Historia ze zdjęcia
Opowieść Pani Hani Gałuszewskiej

Kazimierz Gałuszewski (z prawej) przy herbaciarni Leokadii Gałuszewskiej

To zdjęcie musi być z czasów wojny, może zaraz po wojnie, bo nad drzwiami wisi jeszcze szyld – a za okupacji babcia* Gałuszewska miała tu w domu sklep i coś w rodzaju wyszynku. Gotowała golonki, do tego była wódka, a wiadomo: wojna – nie wojna – ludzie musieli jeść. Zdarzało się, że siedzieli w tym sklepie i Niemcy, nie pamiętam, żeby babcia mówiła, że byli dla niej jacyś okropni albo że się źle zachowywali. Przychodzili, jedli, pili i wychodzili.

Na zdjęciu po prawej stronie stoi dziadek Gałuszewski, Kazimierz, a ten drugi, zdaje mi się, że to pan C. Babcia go często wspominała jako bardzo przystojnego mężczyznę. On był partyzantem, mocno zaangażowanym w ruch oporu razem z m.in. zegarmistrzem Kobiałką i panem Czyżewskim.

C. przyjaźnił się z dziadkami, często przychodził do nich z żoną, panią G. Ona była ładna, zawsze wyprostowana, postawna, ale miała srogą twarz. Mocno umalowane, wysoko podniesione czarne cienkie brwi, zacięte usta – moje dzieci się jej bały.

I to właśnie jej dziadek uratował życie, dosłownie. Pani G. miała jakiś kiosk z gazetami, a przy okazji… trzymała z Niemcami. Mówiąc wprost – donosiła. Ktoś to panu C. powiedział i jak ten się dowiedział, to się wściekł. Pani G. była wtedy u dziadków, mąż wpadł z pistoletem i zaczął za nią latać. Byłby ją zastrzelił, gdyby go dziadek nie powstrzymał, a babcia nie schowała jej w piwnicy. Szarpali się i pan C. krzyczał, że strzeli jej prosto w … Domyśl się sama, w co chciał jej strzelić. Jakoś to się potem rozeszło po kościach, jakoś się dogadali i życie toczyło się dalej aż do śmierci pana C., który po wojnie zmarł na gruźlicę. A pani G. go przeżyła i powtórnie wyszła za mąż.

* Pani Hania o swoich teściach mówi „dziadek i babcia”.

Dziękujemy Kamilowi Ziarnickiemu, który przysłał nam zdjęcie.

oprac. Bożena Gałuszewska