Kazimierz
„Ziarno” (1902)

„Po nad płowym nurtem Wisły, wśród jarów, wieńczących wzgórza, wznosi się miasteczko Kazimierz. W pobliżu, na piaszczystem wybrzeżu, bieleją rozwaliny starych śpichrzów, które jeszcze dobry król chłopków Kazimierz Wielki wzniósł, wraz z bogatymi kupcami miasta, które też stało się najważniejszym portem nad Wisłą. Pełne galary i szkuty zboża z okolic Krakowa, z Galicyi, ładowne furmanki z okolic Lublina, ciągnęły do Kazimierza, aby w nim wysypać złotodajne zboże, po które przyjeżdżali z ładownym trzosem anglicy i holendrzy. Mieli nawet ci zagraniczni kupcy swoje stałe kantory, w których odbywały się zakupy zboża, miodu, wosku, miedzi, ołowiu i innych produktów naszych.
Z drugiej strony bogaci kupcy perscy, ormiańscy, rozkładali swe kramy, z pięknym towarem: złotogłowiem, atłasem indyjskim, muszlinem syryjskim, które rad kupował szlachcic, gdy mu holendrzy dukatami sowicie za zboże zapłacili.
I kwitło miasto.
Na wzgórzu zaś dźwigał się zamek królewski, przez Kazimierza Wielkiego zbudowany i często przez niego odwiedzany, gdy w sąsiedniej Bochotnicy mieszkała piękna Esterka.
Zamek ten miał fundament niefortunny, zastosowany do kształtu skały, na której go wzniesiono. Częścią, mieszkalną obrócony był na południe, to jest ku miastu, od północnej zaś strony miał niewielki dziedziniec. Izb było tylko cztery na dole i tyleż na górze, przeważnie kształtu nieforemnego. Jedna z nich prawdopodobnie mieściła w sobie kaplicę. Mur obwodowy dziedzińca, niższy od muru części mieszkalnej, opatrzony był u góry w strzelnice. Tuż za murami rozpoczyna się spadzistość skały, co zamek w owych czasach czyniło warownią niedostępną. Na najwyższym punkcie, nad szeregiem wzgórzy tutejszych panującym, stoi baszta okrągła, w niewielkie otwory tu i ówdzie zaopatrzona; na niej palono w nocy ognie, aby żeglarzy ostrzedz i rozświecić im drogę do przystani.

U stóp wzgórza, wyniosłemi wieżami strzelał ku niebu przybytek Pański, wzniesiony przez bogatych i pobożnych mieszczan; rynek okalały dziwnie pięknej struktury kamienice, których frontony z ciosowego kamienia, ozdobione były filigranowemi rzeźbami. Z rynku rozbiegały się ulice z również pięknymi domami, a przedmieścia usiane dworkami szeroko ciągnęły się za miasto, dając przytułek licznej ludności, pracującej w porcie na Wiśle, lub w warsztatach bogatych fabryk safianów, sukna i innych wyrobów.
Tak było w wiekach: XV, XVI i do połowy XVII, lecz nie sądzono było widocznie, aby miasto to i to i dalej cieszyło się niebywałym dobrobytem. Nadeszła nieszczęsna wojna szwedzka i kwitnące miasto zamieniła w gruzy, wy-pędziła z niego handel, stłumiła przemysł, odarła z świetnych wspomnień, zasiała nędzę i spustoszenie. Nie pomogły udzielane mieszkańcom przywileje, nie pomógł August Il dźwignięciem zamku z ruin – nasienie szwedzką ręką rzucone pleniło się wśród gruzów domostw. Jedynie usilna praca mieszczan od zupełnej zagłady miasto uratować zdołała. Zaraza w r. 1705 wyrwała jednakże najpożyteczniejszych pracowników, wyludniła miasto z osób zdolnych do pracy, a wówczas na pobojowisko to zaczęły zlatywać się kruki, w postaci tych obywateli, którzy dziś stanowią w Kazimierzu dominującą część ludności.
Dziś wjeżdżając do Kazimierza od strony Nowej Aleksandryi, widzimy tylko szereg pustych, rozwalonych śpichrzów, których wnętrze zarasta dzikie zielsko, a w głębszych i ciemniejszych zakątach gnieżdżą się nietoperze. Dalej witają nas biedne pochylone domki, z których w dzień szabasowy tysiące wysypuje się żydów, śpieszących do miejscowej bóżnicy. Rynek przedstawia również smutny widok zaniedbania i niechlujstwa. Jedynie ogrody, pomiędzy domami porozrzucane, uprzyjemniają widok ogólny, o ile nie będziemy do wnętrza miasta zaglądać. Zamek i stojąca w pobliżu wieża – w ruinie, do której młodzi potomkowie Izraela czasem zaglądają. Z dawnego handlu pozostała czcza mara, a kilka garbarń roznosi niemiłą woń po mieście.
Kościołów obecnie w osadzie znajduje się trzy. Parafialny, pierwotnie drewniany, odbudowany był z kamienia w r. 1610, w stylu odrodzenia. Ciekawą w nim jest statua Matki Boskiej do noszenia za procesyą. Osobliwszym jest także wiszący na środku kościoła świecznik, w kształcie głowy jelenia, choć jest to dzieło bardzo niedawnych czasów. Kościołek św. Anny jest w stanie opuszczenia. Kościół poreformacki, w nowszym stylu budowany, nosi cechę początku XVII stulecia.
Do ciekawych zabytków zaliczyć też należy trzy kamienice, w obrębie miasta z dawnych czasów pozostałe. Dwie z tych kamienic stoją w rynku, trzecia zaś przy ulicy Senatorskiej; wszystkie mają dachy kryte, z murem wystającym i różnokształtnemi blankami przyozdobionym. Dolne piętra zabudowane były w podsienia, każde o trzech sklepionych arkadach. Wszystkie te kamienice stawiane są z kamienia i grubo obrzucone tynkiem, na którym artysta różnowzorowe wymodelował rysunki.

Rzecz dziwna. Pomimo, że więcej tu niż gdziekolwiek spotykamy zabytków w przeszłości, przeszłości, osada ta nie budzi w nas miłych wspomnień. I te ruiny zamku, w których rozkochany król studził zapalone serce i owa wieża, na dnie której niejeden zbrodniarz rozpamiętywał swe grzechy i owe szkielety śpichrzów, świadczących o handlu i dobrobycie miasta – ponure jakieś i posępne wywierają wrażenie. Nie przypominają nam sławy narodowej, ale raczej naprowadzają na myśl, że stanowiły przepowiednię, iż miasto to będzie gniazdem potomków Izraela, którzy tu tak swobodnymi się czują. Odwieczne błoto na ulicach, woń nieprzyjemna z każdego zaułka cuchnąca i wspomnienia historyczne zlewają się w całość, jakby od wieków do siebie dopasowaną. W porze letniej dopiero widok nieco się zmienia. Tu i owdzie spotykamy letników, świeżego powietrza żądnych. Snują się oni wśród ogrodów nad brzegami Wisły, zwiedzają ruiny, marzą o zamianie tej osady na uzdrowisko chorych, ale wszystko to są marzenia nieurzeczywistnione, bo mieszczanin tutejszy zbyt jest apatyczny, zbyt w niechlujstwie zamiłowany i zbyt chciwy, aby umiał zastosować się do potrzeb tegoczesnych, a jednocześnie nie pożądał nagłego wzbogacenia się kosztem przyjezdnych. Przekonawszy się zaś, że letnicy nie wszyscy rzucają pieniędzmi za drobne usługi, a mają wymagania, o których kazimierzanin przedtem nigdy nie słyszał, walącą się chałupinę pozostawia w stanie pierwotnego opuszczenia i o dążeniu ku lepszemu nie myśli.”
L. V. J.
Ziarno (1902)