Miłka
po Wojtku - Hubicka

postacie

Chyba jednak była czarownicą. Jakoś tak czarami patrzyło jej z oczu - tak by się powiedziało, gdyby się mogło, tyle że jej oczu nie widywał nikt. Wszyscy mówili, że była i że umie wróżyć z kart. Ale wróżyć nie chciała. Raz, raz jeden, a i to tylko dlatego, że się już niemiłosiernie naprzykrzałam, rozłożyła mi karty, w jakim ogródku, z dala od ludzkich oczu. Mówiła, ja nie mówiłam, bo to co ona mówiła, to były jakieś banialuki, tak myślałam. Ale zaraz potem, karta po karcie zaczęło się spełniać. Niebawem i tak wszystko runęło, tak samo jak wszystkie domki z kart, ale w międzyczasie się wydarzyło.

Miłka, zawsze poszarzała, jak przysypana popiołem – od siwych włosów aż po skarpety i sandały. Wszystko nosiła w kieszeniach albo okazyjnie w siatce, której nigdy nie trzymała za uszy, tylko zmiętoloną i ściśniętą u góry, jak worek. Nie mówiła o sobie, za to dużo mówiła o innych, najczęściej z kpiną. Drwiła chętnie, ze wszystkiego. Śmiała się skrzekliwie, hałaśliwie.

Prawie wszyscy ją lubili. Całymi dniami siedziała przy kawiarnianym stoliku, do południa przy herbacie z pomarańczą, od zmierzchu – przy piwie. Wchodzi ktoś do kawiarni, kogo ona nie lubi – Miłka prycha, wstaje i wychodzi. Ostentacyjnie i programowo. Miała i swoich ulubieńców - często otoczona jedną i tą samą zazwyczaj kompanią. Nie przeszkadzało jej z całą jednak pewnością siedzenie w swoim własnym towarzystwie, chyba to sobie nawet ceniła. Wyglądało to tak, że po śmierci Wojtka najbardziej lubiła być sama, patrząca gdzieś. Dokładnie: gdzieś. A gdzie, to nie wiadomo, bo zawsze, niezależnie od pory dnia i roku, nosiła ciemne okulary. W cienkiej, drucianej oprawie - „pilotki” czy jakoś tak się je nazywa.

Z Wojtkiem byli nierozłączni. Razem, razem, on – przystojny jak filmowy amant, z klasą, z głosem, który nieczęsto się zdarza. Wojtek pięknie malował i miał piękny głos, to „l” zamiast „ł”: „Mileczko” – mówił. Albo „Milko”. Wojtek malował. Miłka zaczęła rysować, głównie suchymi pastelami. Rośliny, polne kwiatki i zioła, garnki, filiżanki, cebule w wiankach i słoiki z miodem. Co kto chciał.

Umarł Wojtek. Miłka nic, ale się zacięła. Nie pokazywała po sobie, ani drgnęła, jak szary kamień. Jakaś przeźroczysta, nie tam, ni tu. Czasem tylko mówiła, że to nie potrwa długo. A że została całkiem sama, to ludzie gadali, z troską, nie złośliwie, że co ona teraz zrobi. Że jakby w razie czego, to wtedy co. Wtedy nic. Szybko się uwinęła. Krótka choroba, bez odwiedzin. Miłka nie życzyła sobie litościwych wizyt ani współczującej, nic nie mogącej poradzić, przyjacielskiej niemocy. Zawsze mówiła, że tak to właśnie będzie wyglądało, że dlatego nie boi się starości. Na marginesie: odkąd ją pamiętam, zawsze była stara. Tyle że podobnież w jakiejś hipotetycznej (z mojej perspektywy) młodości, była zjawiskowa. Swojska niby, zabawna, a jednak budziła... lęk? Przestrach? Dystans na pewno. Na wszystko reagowała inaczej niż większość. Nie specjalnie dbała o poprawność polityczną. Pies to pies, da się kochać, ale dzieci lepiej trzymać od niej z daleka. Albo jakieś łzawe powszedniości. Z tych to może tylko o jedzeniu, podobno niesłychanie świetnie gotowała. I znała się na przetworach. I na grzybach, tu była ekspertem, co trucizna, co jadalne. Jakoś to do niej pasowało, że wie co trucizna co zjadliwe. Jeśli już mowa o wyrafinowanym jedzeniu, to owszem, widywano, ja też widywałam i chyba zawsze była to bułka w plastikowym woreczku, a wcześniej, kiedyś jeszcze przed plastikiem - w papierowej torebce.

Kim ona była - ona jako ona, nie metrykalnie czy tam z wykształcenia, tylko Miłka jako Miłka - to, to tak naprawdę, nie jest mi wiadome. Ani jak faktycznie wyglądała. Ani co naprawdę czuła. Nie wiadomo, bo nie pokazywała twarzy, na straży tej prywatnej, zazdrośnie pielęgnowanej tajemnicy, wiernie stały ciemne okulary.

Do dziś nie wiem, czy ktoś kiedyś widział oczy Miłki.

###########

A jednak okazuje się, że pomimo "neutralnego" - nazwijmy go oględnie - stosunku Miłki do młodych szczepów kazimierskiej latorośli, dziś, wybujały z niej, z tej latorośli kwiat, w postaci gładkiego młodzieńca, zapytał czy to mowa o tej pani, co on zawsze myślał, że ona jest niewidoma. - A nie, to ona była spoko, moje popisowe dwa wierszyki to jej nauka: "To nie sztuka trafić kruka, ani sowę trafić w głowę, ale sztuka całkiem świeża - gołą dupą siąść na jeża." I drugi: "Żył był sobie raz soliter, co wyskoczył z czterech liter. <Mam już dość siedzenia w dupie, pójdę sobie i coś kupię.> Przewędrował sklepów kupę i na powrót wskoczył w dupę, i powiedział <wszędzie równo. I tu gówno i tam gówno". Dziecko, tak samo jak wtedy, gdy miało dwa latka, zaniosło się nieopanowanym śmiechem.