wojewodzie, czmychnął przez okno.
Maćko Borkowic przetarł oczy, bo zdawało mu się, że śni. Ale nie. Sterta złota leżała przed nim. Więc otworzył zamczystą skrzynię, gdzie tylko najcenniejsze przechowywał pamiątki rodowe, i począł układać starannie diabelskie dukaty.
Nim zorze poranne zaróżowiły kryształowe gałki okienne oprawne w ołów, już cały dwór wraz z wojewodą pogrążony był w głębokim śnie.
Odtąd życie wojewody Borkowica zmieniło się całkowicie. Kazał sobie zbudować pod Poznaniem, w głębi borów koło Puszczykowa, dwór wspaniały i bawił się tam na umór. Co noc pałac jarzył się tysiącami świec i rozbrzmiewał muzyką. Przybyli doń w gościnę magnaci z Wielkopolski, Pomorza i Brandenburgii, i wagabundy z całego świata. Stoły uginały się od złotych i srebrnych naczyń, a wina włoskie i frankońskie lały się strumieniami.
A tymczasem w Wielkiej Polsce działo się coraz gorzej. Lud kmiecy, gnębiony ciężarami i daninami nakładanymi z rozkazu wojewody, sarkał coraz głośniej i coraz częściej szły skargi do trybunałów. Ale wszędzie jakaś niewidzialna ręka kryła je skrzętnie, że żadna z nich nie przedostała się na dwór królewski. Na domiar złego w kraju zaczęły się mnożyć rozboje, szczególnie napady na bogatych kupców zagranicznych, którzy też z coraz większą obawą poczęli przekraczać granice województwa.
A wojewodzińska fortuna rosła tymczasem z dnia na dzień i coraz to nowe wsie i przysiółki przechodziły pod zarząd jego ekonomów. I tak mijały lata za latami, aż uskładały się w pełne dziesięciolecie.
Któregoś czerwcowego dnia późnym wieczorem zjawił się przed pałacem w Puszczykowie nieznany rycerz na czarnym jak kruk koniu i kazał się wieść przed wojewodę. Gdy zostali sami, rycerz odsłonił przyłbicę i skłonił się przed Borkowicem.
– Do usług waszej wielmożności, Boruta jestem.
– Więc to już lat dziesięć minęło? – zasępił się wojewoda.
– Dziś o północy, mości wojewodo.
– Daj kontrakt, niech sobie przypomnę!
Nasz Borkowic począł się śmiać serdecznie, aż tłusty brzuch trząsł mu się z uciechy:
– Cha cha cha! Posłuchaj, kochany Boruto, czytam kontrakt: „Będziesz mi wiernie służył i na każde żądanie wór dukatów podrzucisz, a po latach dziesięciu, gdy mnie już zrzucą z wojewodzińskiego stolca, będę twoim”. Punktum. Otóż dziesięć lat w prawdzie już minęło, ale przecież mnie nikt ze stolca wojewodzińskiego nie strącił. Przeciwnie, ludzie kochają mnie, bawią się ze mną, hulają i piją! A więc, mości Boruto, warunek drugi nie został jeszcze dopełniony.
Czart zgrzytnął zębami, że aż komnata wypełniła się błyskawiczną poświatą, i rzekł z hamowanym gniewem.
– Wykręciłeś się sianem, mości wojewodo, i to nie po wojewodzińsku, a po adwokacku. Pamiętaj jednak, że i Boruta nie w ciemię bity. Do zobaczenia!
Niedaleko ujścia Prosny do Warty, koło Żerkowa, leżało wśród lasów wysokie wzniesienie zwane Łysą Górą, gdzie czarownice wielkopolskie zbierały się dawniej na swoje sabaty. Miejsce to wyznaczył Boruta swym poddanym na sejm czartowski. Przybyli tam, prócz diabelskiej tłuszczy, czterej podkomendni Boruty: Rokita, Smółka, Węglik i Widoracki. Gdy się już wszyscy czarci zeszli, nadleciał Boruta i zagaił wiec. Opowiedział o swoich kłopotach z Maćkiem Borkowicem i o tym, jak go wojewoda haniebnie wywiódł w pole.
– Tu już nie pomoże żadna moc czartowska, muszę iść po radę do ludzi – zakończył. – Znacie ich dobrze w całej Wielkiej Polscze, powiedzcie mi więc, kto jest najchytrzejszym człowiekiem w tej krainie?
Gwar się podniósł iście piekielny, diabli wymieniali to tego, to owego, dowodzili, kłócili się ze sobą, aż wreszcie wrzawa ucichła. Podniósł się najstarszy z diabłów, Widoracki i tak rzecz wyłuszczył:
– Wielmożny nasz hetmanie! Dwóch znamy takich ludzi, okrutnie mądrych a chytrych. Jeden z nich był klerykiem, ojciec zaprzedał go w niemowlęctwie diabłom, a ten dorósłszy pokonał całe piekło i cyrograf odebrał. Ale teraz jest już biskupem i iść nam do niego po radę nie godzi się.
– Masz rację – przyznał Boruta – a kto jest ten drugi?
– Drugi to prosty chłop, który się para kowalstwem. Na imię mu Wojciech, a jak się zwie, to już sam nie pomni. Ma ci on od Boga samego taką gruszę, na którą kto wlezie, zejść już z niej nie może. Trzymał na niej przez lat dziesięć różnych naszych biesów, a ostatnio nawet samą śmierć przez lat pięćdziesiąt. Teraz się go i piekło boi, i śmierć wyrzekła. Ma już ze sto lat, bogaty jest i mądry okrutnie. Ten ci będzie najlepszy do rady, jeno nie może wiedzieć, że to jest sprawa czartowska, bo i palcem nie kiwnie.
– Gdzie mieszka ten kowal?
– Na przysiółku pod Swarzędzem – odkrzyknęły chórem diabły, bo dobre już znały to miejsce.
– Dyć to wioska, którą pięć lat temu przykupił sobie wojewoda za nasze pieniądze – odparł Boruta.
– A jużci, ta sam – zakrzyknęły biesy – nawet ów kowal pisał już chłopom na skargę do króla, a le ta jakoś do tronu nie doszła.
Boruta uderzył się potężnie dłonią między rogi, aż zagrzmiało na Łysej Górze, i zawołał z nagłym błyskiem radości:
– Już wiem, co zrobię, teraz mi, mości wojewodo, nie ujdziesz! – po czym ogłosił sejm czartowski za rozwiązany.
Od tego czasu Boruta przywdział na się posturę adwokacką, oblekł się w czarną pelerynę i zaczął objeżdżać na chłopskiej kolasie włości Maćka Borkowica. Najpierw zajechał do Swarzędza. Stary kowal siedział właśnie na ławce przed kuźnią i wygrzewał się na słonku. Popatrzył na Borutę oczami świeżo zahartowanej stali, że aż ciarki po diable przeszły, i milczał uparcie. Rozpogodził się dopiero wówczas, gdy mu Boruta oznajmił, że przybywa, by przygotować skargę od chłopów do króla, na wojewodę.
– Znacie dobrze, mości Wojciechu, całą wieś i krzywdy wszystkich chłopów, poradźcie więc, jak napisać skargę najlepiej.
– Namordował ci tu wojewoda chłopów niemało, a ile otroków pozbawionych rodziców z jego winy pomarło z nędzy i głodu, tego nikt nie policzy.
– Ponoć i wy pisaliście już do króla? – dorzucił Boruta.
– A juści, pisałem, ale do króla nie doszło. Bo jak mogło dojść: wojewoda wielki pan, pisarz sądowy w Poznaniu – pan, sędzia i podsędek – panowie. Wiadomo, kruk krukowi oka nie wykole.
– Jak więc radzicie zrobić, mości Wojciechu?
– Trzeba wszystko dokumentnie spisać i skargę zawieźć samemu do króla. Inaczej szkoda zachodu!
– Pojedziecie ze mną?
– A czemu by nie, pojadę. Śmierć mi nie straszna, piekło mi nie straszne, toć i wojewody się nie zlęknę. A chłopów ratować trzeba , bo ich Borkowic pognębi na amen.
Boruta dobył z zanadrza ogromny pergamin i pod dyktando Wojciecha wypisał piękną łaciną wszystkie zbrodnie wojewody: ilu chłopów kazał obwieścić, ilu w lochach głodem zadręczył, ilu wolnych kmieci w niewolnych zapisał, ilu wygnał z ojcowizny, ilu Niemców sprowadził itp. Potem obaj wsiedli do kolasy i objechali wszystkie włości wojewody.
Za dwie niedziele byli już w Kazimierzu nad Wisłą, gdzie „król chłopków” właśnie przebywał. Koło zamku Boruta spostrzegł jednego ze swych biesów przebranego za dworzanina. Kiwnął nań palcem i zapytał, jak by można najprędzej oddać skargę do rąk królewskich.
– Najlepiej będzie oddać pergamin przez Esterkę – szepnął tajemniczo bies podjął się doręczyć pismo królewskiej lubieżnicy.
Nazajutrz król wezwał Borutę i kowala przed swoje oblicze. Boruta przedstawił się jako żak-skryba, który wędruje po wsiach i pisze dla uciśnionych skargi. A kowal rzekł jeno:
– Jo jezdym Wojciech ze Swarzędza.
– Prawdać to wszystko coście tu wypisali? – spytał surowo król.
– Prawda – odrzekł Boruta i kowal.
– I będziecie świadczyć przed trybunałem królewskim>
– Będziemy.
Król się zadumał przez chwilę, po czym rzekł:
– Ty, Wojciechu ze Swarzędza, zostaniesz tu w zamku, a gdy mi się cnić będzie , opowiesz mi swoją bajdę o śmierci na gruszy. Waszmość skryba natomiast pojedziesz z moim kanclerzem i wojskiem do Poznania i wskażesz tajne kryjówki Borkowica. Jeśli skarga okaże się niesłuszna, dasz głowę pod topór katowski.
Nazajutrz oddział rycerzy z kanclerzem królewskim na czele i specjalnym pismem „króla chłopków” ruszył co koń wyskoczy do Poznania. Prowadził ich Boruta tajemnymi diabelskimi drogami. Trzeciego dnia o północy byli już w Puszczykowie i gdy Maćko Borkowic spał w najlepsze po ostatniej uczcie, otoczyli pałac. Borkowic, obudzony hałasem, zakrzyknął na Radeckiego i najemnych knechtów, ale już było za późno. Do komnaty wkroczył kanclerz i odczytał pozew królewski. Wojewodę zakuto w łańcuchy i oddano pod straż, a z nim Radeckiego i starszych dworzan wojewody.
Potem wojsko królewskie, idąc za wskazaniem Boruty, wyłamało przy blasku pochodni żelazne wrota do lochów ukrytych w lesie. Wyprowadzono z nich kilkudziesięciu chłopów, mieszczan i kupców obcych. Wszyscy byli na wpół żywi i słaniali się na nogach. Innych wywleoczono już martwych. W drugim lochu straż królewska odkryła skład win włoskich, francuskich i węgierskich i najprzedniejszych towarów zagranicznych, porabowanych kupcom.
W miesiąc później król zwołał w Kazimierzu nad Wisłą trybunał dla osądzenia Maćka Borkowica. Sprawa trwała długo, gdyż trzeba było zbadać kilkuset świadków, ofiar okrutnego wojewody. Na ostatnie posiedzenie trybunału przybył sam król Kazimierz i zasiadł na tronie obok dwunastu sędziów.
– Na jaką karę – ozwał się prokurator królewski – zasłużył dziedzic, który swych poddanych włościan i wolnych kmieci zadręczał śmiercią głodową?
– Zasłużył na śmierć głodową – odrzekli jednogłośnie sędziowie.
– Na jaką karę zasłużył dziedzic, który wyrugował ze swych wiosek wiele rodzin chłopskich i przyjął na ich miejsce kolonistów niemieckich, czym spowodował śmierć z nędzy i głodu kilkuset niemowląt?
– Zasłużył na śmierć głodową – powtórzyli jak echo sędziowie.
– Na jaką karę zasłużył człowiek, który zbrojnie napadał na kuców, rabował im mienie, a ich samych godził na śmierć?
– Zasłużył na śmierć głodową – ozwali się po raz trzeci sędziowie.
Wtedy ozwał się król:
Jako że jednak sprawiedliwość bez miłosierdzia jest jedynie okrucieństwem, wzywamy obecnych tu katowanych włościan, by mogli świadczyć za skazanym.
Na to wystąpił ubogi chłop w zgrzebnej siermiędze i skłoniwszy się do stóp królewskich, rzekł:
– Gdy mnie wtrącali do lochu, wziąłem ci z sobą placek owsiany. Widział to wojewoda, a nie kazał mi go odebrać. Ten ci placek uratował mnie od śmierci.
– Dajcie więc skazanemu bochen chleba największy, jaki pieką zamożni chłopi nasi na kapuścianych liściach – odrzekł król.
– Gdy mnie wiedli do lochu – wyznał drugi chłop – wziąłem ci ja z sobą dwojaki z wodą, a wojewoda mi ich nie odebrał. Ta woda uratowała mnie od śmierci.– Dajcie więc skazanemu – rzekł król – dzban wody krynicznej.
– Gdy mnie wiedli do lochu – prawił jeden z kupców – wziąłem z wozu przygarść siana. W sianie była słodka koniczyna, ssałem ją przez dni kilka i tak doczekałem się uwolnienia przez straż królewską.
– Dajcie więc skazanemu – dorzucił król – wiązkę siana, by miał na czym spocząć.
Pod wyrokiem złożyli swe podpisy król, kanclerz jego i dwunastu sędziów, a na rozkaz królewski – również kowal Wojciech i Boruta. Ten ostatni tak zamaszyście się przy tym podpisał, z taką siłą przycisnął pergamin, że aż zostawił na nim jakby przypalony, czarny ślad dłoni. Dziwili się temu sędziowie i kazali szukać Boruty, ale znikł nagle bez śladu.
Nazajutrz wyrok trybunału wykonano. Stała, jak i dzisiaj stoi za miastem baszta wyniosła, na której żagwie nocą zapalano dla statków zbożowych płynących Wisłą i skąd straż dniem i nocą śledziła okolicę wokół dworu królewskiego. Tam to, do lochu tej wieży, wprowadzono po drabinie wojewodę poznańskiego, Maćka Borkowica, wpuszczono mu na powrozie bochen chleba, dzban wody i wiązkę siana, a wejście do lochu zamurowano.
Od tej chwili upłynęły skazańcowi dwa długie dni i dwie długie noce oddzielone od siebie tylko wątła smużką światła z małego okienka umieszczonego wysoko pod stropem. Nadeszła noc trzecia. Właśnie zegar miejski w Kazimierzu wydzwonił głucho północ, gdy głucho załopotały w ciemnościach lochu niewidzialne skrzydła i ozwał się szatański chichot:
– Cha cha cha, mości wojewodo! Sługa uniżony waszej wielmożności! Cha cha cha! A tośmy się spotkali!
Wojewoda zerwał się z wiązki siana, na której spoczywał.
-Kto tu? – wrzasnął.
Wysoko na gzymsie siedziała ogromna, czarna sowa o oczach płonących jak dwa karbunkuły. Szedł od nich blask jak od próchna, ale barwy rubinowej.
– Nie poznaje mnie wasza miłość? Boruta jestem, sługa i podnóżek wielmożnego wojewody! – zaskrzeczała sowa.
– Ach, to ty, Boruto – rzekł z ulgą Borkowic – przestraszyłeś mnie.
– A ja, mości wojewodo, choć w nieco zmienionej posturze. Nie lepiej to było od razu dotrzymać słowa po szlachecku i iść do piekła, a nie zabawiać się w krętactwa i adwokackie sztuczki? A mówiłem: przyjdzie kryska na Matyska! I przyszła!
– Masz rację, kochany Boruto, wolę sto razy piekło niż te oślizłe żaby i jaszczurki pełzające mi po twarzy, i cuchnące szczury węszące wokół cała noc. Bierz mię z sobą do piekła.
– Pomalutku, mości wojewodo, widzę, że jesteś w gorącej wodzie kąpany! Na wszystko będzie czas! Teraz jeszcze nie jesteś mój. Muszę czekać, aż dopełni się nad tobą wyrok sprawiedliwości. – Tu sowa zachichotała skrzekliwie.
Nagle oczy jej rozgorzały jak dwa płomyki, że jasność ogarnęła piwnicę:
– Widzę, mości wojewodo, że już pół bochna chleba zjadłeś, a i w dzbanie dno już prześwieca. Pomalutku, radzę, po troszku, wtedy na dłużej starczy.
– Zgiń, przepadnij maro piekielna! – wrzasnął wojewoda i porwawszy leżący obok kamień, rzucił go z furią w świecącą sowę. Światło zgasło i nastała ciemność jeszcze większa.
– Chi chi chi! Dobrej nocy waszej wielmożności! Przyjemnych snów na sianku!…
Po tygodniu Boruta w postaci sowy znów zjawił się w ciemnicy. Lecz Borkowic nie zwracał na niego uwagi.
– O, widzę, że jesteś pokorniejszy – powiedział diabeł.
– Bierz mię już, czarcie, piekło jest sto razy lepsze od tej piwnicy przeklętej.
– A czy pamiętasz, mości wojewodo, ile set niewinnych kmieci, mieszczan i kupców zadręczyłeś na śmierć w ten właśnie sposób?
– Gdybym mógł wiedzieć, że to takie straszne!… Ale bierz mię już z sobą do piekła, bo już się szczury o mnie dobijają.
– Cierpliwości, mości wojewodo, jeszcze się nad tobą sprawiedliwość nie dopełniła.
– To daj przynajmniej kęs chleba.
A mówiłem ci ostatnio, żebyś chlebuś oszczędzał, nie usłuchałeś. Teraz mogę ci tylko dać radę przyjacielską: twoi chłopi skazani na śmierć głodową żuli swoje łykowe łapcie. Ty masz piękne wysokie buty z prawdziwej cielęcej skóry – takie buty można gryźć cały tydzień i jeszcze dłużej!
– To daj wody kroplę, jedną…
– Po ścianach spływa wilgoć, najwięcej jej jest przy samej ziemi – pełzaj więc i zlizuj ja jako płaz, tak czynili twoi poddani.
Wojewoda bez słowa podpełzł ku ścianie i począł lizać omszałe głazy fundamentów.
– Gorzka i cuchnąca jest ta wilgoć ścienna!…
– To nic, przyzwyczaisz się, czasem nawet trafisz na tkwiącego w szczelinie ślimaka. To tak jak włoskie ostrygi, które sobie kazałeś sprowadzać na uczty w Puszczykowie. No, czas już na mnie, bo niedługo kur zapieje. Dobrej nocy, mości wojewodo!
Miesiąc przeszedł już całą drogę swoją i znów był na nowiu, gdy o północy pękło z hukiem zamurowane sklepienie lochu i Boruta porwał konającego wojewodę. Hajducy, którzy pełnili tej nocy straż na wieży kazimierzowskiej, opowiadali później, że Maćko Borkowic był bosy i cały w łachmanach jak najgorszy nędzarz, a stopy i ręce miał poobgryzane przez szczury.
A chcecie wiedzieć jeszcze, co się stało z kowalem Wojciechem? „Król chłopków”, Kazimierz, gościł go przez rok u siebie, aż mu Wojciech opowiedział wszystkie swoje baśnie i klechdy, jakie tylko pamiętał. A umiał, jucha, tak pięknie gadać, że czasem król zadumał się i jeno kiwał głową, a inszym znów razem za boki brał się od śmiechu.
Lecz w końcu stary Wojciech zatęsknił do swej kuźni i cudownej gruszy, więc padłszy królowi do nóg prosił, by mu pozwolił wrócić w rodzinne strony.
Król kazał go wsadzić do swojej monarszej karocy, dał mu w podarunku za baśnie dębowy antał królewskiego miodu i odesłał do domu.
We wsi rodzinnej witano Wojciecha jak zbawcę, który lud wyzwolił od okrutnego pana. Obłapiano go z wdzięczności za kolana i w pas mu się kłaniano. Któregoś dnia o południu przybył nawet sam Boruta, podziękował za radę i pomoc i ofiarował się, że mu przyśle do posługi dwóch małych diablików, byle ich tylko Wojciech na gruszę nie wysłał. Ale kowal podziękował grzecznie mówiąc, że do posług ma swoich czeladników, a więcej mu niczego nie trzeba.
Potem żył sobie jeszcze szczęśliwie a samotnie lat kilka. Najchętniej siadywał jak dawniej na ławce przed kuźnią i przyglądał się, jak czeladnicy kują konie, a gdy mu się gospodarz jaki podobał, to z nim pogwarzył i uczęstował kubkiem miodu królewskiego. Ale wreszcie życie mu się sprzykrzyło, bo wszyscy znajomkowie już dawno pomarli, a i miód królewski się skończył. A jako że śmierć dawno się go wyrzekła, więc się sam wybrał do nieba, gdzie u Pana Jezusa, swego ojca chrzestnego, miał zapewniony wycug. Tam zapewne jest po dzień dzisiejszy i pilnuje zawiasów i okuć bramy niebieskiej, bo na kowalstwie znał się jak nikt na świecie.
Stanisław Świrko