Z opowieści Pani Władzi

Zupę się je dwa dni: raz gotowaną, raz odgrzewaną, ale już na trzeci dzień to się nie ma chęci. Tylko że samą zupą się nie możesz najeść, bo zupa jest głodna. Zależy zresztą od człowieka: jeden się takim rzadkim naje, a drugi jak się nie nakadzbuni mięsa, to nie może żyć.

Ja to robię tak: ugotuję barszczu z kapusty kiszonej (kiedyś dużo zjadałam i potem mi się pół dnia jeść nie chciało), albo barszczu burakowego. Wieczorem barszcz odgrzewam, biorę kartofle na małą patelnię, odgrzeję, zjem. Jak się dało tak więcej masła, to kartofle się w barszczu rozpuściły. Za to jak były cało – to kartofel sobie, a kapusta sobie – później silnie odczuwałam takie jedzenie. Ubite kartofle smażyłam na wolnym ogniu, bez przerwy mieszałam, odkryłam przykrywkę, żeby odparowało. Patelnia już trochę zużyta, to żeby nie podrapać, mieszam drewnianą małą łyżeczką.

Teraz jajecznica: żeby była sytniejsza, to trzeba dodać cebulki. Jak większa to jedna, jak mała to dwie. Pomimo tego, że zdejmę tą żółtą skórkę, to jeszcze zawsze i białą zdejmuję, bo jak nie, to się smaży, smaży, smaży – i dalej łykowata. Wbiłam na to dwa jajka i potem jakiś czas już mi się jeść nie chciało. Starczało, potem się już niczym nie opychałam. Ja nigdy nie byłam żarta. Głód zaspokojony i starczy.

Raz moje dzieci miały na twarzy i po brzuszku jakieś takie nakropienie. Na rękach to nie pamiętam, ale może i na rękach? Chyba tak, bo jak brałam za rękę, to wyczuwałam, tylko nie wiedziałam co to jest. Przyszła moja mamusia, a te dzieci leżały chore w łóżku.

– Co im jest?

– A trochę gorączkują i takie jakieś nieczyste ciało mają.

Mamusia zajrzała i mówi „załóż im sukienkę czerwoną albo coś czerwonego – zaraz im to wyjdzie do wierzchu”. No i tak było. Na wieczór były czerwone całe, potem nakropienie zbladło i zeszło. Jakie to było – nie wiem: czy zaraźliwe, czy niezaraźliwe, ale parę dni nie puszczałam nigdzie dzieci, żeby się komu nie udzieliło. 

Pamiętam też, jak mi się raz guz wybudował na nodze od góry. Mała byłam, nie mogłam wcale chodzić, tylko leżałam na ławce pod kasztanem. Mamusia mi wtedy przykładała bobkowe listki i jeszcze jakieś ziele, ale wtedy ktoś mamusi naradził, żeby zabić żabę i przyłożyć. Nie chciałam się na to za nic zgodzić, mowy nie było, musiały wystarczyć same liście. Może i co więcej tam było, nie wiem, pamiętam na pewno liść kapusty i na zmianę bobkowy listek. Wreszcie guz pękł, ropa się wywaliła. Nie wiem skąd ona się tam znalazła i jak co się stało, wiem tylko, że później to rumiankiem mamusia obmywała. Dłuższy czas miałam znak cały, że coś na tej nodze było.

Na zimę to ja z siostrą i ojciec z mamusią – razem jechaliśmy na ćwierknię do lasu po drzewo. Tata dziabał, mamusia okrzesywała z gałęzi, a my z Krysią żeśmy wyciągały. Tata nam pokazał jak mamy nakładać, żeby jak najwięcej się zmieściło, bo nie po to przyjechał, żeby ciągnąć puste sanki. Myśmy się zaraz nauczyły i tak ułożyły, że nie śmiało być nigdzie jakiejś przestrzeni, musiało być jedno koło drugiego. Jakśmy z miejsca ruszali, tośmy dobrze pchnęli – i w górę, a z górki to samki same leciały. Myśmy czasem nawet nie siadały, bo ono tak to drzewo było przymocowane do sanków, że nie śmiało się zsuwać. Nawet jak się przewracało, to wszystko razem: sanki z drzewem. Z góry, żeby się nie pędziło to ojciec brał dyszel między nogi i już. Myśmy za nim leciały, a mama na sankach siedziała, żeby jak największy ciężar był i żeby się sanki nie przewróciły na który bok, bo potem był kłopot podnieść.

Żeby mieć posprzątane to nikt mnie w domu nie uczył ani nie rozkazywał. Tylko mnie było żal mamusi, że ona sama wszystko musiała zrobić… I przy dzieciach, i po domu, i obrządek, jedno kończyła drugie zaczynała – od rana aby robota i robota. Nie trza mi było wcale palcem pokazywać, sama wiedziałam: jak co leżało, to podnieść, kapotę powiesić na gwoździu, w kątach poobmiatać.

Byłam taka, że wszystko musiałam zobaczyć jak się co robi, wszędzie musiałam pójść obejrzeć jak co wygląda. Ojciec gdzie szedł – to ja musiałam pójść z nim, żeby wiedzieć gdzie kto mieszka. Robił kiedyś u K. na Górach. Oleś – tak się ten K nazywał. Byłam okropnie ciekawa, jak to z ziarna wydobyć olej. Tatuś do mnie tak:

– Jak będę szedł kiedy, to cię wezmę.

No i raz mówi, że idzie olej robić, „jak chcesz, to chodź ze mną”. Poszłam. On mi pokazał jak się sypie ziarno, jak się go oczyszcza, jak wszystko, i później, jak olej szedł, to trzeba podstawić bańkę albo wiaderko pod taki dzióbek i potem w butelki sobie ktoś zlewał.

Albo jak u Stacha R. młócił, to i ja musiałam pójść popatrzeć. Stacho, jak nie miał czasu robić na podwórku, to mówił „przyjdź Bartek, kunia se weź i se rób co ci tam trzeba”. Ojciec brał drąg, brał konia, bo umiał, wiedział co i jak. „Ja se zrobię jak se sam chcę” mówił. Poleciałam z nim i już wiedziałam, gdzie ten R. mieszka. Ojciec został, a ja sama do domu trafiłam. Tylko nieraz się bałam, bo tam trza było przez pole iść kawałek, a później w krzaki. Krzaki, i krzaki, i krzaki, aż do samych Rydzów. Tymi krzakami to się obawiałam, bo błoto i woda szła tamtędy, nigdy słoneczka, zawsze ciemno. Niewyraźnie mi było.

Krowę jak pasłam, to żeby po południu krowa nie była głodna, brałam sierp, koszyk albo worek i planowałam gdzie pójdę trawę zbierać. Jak gdzieś dalej, to brałam worek, jak bliżej, to koszyk. I szłam. Wiedziałam jakie badyle krowa je i takie rwałam. Przynosiłam do domu i tata robił tak: jęczmiankę kropił wodą (jęczmianka jest miętsza niż żytnia), zaczekał aż słoma obmiękła i z tym zielskiem wymieszał, a krowina to zjadła i po południu była spokojna. Bo jak w domu nic nie pojadła i poszła na pastwisko, a nie było jej tam co do gustu pojeść, to łbem pukała, ogonem majtała i jak tylko ją tam mucha gdzie ucięła, to lubiała się i wyrwać. Wtedy to ja się bałam! Po południu, jak słońce zaszło, gnałam do domu. Chyba że deszcz padał, to przygnałam wcześniej… Jakby nie deszcz, to jeszcze by krowa była połaziła. A kiedyś już obleciałam wszystkie drogi – nie ma co na drogach, bo każdy na drodze pasł krowę. Taki był Z. co miał jedne krowę, też na drodze pasł. A na miedzę nie można było wygnać, bo zboża rosły po obu stronach, albo kartofle, albo tytoń. To nie tak jak teraz, że porzeczki, truskawki albo ugór. Ugoru jak nie obrabiają przez dłużej, to zaraz ćwirknia zarośnie drzewem jak tu, koło S. Górki, pagórki zarosły drzewem, ale co to tam, będzie miał las, pójdzie natnie se drzewa tyle ile mu pasuje i będzie miał z głowy. Kiedyś przecież był przydział na węgiel – 5 metrów na rodzinę czy coś, mało. Ciocia W. wiórami paliła. Wujo obręcze robił i jak kije były za długie, wujo obcinał na krótsze, bo to na te obręcze musiały być kije pod jedne miarę. Nieraz dały tych wiórów, tych ścinków, ale to było mało, bo rano się gotowało, wieczór się gotowało, pod kuchnią się musiało palić. Taki R. jak sobie w lesie naciął, to na plecach do domu nosił taaaakie wiąchy tego drzewa. Przecież i świnie miał, i krowy dwie miał, gotowane im dawał. Jak już drobne kartofle spasły świni, to łupiny z tego co tam ciotka gotowała było dorzucone i wtedy nie takie rzadkie, gęstawe to było. Nieraz widziałam: wytłukła, wytłukła w szafliku, potem w wiaderko nakładła, wodą zalała i takie chłapanie dawała. Nieraz jak jej zostało osypki co nie spasła prosięciem, to osypki wsypała. Ale krowy jak łanie były! Uh, jakie łanie… Czyste… Była matka z córką, matka biało-czarna, a córka biało-czerwona, brązowawe łaty miała. Nigdzie indziej takich krów nie było. Pewnie nikt inny nie przyszedł do tego, żeby osypki świńskiej krowom dosypywać.