Dzieciństwo w Kazimierzu – cz. 1

Jako dzieci bawiliśmy się dosłownie wszędzie, wszędzie się wlazło. Ile razy ja za to dostałem… W wojnę się bawiliśmy tu gdzie teraz Batory. Tam z tyłu, od podwórka, były takie rudery. Potem, jak rozwalili te komórki, wchodziło się tamtędy w podziemia. I z chłopakami w tych podziemiach… W łukowych piwniacach… ciemno tam było. Tam była zabawa! Ale najpierw w domu robiło się gwoździówki – pistolety. W żelaznym sklepie się kupowało gwoździe w kształcie litery L i to były naboje, pistolet był wycięty z deski, kolba – wszystko. Niektóry jak bogatszy to miał i karabin. Sami to wszystko robiliśmy. Cyngiel był z drutu, taki o tak wygięty, sprężyna do cyngla, a tu była guma, taka biała kwadratowa, umocowana do końca pistoletu. Naciągało się tą gumę, cyngiel trzymał gwóźdź, i…. no i trzeba było kogoś trafić. A jeszcze jak ktoś miał kawałek skóry, to z boku zrobił sobie małe kieszonki na naboje, to znaczy na te gwoździe na zapas. Jak nie trafił od razu, wyciągał drugiego – i dalej. Wojna była. To znaczy bawiliśmy się, że wojna. Jedna grupa na drugą – i w tych piwnicach. Pewnie, że się nieraz poraniliśmy, ale co, taka zabawa! Niektórzy i dwie gumy mieli, żeby mocniej.

Dobry w tym był Ś. On był drański jak nie wiem, ale strzelał dobrze. Ć. też dobrze strzelał, świeczkę się stawiało i strzelało w knota, jemu się często udawało.
Za to strzelanie gwoździami to akurat chyba nigdy nie dostałem. Nawet nie wiem, czy rodzice o tym wiedzieli, chociaż nie, na pewno wiedzieli, ale co? Zabawa była, kto tam by nas upilnował…

oprac. Bożena Gałuszewska