Legenda o kazimierskim kogucie
Bożena Gałuszewska

Dawno temu, w czasach Piasta,
gdy nie było jeszcze miasta,
gdy nie było rynku, fary
jeno chatek ze dwie pary,
ponad Wisłą góra stała,
co się Wietrzną nazywała.
Jakby kto zapytał czemu,
to odpowiem po mojemu:
takie miano jej nadali
ludzie, co się dziwowali,
że dzień po dniu przez rok cały
wichry tam piekielne wiały,
a po nocach i o świcie
dobiegało dzikie wycie.
Taka to przeklęta góra,
niedostępna i ponura,
ni do żniwa, ni do siewu,
ni do tańca, ni do śpiewu…
Nikt nie łypał na nią okiem,
nikt nie ciekaw, co za stokiem –
wszyscy górę omijali,
bo się jej okrutnie bali.
Aż pewnego dnia przed laty,
mnich zamieszkał tam brodaty.
Wzniósł chatynkę ze źdźbeł trawy,
siennik miał i stół kulawy,
żył skromniutko. Jadł korzonki,
co je zbierał całe dzionki,
pszczółki miodem się dzieliły,
rosę z nim ptaszęta piły.
Wszystko wkoło go cieszyło,
tak i zgnuśnieć łatwo było,
dla pożytku więc własnego,
a i takoż dla bliźniego
ziółka pielił, wodą kropił,
by kto niezdrów – ziółek popił.
Miał mnich wśród obejścia swego
kogucika pstrokatego
co był dobrym, wiernym druhem,
a do tego dzielnym zuchem.
O tym właśnie koguciku
do dziś plotą bajd bez liku,
i od wieków po opłotkach
rozprawiają o tych plotkach.
Chcecie wiedzieć jak to było?
Co po prawdzie się zdarzyło?
Powiem wam, choć na myśl o tem
Strach mi rosi czoło potem.
Zacznę tedy od początku:
w malowniczym tym zakątku
co mu na cześć króla pana
imię dali – rzecz to znana –
co się z dawna odbywało
by opisać, słów za mało…
W dzień – gdy słonko, Wisła modra –
piękno siała ziemia szczodra,
lecz gdy nocą wszyscy spali –
czarci zewsząd zlatywali,
bo im z każdej świata strony
wichry duły tu w ogony.
„Ot, sąsiedztwo, tfu psiajucha,
Belzebuba mieć za druha,
z piekła rodem kompanija
i noc w noc siarczysta chryja!
Dość już grzechu i sromoty,
Trza ukrócić te zgryzoty!”
Choć na co dzień mnich spokojny
ze wszech miar unikał wojny
a na głupstwa się nie zżymał,
pewnej nocy nie wytrzymał.
Wzuł sandały na chybcika
i obudził kogucika:
„Patrz no tylko, bracie kurze,
oni nam tu sieją burze!
Toż łza z oka mi się leje
na myśl o tym co się dzieje.
Pójdźmy sprawdzić co za wycie
tak uprzykrza nasze życie.”
Więc ruszyli cichcem w górę,
mnich staruszek ze swym kurem.
Żadnej ścieżki, same chaszcze,
drzew konary jako paszcze,
blask księżyca – oko trupie,
ziąb grobowy w kościach łupie,
ale idą, krok po kroku.
Nagle… się wyłania z mroku…
Widok co dech w piersi dusi,
gardło wyschłe ściska, krztusi,
aż kolana się ugięły,
pióra dęba aż stanęły,
i aż oczom nie wierzyli –
bractwo z piekła zobaczyli!
Stare wiedźmy rozczochrane,
na swych miotłach wichrem gnane
przybywały na szczyt góry,
gdzie ich czekał diabeł bury.
Witał szpetne czarownice
prosząc je na wieczornicę.
Z pierwszą gwiazdą pan ciemności
do swawoli wzywał gości,
tańcowali, w kości grali
i do rana harcowali.
Gdy wraz z zorzą słonko wstało,
pianie kura się ozwało.
Wiedźmy oczy weń wlepiły
„chodźże tu kogucie miły!
nasze miotły – stare śmiecie,
dziś nas ty nieś na swym grzbiecie!”
Ale kogut – zuch pstrokaty
wrzasnął „A niech was, psubraty!”
Nuże dziobać czarownice,
podskubywać im spódnice,
skrzydłem szturchać, drażnić piórem
– niech nikt nie zadziera z kurem!
Wiedźmy pisku narobiły,
do ucieczki się rzuciły,
razem z nimi wszyscy czarci.
„Przez koguta być pożarci?!
przez koguta stracić życie???
Dalej stąd co sił w kopycie!”
Snopy iskier roznieciły
i już więcej nie wróciły.
Wzniósł brodaty mnich kościółek.
Na pamiątkę napiekł bułek
słodkich, z maślanego ciasta,
co do dziś są znakiem miasta.
Mają kształt koguta zucha,
który przegnał złego ducha.
Bożena Gałuszewska
The Rooster of Kazimierz Dolny – Bożena Gałuszewska