Kazimierskie studnie
Hanna Pawłowska

Widok na Rynek (1935), fot. Stanisław Magierski

Trudno wyobrazić sobie rynek w Kazimierzu Dolnym bez charakterystycznej studni z czterospadowym daszkiem krytym gontem, wspartym na czterech słupach. To najbardziej rozpoznawalny element miasteczka, obecny na tysiącach fotografii i obrazów. Wydaje się, że studnia stoi tu od zawsze i jest świadkiem średniowiecznych prapoczątków Kazimierza. A co mówi historia i czy rzeczywiście kazimierska studnia na rynku jest tak stara, na jaką wygląda, czy tylko staruszkę udaje?

Naprawdę stary rodowód miała pierwsza zbudowana w Kazimierzu studnia – ta na zamku. Powstała prawdopodobnie w XIV wieku. Zamek posadowiony jest na twardej skale wapienno-krzemionkowej zwanej opoką, studnię trzeba więc było mozolnie drążyć przez wiele miesięcy, by dostać się do wody. Otwór studni zamkowej miał kształt prostokąta o wymiarach budzących uznanie dla budowniczych: 4,9 m na 4,1 m. Najciekawsze jest to, że prostokątny otwór wieńczy owalna cembrowina, która wymagała zastosowania specjalnych zaokrąglających sklepień na rogach. Archeolodzy badający ruiny zamku odczytali to jako ślad obecności w Kazimierzu zagranicznych budowniczych, prawdopodobnie z terenów Imperium Osmańskiego (w ówczesnej Polsce obowiązywał inny model cembrowania). Głębokość studni była imponująca – 300 łokci, a więc około 180 metrów. Dlaczego prostokątny otwór? By zwiększyć efektywność poboru wody kołowrót wciągał dwa wiadra na raz.

Dzisiaj o studni zamkowej można mówić w czasie przeszłym. Została ostatecznie zasypana w 1806 roku przez Austriaków (Kazimierz był wówczas pod zaborem austriackim), którzy w ramach zabezpieczenia ruin zamku likwidowali miejsca grożące wypadkiem. Obecnie najstarszą i wciąż sprawną studnią mogą się poszczycić franciszkanie z kazimierskiego klasztoru. Ich studnia powstała w 1629 roku, jeszcze zanim skończono budować klasztor. Zachowała zabytkową drewnianą konstrukcję z wielkim kołem, wprawiającym w ruch kołowrót z wiadrem. W tej studni miało miejsce przedziwne wydarzenie. Do liczącego 25 metrów głębokości szybu zszedł robotnik, który miał oczyścić dno studni ze zbierającego się tam szlamu. Zakonnicy wciągali napełnione szlamem wiadro na górę, ale nim zdążyli je chwycić, sznur zerwał się i wiadro z ładunkiem spadło na dno studni, wprost na pracującego tam robotnika. Z wiadra zostały szczątki, robotnik wyszedł z wypadku cały i zdrów. Jak to możliwe? Zakonnicy uznali to wydarzenie za cud, uczyniony przez swoją patronkę – Matkę Boską Kazimierską, której obraz łaskami słynący mieli pod swoją opieką. Wypadek został skrupulatnie opisany w „Księdze cudów”, prowadzonej w tym sanktuarium.

Jak sobie radzili z problemem wody pozostali mieszkańcy miasteczka? Kazimierz, położony u ujścia rzeki Grodarz do Wisły, od najdawniejszych czasów słynął z obfitości wody. W dawnych księgach miejskich spisane zostały liczne „wodocieki” – strumyki, spływające ze źródeł na stokach okolicznych wzgórz. Ale w XVIII wieku informacji o wodociekach w księgach miejskich brak. Jak przypuszcza Jadwiga Teodorczyk-Czerepińska, autorka monografii „Kazimierz Dolny”, zapewne dzięki wykarczowaniu zarośli i lasów oraz intensywnej uprawie ról nastąpiło osuszenie naturalnych cieków wodnych. Nad Grodarzem zaś ulokowały się zakłady produkcyjne – browar i garbarnia, które systematycznie zanieczyszczały wody rzeki ściekami. Nie bez znaczenia były ścieki komunalne rozrastającego się miasta. Wszyscy korzystali z wód Grodarza, robiąc pranie i zmywając naczynia. Przed Wielkanocą myły Żydzięta u rzeki wszystkie sprzęty. Szorowali je cegłami, a nawet wyparzali. To właśnie się nazywało koszerowanie. Po jednej stronie naszej małej rzeki myli naczynia mięsne, a po drugiej mleczne naczynia – pisze Waldemar Siemiński w książce „Kobieta z prowincji”.

Taki sposób korzystania z Grodarza uczynił go wkrótce niezbyt przyjemnie pachnącym ściekiem. Zwłaszcza, że pozbawiona dopływu wody ze strumieni rzeka zaczęła drastycznie zmniejszać swoją objętość. Niegdyś osiągający szerokość trzech sążni Grodarz (według „Opisu statystycznego miasta Kazimierza” z 1860 roku), a więc prawie sześć metrów, zmalał do wielkości maleńkiej strugi. W takim stanie zastała główną rzekę Kazimierza podczas swojej pierwszej wizyty w miasteczku Maria Kuncewiczowa, która w „Dwóch księżycach” pisała o Grodarzu: Natura wody była tam odmieniona: ta ciecz migotała tęczowo i tłusto jak nafta. Picie jej groziło chyba śmiercią. Jednak – zamiast zasypać strugę – opinano ją koślawymi mostkami… A kozy stawały nad nią rozmarzone.

Zwiastuny katastrofy ekologicznej w miasteczku dawały o sobie znać już w XIX wieku. Zwarta zabudowa centralnej części Kazimierza uniemożliwiała kopanie indywidualnych studni, mieszkańcy domagali się więc od władz miasta budowy studni miejskiej. Brak jest danych o początku budowy, ale prawdopodobnie około roku 1810 zaczęto kopać na środku rynku publiczną studnię. Zaczęto i nie skończono, zapewne z braku środków. Zdesperowani obywatele sami zorganizowali zrzutkę i uzbierali 200 złotych polskich na dokończenie inwestycji, dzięki czemu w 1813 roku budowa ponownie ruszyła. Kiedy zakończyła się – nie wiadomo, ale w świetle dokumentów w 1838 roku istniała już w Kazimierzu studnia pośród rynku z kołem i dwoma wiadrami na łańcuchach. Wiadomo, że była na 30 stóp, czyli około 9 metrów głęboka, ocembrowana dębowymi balami.

W 1853 roku goszczący w miasteczku Wojciech Gerson namalował obraz „Rynek w Kazimierzu”, na którym wyraźnie widać studnię miejską w jej ówczesnym kształcie: olbrzymie koło o ośmiu szprychach napędzające kołowrót, przykryte czterospadowym daszkiem na czterech słupach. To były ostatnie lata istnienia tej pierwszej drewnianej konstrukcji. Strawił ją wielki pożar miasteczka w 1866 roku. Po pożarze zastosowano bardziej nowoczesne rozwiązanie, zastępując kołowrót i wiadro pompą żeliwną. Taki obraz rynku, ze stojącą na środku pomalowaną na zielono pompą, utrwalił w literaturze Bolesław Prus. Pisarz leczył się przez kilka sezonów w pobliskim Nałęczowie z agorafobii czyli lęku przestrzeni i w ramach wycieczek rowerowych odwiedzał Kazimierz. Akcję swojego opowiadania „Żywoty świętych” ulokował właśnie w Kazimierzu. W opisie miasteczka odnotował, że pod zieloną studnią na rynku stało kilka chłopskich furmanek.

Zainstalowanie pompy nie spełniło oczekiwań mieszkańców. Jak odnotował w 1907 roku podróżnik Aleksander Janowski w swoich „Wycieczkach po kraju”, kazimierska studnia była w owym czasie nieszczelnie zamknięta i zanieczyszczona błotem z rynku. Stwierdził, że woda posiada zapach nieprzyjemny na skutek rzadkiego oczyszczania studni i jej drewnianego ocembrowania. Zły stan studni i fatalna jakość wody dokuczały mieszkańcom jeszcze przez wiele lat.

Dopiero w 1915 roku żywot kazimierskiej studni na rynku odmienił architekt Jan Koszczyc Witkiewicz. Przybył do Kazimierza, by wziąć udział w jego odbudowie po kolejnym wielkim pożarze na początku tegoż roku. Był zafascynowany stylem zakopiańskim i do niego w swoim projekcie nawiązywał. Wziął pod uwagę wygląd pierwszej drewnianej studni, utrwalonej na obrazie Wojciecha Gersona, nadając jej jednak nieco inną formę. Niegdysiejsza konstrukcja składała się z prostych belek, Witkiewicz zastosował natomiast snycerskie zaokrąglenia belek, nadając im kształt arkad. Dodał też kute gwoździe, stylizowane na stare. Czterospadowy daszek kryty gontem zakończony został drewnianym szpikulcem, nawiązującym do sterczyn na renesansowych kazimierskich kamieniczkach. Gonty i belki wkrótce pokryły się ciemną patyną, czyniąc konstrukcję na pierwszy rzut oka mocno wiekową.

Nie była to jeszcze ta studnia, którą znamy dzisiaj. Istotne poprawki wniósł energiczny burmistrz Kazimierza lat 30. minionego stulecia Tadeusz Ulanowski, który zarządził w miasteczku gruntowne porządki. Ulanowski ocembrował szyb studni kamieniem sprowadzonym z Annopola i zdemontował otaczającą studnię balustradę do wiązania koni. Wymienił także płaską pokrywę cembrowiny na przykrycie w postaci stożka z desek, który osłonił trzon pompy. Dopiero z tą szpiczastą „czapką” kazimierska studnia stała się charakterystycznym elementem rynku i rozpoznawalnym symbolem miasteczka. Zyskała też ważną rolę w życiu Kazimierza jako miejsce pracy nosiwody – człowieka, który na zlecenie donosił wodę w wiadrach pod wskazane adresy, pobierając za to niewielką opłatę. Dzięki codziennej, zaczynającej się o świcie pracy nosiwody centrum miasteczka zaopatrywane było w wodę do mycia i celów konsumpcyjnych. Cynkowa beczka na wodę była wówczas stałym elementem wyposażenia domu. Raz w tygodniu mieszkańcy udawali się całymi rodzinami na kąpiel do publicznej łaźni przy obecnej ulicy Senatorskiej, niegdyś Łaziebnej.

W latach 1947-48 studnia na kazimierskim rynku przeszła gruntowny remont. Zdemontowana została stara pompa pamiętająca czasy Prusa. Zainstalowano nową pompę ssąco-tłoczącą firmy braci Rakowskich z Lublina. Daszek pokryty został nowym gontem wierzbowym przez miejscowego fachowca Jana Kobiałkę. Nie był to jednak koniec zmian, które nadały rynkowej studni dzisiejszy kształt. Ostatni etap zmian przyniosła budowa miejskiej sieci wodociągowej. Mieszkańcy Kazimierza czekali na wodociągi latami. Dopiero w 1979 roku „Sztandar Ludu” ogłosił wielki sukces: W roku bieżącym, który przejdzie do historii Kazimierza, finalizuje się najważniejsze przedsięwzięcie w tym mieście – budowa wodociągów i kanalizacji. Po zakończeniu prac, prowadzonych w niezłym tempie przez Komunalne Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjnych w Lublinie, całe miasto będzie skanalizowane i zaopatrzone w dobrą wodę.

Wodociągi sprawiły, że studnia na rynku stała się nieprzydatna. Podłączono ją do miejskiej sieci wodociągowej i zainstalowano kran. Stara pompa przestała działać, a z kranu leci zwykła kranówka. Mimo to przyjezdni wciąż wierzą, że wystarczy napić się wody ze studni na rynku, by tutaj wrócić. A tymczasem studnia przeszła w 1997 roku kolejną metamorfozę – została podświetlona od dołu czterema lampami, które uczyniły ją atrakcyjnym elementem nocnego rynku.