Złote Lwy dla filmu "Różyczka"

fot. mw
Film pt. "Różyczka" znany jest Kazimierzakom m.in. z tego powodu, że jego fragment kręcony był u nas. Pamiętamy Grażynę Szapołowską i Andrzeja Seweryna przy studni, pamiętamy ekipę i kazimierskich statystów.
Dziś przekazujemy wiadomość, że film został dostrzeżony zarówno przez jury, jak i przez publiczność. Dodatkowym smakiem festiwalowym był fakt, iż nagrodę twórcom wręczał reżyser uznany, a przy tym bardzo związany z Kazimierzem - Andrzej Barański.
Cyt. za Gazetą:
Złote Lwy dla filmu "Różyczka"
Jana Kidawy-Błońskiego
Film "Różyczka" Jana Kidawy-Błońskiego zdobył Złote Lwy 35. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Obraz otrzymał też Złotego Klakiera Radia Gdańsk dla najdłużej oklaskiwanego filmu.
Jan Kidawa-Błoński, odbierając za "Różyczkę" Złote Lwy, podkreślał, że cieszy się, iż kręci filmy podobające się widzom. Wcześniej film "Różyczka" otrzymał też Złotego Klakiera, czyli nagrodę dla najdłużej oklaskiwanego filmu. Po pokazie filmu Jana Kidawy-Błońskiego widzowie klaskali przez 4 minuty i 52 sekundy.
Jury nagrodziło również odtwórczynię głównej roli w "Różyczce", Magdalenę Boczarską, przyznając jej nagrodę dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej.

Kidawa-Błoński: "Różyczka" nie jest filmem o Pawle Jasienicy
Kidawa-Błoński wydał też specjalne oświadczenie dla mediów, w którym napisał: "historia opowiedziana w "Różyczce", będąc od początku do końca fikcją i kreowaniem fikcyjnych bohaterów, jak prawie każdy utwór filmowy zawiera elementy, które były inspirowane rzeczywistością, co absolutnie nie oznacza, że fabuła filmu oparta jest na faktach".
- Jako twórca nie życzę sobie, aby ktokolwiek wyznaczał mi, bezpośrednio lub pośrednio, czym mogę być inspirowany, a w szczególności zakazywał mi czerpania na potrzeby mojej twórczości inspiracji z historii lub współczesności - zaznaczył reżyser w oświadczeniu.

Odniósł się w ten sposób do pisma, które wysłał do mediów pełnomocnik prawny jednego z członków rodziny pisarza Pawła Jasienicy. W piśmie tym znalazło się sformułowanie, zgodnie z którym wszelkie nawiązywanie do osoby Jasienicy i jego rodziny w kontekście filmu "Różyczka" będzie stanowić naruszenie dóbr osobistych córki pisarza Ewy Beynar-Czeczott.
"Różyczkę" zaprezentowano dziennikarzom w stolicy. Film ma troje głównych bohaterów, granych przez: Magdalenę Boczarską, Andrzeja Seweryna i Roberta Więckiewicza.
Romans z historią w tle
Akcja rozgrywa się w latach 1967-1968. Tytułowa "Różyczka" to kryptonim młodej pracownicy Uniwersytetu Warszawskiego, Kamili Sakowicz (Boczarska). Atrakcyjna dziewczyna jest kochanką oficera SB Romana Rożka (Więckiewicz). Rożek postanawia wykorzystać fakt, że Kamila przebywa w bliskim otoczeniu znanego pisarza i wykładowcy, Adama Warczewskiego (Seweryn).
Warczewski to autor książek o historii. SB podejrzewa go nie tylko o działalność opozycyjną, ale także o bycie Żydem - "ukrytym niebezpiecznym syjonistą, wrogiem Polski Ludowej". Rożek werbuje Kamilę do współpracy z SB. Dziewczyna, pod kryptonimem "Różyczka", ma wkraść się w łaski pisarza, a wreszcie zbliżyć do niego tak, by zostać jego kochanką. Udaje się to - Warczewski zakochuje się w Kamili i poślubia ją. Nie wie, że dziewczyna wszystkie ich spotkania opisuje w raportach dla SB.
Podczas gdy "Różyczka" angażuje się w dwa miłosne związki jednocześnie - z Rożkiem i Warczewskim - mają miejsce: słynna premiera "Dziadów" Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym oraz wydarzenia Marca'68.
"To postaci fikcyjne"
W obsadzie "Różyczki" są też m.in: Jan Frycz, Jacek Braciak, Krzysztof Globisz, Jerzy Kamas, Władysław Kowalski i Grażyna Szapołowska. Scenariusz napisali wspólnie Jan Kidawa-Błoński i Maciej Karpiński.
Na konferencji prasowej po projekcji filmu Kidawa-Błoński podkreślił, że bohaterowie "Różyczki" to postaci fikcyjne, jednak twórcy scenariusza zainspirowali się kilkoma autentycznymi historiami pisarzy i poetów oraz ich kobiet. Wymienił m.in. Siergieja Jesienina (którego żonę pozyskało do współpracy NKWD) i Bertolta Brechta (którego kochanka współpracowała ze Stasi). Druga żona Pawła Jasienicy, Zofia O'Bretenny, okazała się z kolei agentką służb bezpieczeństwa PRL donoszącą na męża.
- Rozumiem intencje córki Pawła Jasienicy, która walczy o dobre imię swego ojca. Ale ona przyznała się, że nawet nie widziała filmu" - powiedział Kidawa-Błoński. Jak ocenił, córka Jasienicy stworzyła "dziwną konstrukcję", zgodnie z którą "w filmie pokazuje się pisarza, który może być jej ojcem - choć nie jest, i że to jest jakaś nieprawda o jej ojcu - choć wiadomo, że ten pisarz w filmie to nie jest jej ojciec".
"Mam czyste sumienie"
Reżyser "Różyczki" zaznaczył, że "postać pisarza w filmie jest szalenie pozytywna; to człowiek szlachetny, postępujący w zgodzie z sumieniem i ponoszący za to ofiarę". - Uważam, że nikogo nie skrzywdziłem tym filmem. Mam czyste sumienie - podsumował Kidawa-Błoński.
W swoich oświadczeniu reżyser napisał : "Nie życzę sobie, aby ktokolwiek, posługując się tytułem filmu "Różyczka" zakazywał komukolwiek swobodnych wypowiedzi na temat tego filmu". Na konferencji zwrócił zaś uwagę, że "Różyczka" to historia m.in. o ludziach, "którzy na swoich sztandarach zawiesili hasła: "Precz z cenzurą", "Wolność słowa".
"Nie oczekiwaliśmy takich kontrowersji"
Współautor scenariusza Maciej Karpiński przyznał: "Nie oczekiwaliśmy takich kontrowersji ani nie usiłowaliśmy ich wywołać". "Na całym świecie powstają dziesiątki filmów inspirowanych prawdziwymi historiami i jakoś nikogo to nie dziwi ani nie bulwersuje" - argumentował Karpiński. O "Różyczce" powiedział zaś: "To historia tych ludzi, którzy są na ekranie, a nie żadnych innych".
W konferencji Kidawy-Błońskiego wziął także udział prawnik - Robert Małecki ze spółki adwokackiej Karniol Małecki i Wspólnicy. Jego zdaniem, "nie można wymagać od twórców, by nie inspirowali się osobami bądź wydarzeniami z przeszłości".
Jak ocenił Małecki, "wszelkiego rodzaju wezwania, których celem jest, by nie nawiązywano w żaden sposób do znanych postaci z historii naruszają podstawowe zasady konstytucyjne demokratycznego państwa prawa".
Takie stawianie sprawy w mojej ocenie, jako adwokata, prowadzi w zasadzie do zupełnie niesłychanego ograniczenia wolności słowa, wolności skojarzeń i dyskusji, a w końcu wolności twórczości".
- Wolność twórczości oraz wolność dyskusji na temat tej twórczości są absolutnie nieograniczone. Jedyną granicą spoza kwestii inspiracji twórczej, wolności słowa i wolności prasy jest kwestia ochrony dóbr osobistych - powiedział Małecki. W jego ocenie film "Różyczka" "niczyich dóbr osobistych nie narusza".
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci
/1,80273,7951946,Zlote_Lwy_dla_filmu__Rozyczka__Jana_Kidawy_Blonskiego.html

Spalone Złote Lwy
Koniunkturalne Złote Lwy dla "Różyczki" Jana Kidawy-Błońskiego. Na tle słabego konkursu w Gdyni zabłysły dwa młode filmy - "Erratum" Marka Lechkiego i "Chrzest" Marcina Wrony. Nie jest najgorzej z polskim kinem, jeśli wydaje takie talenty
Finałowa gala 35. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni odbywała się nie jak zwykle w Teatrze Muzycznym, ale w namiocie na ponad tysiąc osób. Przed transmisją rozdania nagród ćwiczono z publicznością brawa. Wśród tych braw, przeznaczonych bardziej dla kamer telewizyjnych niż dla twórców, zagubił się gdzieś ludzki wymiar festiwalu. Pozostaliśmy we władzy mediów i gigantofonów.
Telewidzom mogło się wydawać, że cały werdykt został przyjęty z entuzjazmem. Tak jednak nie było. Rozczarowujące Złote Lwy dla "Różyczki" Jana Kidawy-Błońskiego były powtórką sytuacji sprzed dwóch lat, kiedy, pomijając rzeczywiste odkrycia festiwalu, nagrodzono komercyjną "Małą Moskwę". "Różyczka" również jest sprawnie zrealizowanym melodramatem, politycznie poprawnym, najdłużej oklaskiwanym, ale pozbawionym tajemnicy, operującym stereotypami. Ten film odbył już swoją drogę przez kina, więc nagrodzenie go było słabą inwestycją promocyjną. Tą mało odważną, koniunkturalną decyzją "spalono" tegoroczne Złote Lwy.

"Różyczce" trzeba oddać jedno - jest lepsza od "Małej Moskwy", lepiej zagrana (zwłaszcza role Roberta Więckiewicza jako esbeka i Magdaleny Boczarskiej, agentki zakochanej w pisarzu, którego miała śledzić), ma zręcznie, zaskakująco prowadzoną intrygę. Kidawa-Błoński dotknął problemu podwójności życia w PRL. Podlega jej nie tylko pisarz-opozycjonista wysyłający potajemnie teksty do Wolnej Europy, także esbek tropiący "syjonistów", kryjący swoje żydowskie pochodzenie. Wszyscy są tu "ofiarami systemu". Również tytułowa Różyczka - typowa, budząca współczucie melodramatyczna figura "niewinnej grzesznicy". Rozgrzesza ją miłość. W tej bajce o PRL prawa gatunku dyktują psychologię postaci i reguły systemu. Wszystko to razem mimo sprawności daje efekt dość banalny.
Inny film, obsypany nagrodami m.in. za scenariusz i reżyserię - "Joanna" Feliksa Falka - jest dowodem na to, jak w ramy klasycznego opowiadania filmowego mającego cechy melodramatu i odnoszącego się do sytuacji, które widzieliśmy w kinie wielokrotnie, można wpisać autentyczny tragizm i pytanie uniwersalne.
Film ukrywaniu żydowskiej dziewczynki podczas okupacji stawia pytanie: co znaczy "swój człowiek"? W stolicy Generalnej Guberni Polacy pracują w niemieckich urzędach, pomagając sobie wzajemnie. Pułapka, w której znajduje się Joanna, pokazuje, jak względne jest kryterium bycia "swoim". Najbliżsi stają się naraz obcy, skoro nie można im powiedzieć prawdy, którą potrafi zrozumieć wróg, człowiek z przeciwnej strony barykady, Niemiec, esesman. Oboje będą powiernikami tajemnicy. To historia, jakich mogło być wiele, wciąż nieopowiedziana przez polskie kino, dotycząca nie tylko okupacji. "To mogłoby się dziać kiedy indziej, na przykład w stanie wojennym" - mówi Falk. Ale oglądałem ten film również z myślą o dniu dzisiejszym.
Rewelacyjne "Erratum"
Tegoroczny festiwal w Gdyni po raz pierwszy odbywający się w majowym terminie trafił na niebezpieczny moment, gdy naszemu życiu społecznemu grozi odnowienie linii podziałów, zdawałoby się, pożegnanych razem z PRL-em, gdzie "tradycja" i "nowoczesność", "laickość" i "religijność", "swojskość" i "europejskość", "masowość" i "elitarność" stają się ideologicznymi etykietkami sztucznie upraszczającymi obraz świata. Potrzeba nowych kluczy, sięgających głębiej.
Nie umiem przestać oczekiwać od polskiego kina, że ułoży nam rzeczywistość w nieoczekiwany wzór. Co roku przyjeżdżamy do Gdyni z oczekiwaniami ponad stan, patrzymy na polskie kino, jakby miało zaczynać od zera - ten odruch został nam z czasów, kiedy to kino sięgało poza horyzont wyznaczony przez ustrój. Ale tak powinno być - po to właśnie są festiwale. Czekam na film, który będzie próbował wyjść poza horyzont zakreślany przez media i polityków.
W zeszłym roku, kiedy triumfalnie ogłaszaliśmy odrodzenie filmu polskiego, to oczekiwanie spełniały w mniejszym lub większym stopniu takie filmy, jak: "Rewers", "Dom zły", "Wojna polsko-ruska", "Las", "Zero". Takich odkryć i spełnień, filmów stwarzających własna formę było w tym roku zdecydowanie mniej. Czy dlatego, że w konkursie więcej miejsca zajmowała komercja? Czy zabrakło kilku tytułów, których nie zdążono ukończyć? Czy dlatego, że mistrzowie tacy jak Jan Jakub Kolski ("Wenecja"), czy Dorota Kędzierzawska ("Jutro będzie lepiej" - o trójce rosyjskich bezprizornych "dzieci dworcowych" przedzierających się do Polski jak do raju) znaleźli się w pułapce własnego stylu i tematu?
Dla trzech filmów warto było w tym roku przyjechać do Gdyni: to "Erratum" Marka Lechkiego (nagroda dziennikarzy i nagroda za debiut), "Chrzest" Marcina Wrony (m.in. Srebrne Lwy), a także enigmatyczna, intrygująco skonstruowana "Matka Teresa od kotów" Pawła Sali.
"Erratum" to film, który powstał wbrew przeciwnościom, za część normalnego budżetu, z reżyserem jako producentem. Film delikatny i ważny, osobny, terapeutyczny dla pokolenia 40-latków, którzy niepostrzeżenie stali się niewolnikami pracy i mamony, stracili dawną więź z innymi i kontakt z samym sobą. Tytuł filmu podpowiada, że nie jest za późno, by dokonać "erraty" życia, jego poprawki. Staje się ona możliwa na skutek nieszczęśliwego wypadku - potrącenia na szosie bezdomnego anonima. Ginąc, staje się on naraz kimś ważnym dla bohatera filmu.
Lechki - reżyser pochodzący z małego miasta pod Wrocławiem, mówiący o sobie, że jest człowiekiem z prowincji - opowiedział swój drugi film (pierwszym było telewizyjne "Moje miasto") nowocześnie, kameralnie, czysto, długimi ujęciami, na zbliżeniach, nawiązując intymny kontakt z widzem. Kiedy szukam odpowiednika "Erratum" w polskim kinie, przychodzi mi na myśl "Struktura kryształu". Udało się też stworzyć jedno z piękniejszych zakończeń w polskim kinie - to dowód reżyserskiego talentu, gdy najzwyklejsza czynność pukania do drzwi i czekania na odzew staje się niewymuszoną metaforą.
Bohaterowie "Erratum" są niegotowi, niedookreśleni, wychodzą z ram. Nie wiadomo, w którą stronę pójdą, co wybiorą. "Źle pana oceniłem" - mówi policjant drogowy do bohatera. Widz też do końca nie wie, czy dobrze ocenił postacie - dostajemy szansę poprawki.
To film o paradoksie ludzkich relacji. W innym człowieku można zobaczyć samego siebie. Ktoś, kto sam był winny, może naprawić czyjeś życie. "Erratum" ma wymiar metafizyczny, uzyskany bez cienia ostentacji - człowiek okazuje się tu pośrednikiem, przewodnikiem jakiegoś dobra. Życie spełnia się w spotkaniu z drugim, choć na co dzień jest to karkołomnie trudne.
Spojrzenie złu w oczy
Do polskiego kina wdarł się kryzys religijności. Jedne filmy pastwią się satyrycznie nad zwyczajową, magiczno-naiwną religijnością. W nieco sitcomowej komedii Macieja Wojtyszki "Święty interes" stara warszawa przechowywana w stodole okazuje się nagle pamiątką po Ojcu Świętym, kiedy jeszcze był biskupem. Pocięta na kawałki staje się uzdrawiającą relikwią.
Tytułowa "Matka Teresa od kotów" z tragiczno-ironicznego filmu Sali (świetna rola Ewy Skibińskiej), bezradna, znajduje się w jądrze chaosu, prześladowana przez syna (który ją w końcu zamorduje, co film ujawnia na samym początku, prowadząc narrację wstecz), miotając się bezradnie w świecie bez busoli, poszukując na oślep duchowego oparcia, idzie na pielgrzymkę - bez skutku. Jakiej siły potrzeba, żeby przywrócić jej równowagę? Tybetańskiego szamana? Wiejskich kobiet płaczek odprowadzających śpiewem ludzkie dusze? Bóg umiera w polskim kinie lub jest rozpaczliwie przyzywany - jak u dwojga przeciwstawnych radykałów, z lewa i prawa - Przemysława Wojcieszka ("Made in Poland") i Ewy Stankiewicz ("Nie opuszczaj mnie").
Ale właśnie w atmosferze kryzysu dochodzi do głosu czyste, starotestamentowe poczucie moralne. Rewelacja tego festiwalu - "Chrzest" Marcina Wrony (Srebrne Lwy) - to kolejne w polskim kinie odważne mierzenie się ze złem, spojrzenie mu w oczy bez lęku. Wrona w szlachetny sposób korzysta z gatunku kina gangsterskiego, filmów o mafii. Piętrzy okrucieństwo w sposób w polskim kinie niebywały (jak u koreańskiego Park Chan-wooka). Nie po to jednak, żeby epatować przemocą, tylko by ukazać wyraźniej, w sposób niesentymentalny dobro, w które ta przemoc godzi. Wyrazistość postaci, intensywność gry aktorskiej Wojciecha Zielińskiego i debiutanta Tomasza Schuchardta (nagroda ex aequo za najlepszą rolę męską), kreacja Adama Woronowicza w zupełnie nowym wcieleniu szatańskiej "siły spokoju", konsekwencja reżysera - wszystko to czyni z "Chrztu" zdarzenie wyjątkowe. Reżyser "Mojej krwi" okrężną drogą, idąc przez piekło, daje niekłamaną pochwałę przyjaźni, miłości, rodziny - dobra, dla którego trzeba poświęcić życie.
Werdykt 35. FPFF w Gdyni
Złote Lwy: "Różyczka" Jana Kidawy-Błońskiego.


Więcej... http://wyborcza.pl/1,75248,7953367,Spalone_Zlote_Lwy.html

 

 

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>