Pan Klemens Hemperek
Autor kazimierskiego koguta

Klimuś. Klemens Hemperek, w AK pseudonim „Sztylet”. Brał czynny udział w ruchu oporu – dostał z Anglii odznakę i legitymację, ale nie chciał o tym mówić. W ogóle o wojnie nie bardzo chciał opowiadać, za to płakał, jak opowiadał o Kmicicu i obronie Częstochowy. „Panno święta, co jasnej bronisz Częstochowy…” – znał wszystko na pamięć. Zaczynał recytować i zaraz broda mu drżała, łzy płynęły, płakał. Przy tym zawsze płakał. Polska go tak wzruszała, nad Polską płakał. Przeżywał jak opowiadał o historii. „Potop”, „Krzyżacy” – znał każdy szczegół.
Przyjechał z Głuska. Najpierw z babcią mieszkali na Szkolnej u Przychodnia, tam gdzie ten budynek, co go nie ma. Babcia malutka, dobra dusza, chroniła mnie, bo byłem żywy strasznie, dziadek drobniutki, mizerniutki. Wcześniej był wysoki, chudy, kawał chłopa, potem go przygarbiło.
Miał taki nawyk, że jak siedział, to rękami ślizgał po spodniach, jakby ciasto wałkował. Spodnie miał zawsze uświechtane, „Cholera, nie można doprać” – narzekała synowa. Nic dziwnego, wtedy jeszcze pralek nie było. U siebie w pokoju miał surową słoninę, codziennie ją sobie kroił, kroił też cebulkę, octem pokropił i do tego po kielichu. Lubiło się go, zawsze coś śmiesznego powiedział, koledzy przychodzili. Był dowcipny, z humorem. I pisał wiersze.

Kazimierz nad Wisłą miasto tradycyjne,
Jego krajobraz nie dorówna inne.
W podgórskiej dolinie pięknie zbudowane,
Górami i Wisłą wkoło opasane.
Gdy spojrzysz na miasto z tej najwyższej góry
Ujrzysz jak na dłoni starożytne mury.
Widać piękny rynek nisko jak w kotlinie,
Widać tuż przy grodzie modra Wisła płynie
Widać te spichlerze co król ich wystawił,
Zawsze na wypadek zboże w nich gromadził
Trzy kościoły widać budowa prastara,
Święta Anna, Klasztor no i kościół Fara.
Gdy spojrzysz na górę od północnej strony,
Widać piękną basztę, zamek zrujnowany.
Dawno w nich król mieszkał, dziś jest opuszczony,
Jedne tylko zgliszcza, stoją tylko ściany.
Przed wojną to miasto było zaniedbane,
A dzisiaj już nieco jest odbudowane.
Dziś państwo ludowe się nim opiekuje
I coraz to nowe zabytki buduje.
Jest Dom Architekta nowo zbudowany,
Jest Dom Dziennikarza zawsze pożądany.
Goście z zagranicy Kazimierz zwiedzają,
W Domu Dziennikarza zawsze obiad mają.
Jest Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze,
Którego turyści odwiedzają zawsze.
W dawnej kamienicy Muzeum odkryli,
Już nieco pamiątek w nim nagromadzili.
Gdy spojrzysz wokoło na podgórskie zbocza
Wszędzie zieleń, kwiaty aż się mieni w oczach.
Gdy nadejdzie wiosna dzięcioł w drzewo puka,
W głębi tej zieleni kukułeczka kuka.
Gdy staniesz na górze, na wysokim kopcu,
Widać piękny zamek za Wisłą w Janowcu.
Piękny ten krajobraz, każdy musi przyznać,
Całą panoramę dookoła widać.

Dziadek był piekarzem. Prowadzili piekarnię tam gdzie teraz Sarzyńscy, wynajmowali od pani Zelisowej. Ale trudno im było. Naprawdę trudno było, w tamtych czasach wszystko było trudne. Zdobycie mąki, którą przywozili na furmankach, wszystko trudne. Kiedyś mieli jakiś problem z urzędem skarbowym, jakiś domiar im doładowali za jakąś mąkę, że za dużo czy coś. Wtedy prywatna inicjatywa była źle widziana. Dziadek miał wyobraźnię, robił koguty, ryby robił, raki i krokodyle. Jako pierwszy robił koguty. Pracował u niego pan Franciszek Siemiński, artystyczny człowiek, a dziadek też miał taką duszę z polotem, więc sobie we dwóch coś takiego wymyślili, pieczywo ozdobne. Potem, po latach Sarzyński przychodził do dziadka i wołał go, żeby szedł do piekarni i uczył jak to robić. Dziadek chodził, miał czas, był już na emeryturze. Oni coś tam mu za to dawali, a on pokazywał jak robić ryby, kaczki, raki z kleszczami. W tamtych czasach na święta chodziło się do piekarni piec ciasta. Do pomocy mieli taką Helę, co czyściła blachy. Raz pani P. przyszła robić sernik, a Hela akurat czyściła te blachy, tylko Hela słabo widziała. Sernik pani P. stał na podłodze i ona wlazła w ten sernik, jeszcze się poślizgnęła… Głupio się było śmiać, ale sytuacja jak z komedii.
Była komuna. Wtedy po domach ludzie słuchali Wolnej Europy. Dziadek miał radio takie wielkie, z materiałem na przodzie, kółko z taką wskazówką wielką, dwie gałki. Słychać było „uuuuuuuuuuuoooooo Radio Wolna Europa” – dziadek przy tych gałkach, kręcił, kręcił, bo zagłuszali. „Zaraz zaraz złapię!” Konspiracja – koc na oknie, a to na pół ulicy było słychać.
Schodzili się do dziadka koledzy na karty, grali w tysiąca. Siedzieli godzinami, kłócili się, ale nie politykowali. Czy to zresztą można było politykować? Partia była jedna…

Słabe moje wiersze na dzisiejsze czasy,
Trzeba mi darować, nie mam żadnej klasy.
I jednej godziny w szkole ja nie byłem,
Czytać i pisać sam się nauczyłem.
Tą moją poezją to Bóg mnie obdarzył,
Bo ja od dzieciństwa jużem o niej marzył.
Na mojej poezji ludzie się nie znają,
Zamiast mi być wdzięczni, to mi urągają.
Tęsknota mnie ogarnęła, że świat ginie przede mną,
Niektórzy koledzy żegnają się ze mną.
Ściskają moje chude ręce – smutek na ich twarzy,
Bo serce ich przenika, że i oni będą starzy.
Ja ich żegnam tymi słowy: „do widzenia – na wieki”,
Lata moje policzone, niedługo zamknę powieki,
Wszystko mnie w życiu minęło, a śmierć mnie teraz nie minie,
Pójdę tam gdzieś w zaświaty i pamięć o mnie zaginie.
Więc gospodarstwo moje – cóż mi dziś po tobie?
Wolałbym już dawno leżeć w ciemnym grobie.
Kwitłyby nade mną palmowe gałązki,
Nie wiedziałbym, że mam jakieś obowiązki.
Bo wszędzie napisane: że trzeba tylko dać,
A nigdzie nie napisane: skąd to wszystko brać?
Gospodarstwo moje nic mi już po tobie,
Zazdroszczę tym starcom, co już leżą w grobie.
Pędziłem przez ten świat jak szalony,
Wszystkiego dla siebie żałowałem,
I za te sześćset tysięcy godzin –
Nic nie zbudowałem.