Kazimierskie skupy – cz. 2

Skrzynki z butelkami przy skupie

Jak żeśmy wracali ze szkoły, to zawsze chodziliśmy na mały rynek, tam gdzie wierzby. Mówiliśmy „chodźcie koło placu zabaw, może tam są jakieś pijoki” – tak mówiliśmy – „piją wódkę to zaczekamy i jak wypiją, to butelki pewnie zostawią”. Pozbieramy, pójdziemy do pani Gałuszewskiej (Leokadii) i sprzedamy, to będziemy mieli na lody. Pani Gałuszewska miała koło studni skup butelek, bliziutko od małego rynku.

Zależy skąd była butelka, bo były i przybrudne, to żeśmy pod studnią wymyli jak się dało, ale czasem dopadliśmy tych pijoczków (jak to my mówiliśmy), wtedy była czysta flaszka, bo wiadomo, że po wódce czysta. Zawsze jakieś dwa – trzy złote, może nawet pięć żeśmy zarobili, to poszliśmy na lody albo jakąś bułkę sobie kupiliśmy. Pani w skupie i te brudne butelki też przyjmowała, przed sklepem stała balia czy wanienka z wodą, ona sobie przy niej siedziała i myła. Pamiętam Panią Gałuszewską Leokadię i pamiętam ten sklep, gdzie nie było podłogi tylko ziemia. Przed sklepem dużo skrzynek, raz na jakiś czas przyjeżdżał samochód i odbierał te butelki.

Leokadia Gałuszewska

No więc czatowaliśmy na te butelki, bo zawsze jakiś grosz się udało zarobić, a zarobek nie był trudny, bo zazwyczaj ktoś tam coś pił…. Na małym rynku często był Hrabia. Jego żona była Hrabina, to on był Hrabia. Gadał sam do siebie takie tam „Se-wuala-pompidu”. Po płocie szedł do domu i co dwa metry krzyczał „Rzuć! Puść! Nie oglądaj się!”. On był w czasie wojny w obozach koncentracyjnych i głowa nie wytrzymała, coś mu się zrobiło.

Stanisław Brzeszczyński – Hrabia

Dzieci takie małe to przed nim uciekały, bo on się darł na cały rynek. Tak jak ten kominiarz, co jak szedł to się darł, a ja uciekałem. Na Nadrzecznej stał słup, kominiarz dochodził do tego słupa i wrzeszczał K(…)! Zejdziesz mi z drogi! – a ja do kuchni pod stół. Na kawki mówiło się gołębie S., bo ten S. co się tak darł kominy czyścił. Był też Mały J., co mu miotła życie uratowała, bo jak się topił, to ten drugi mu miotłę podał. Oni we dwóch zamiatali ulicę.

Amfibar, fot. Edward Hartwig

Siedzieli raz na opasce koło Amfibaru na dole, na kamieniach siedzieli, ten jeden się zemsknął do wody, a głęboko było. Wpadł, nie umiał pływać. Ten drugi podetknął mu miotłę i go na miotle wyciągnął. Nie wiem jak on żył, bo był cały czas pijany. Oni pili, my zbieraliśmy butelki, skup za nie płacił – posprzątane i wszyscy zadowoleni.