Zima nie igraszka

Leszek Gałuszewski
Zima nie igraszka
autor tekstu z Mamą

Zmiany klimatyczne to chyba nie jest ani propaganda, ani wymysł. Mam 50 lat i widzę wyraźną różnicę między tym co jest dziś a jak było dawniej: zimy mojego dzieciństwa i młodości - to były prawdziwe zimy! Mroźne, śnieżne, szczypiące. Lataliśmy całe dnie po dworze, nie można było nas zagonić do domu. Na pewno chorowaliśmy rzadziej, a jeśli nawet, to i tak próbowaliśmy to zataić przed rodzicami, żeby nas nie zatrzymywali w łóżku, bo w domu było nudno. Dopiero za drzwiami zaczynało się życie! Para z ust, w nosie zamarzało, ale nikt się tym nie przejmował.

Na boisku w szkole zawodowej co roku wylewane było lodowisko, Robili je strażacy. Był stok narciarski w Norowym Dole, z wyciągiem orczykowym, na haczyki. Rzecz polegała na tym, że trzeba było się doczepić do przesuwającej się liny. Jak się nie zdążyło, to specjalny bezpiecznik wyłączał wyciąg.
W Plebance mieliśmy tor saneczkowy. Spychacz spychał śnieg, żeby było równo, robił bandy po bokach, usuwał wystające korzenie. Na końcu toru była jeszcze jedna banda, zakręt i - pod górkę, żeby wyhamować. Raz jakiś korzeń nie został usunięty, wystawał, ale myśmy go nie zauważyli. Jechałem z moim bratem ciotecznym, każdy na swoich sankach, on przodem. Mieliśmy niezłą prędkość, bo to był porządny tor, gładki, dobrze wyślizgany i Krzysiek czołem walnął w ten korzeń. Spadł, leżał nieprzytomny. Najedliśmy się strachu.
Druga górka saneczkowa była naprzeciwko wąwozu Biernata w Plebance. Zaczynało się od dużej stromizny, potem była półka i na dół się już zjeżdżało wolniej, po łagodniejszym zboczu. Czasem robiliśmy tam skocznię, właśnie gdzieś w połowie trasy, na tej „zwalniającej" półce. Wtedy mieliśmy całkiem inne sanki, ciężkie, robione z metalowych kątowników i desek, więc jeśli się z nich spadło i jeszcze na dodatek one od tyłu uderzyły, to zabawa bywała bolesna. Parę osób przez lata odczuwało dolegliwości w okolicy kości ogonowej. Dla najodważniejszych była „Glinianka". Nie długa trasa, ale przerażająco stroma. Jeśli ktoś się zdecydował zaryzykować, to na całej górze był wstrzymywany ruch, bo „Glinianka" w którymś momencie przecinała inne trasy, a na niej się nabierało naprawdę dużej szybkości i spotkanie z innymi sankami było niebezpieczne.
Albo pływaliśmy na krach. „Ruskij reaktywnyj lodołamacz <Lenin>" - tak się nazywała nasza jednostka. Na wiosnę, gdy pękał lód i przybierała woda, wybieraliśmy większe kry, wycinaliśmy kołki z wikliny i się pływało po Wiśle. Kolega Andrzej raz się skąpał. Woda była po kolana, on klęczał na dnie i się szarpał, bo się „ratował". Wrzeszczał: Ratunku! Ratujcie mnie! Spadł, bo kra się przechyliła, a było ślisko. Nic mu się nie stało, pewnie nawet nie chorował. To była dla nas forma zabawy, rodzice o niej nie wiedzieli.
Raz z Krzyśkiem, moim bratem ciotecznym, szliśmy za Wisłę. Był podwójny lód, bo woda wezbrała i na jednej warstwie zrobiła się druga warstwa, a między taflami lodu płynęła woda. Krzysiek wpadł, oparł się nogami na dolnej warstwie, ale woda sięgała mu prawie do szyi. Jakby go wtedy wciągnęło pod lód... Sam wylazł, przestraszył się, ja też. Nie podszedłem do niego, nie próbowałem go ratować, bo jak się pod nim załamało, to i pode mną by pękło i byśmy we dwóch poszli na tamten świat. Nie mogłem nic zrobić. Nie było jak. Miałem nurkować? Tylko bym pogorszył sytuację.
Nie pamiętam, żeby się ktoś utopił, chociaż może? Z reguły każdy umiał pływać, do brzegu nawet w ubraniu jakoś się dobrnęło. Nie dostaliśmy nigdy w dupę od nikogo ze starszych.
Kiedyś i ja się skąpałem, ale miałem stracha! Byłem w gumowcach. Wpadłem po pas w wodę, jakoś wylazłem, ale bałem się wracać do domu. Tośmy rozpalili w fasinie ognisko, żebym się wysuszył. Byłem ja, Kazik i Romek. W ziemię wbiłem patyki, gumowce na patykach, nad ogniskiem; śnieg wokoło po kolana. Jeden kalosz się zapalił i wtedy zamiast go wetknąć w śnieg , to któryś chłopak rzucił go w górę, żeby zgasł. Jak to dostało powietrza, to zanim spadło na ziemię - było już do połowy spalone. Przyszedłem do domu w skarpetce, bałem się przyznać, bo bym pewnie dostał wciry.
Wesoło było. Nie przyznałem się, że się skąpałem, tylko potem nie miałem gumowcy.
Wodę do naszego mieszkania nosiłem ze studni. Najpierw z tej bliższej, a potem, gdy coś się w niej zepsuło - to z tej na środku rynku. Wszyscy wtedy nosili wodę w wiadrach. Nie tylko my. Na podwórku mieliśmy szambo na nieczystości i kibel. Zimno było, ale co z tego? Szło się i już. Smród panował niepodzielnie zawsze, zima nie zima.
A w miejskim? Tam zamarznięte leżały całe zwały i tam - to był dopiero smród! Przesypywali to na grubo chlorem. Nieraz, jak wracaliśmy od „Byka" i musieliśmy tam wstąpić, to łzy nam ciekły ciurkiem. Na wdechu wchodziliśmy.

Po wąwozach biegało się na biegówkach. Pan Czopiński wypożyczał sprzęt w szkole zawodowej, pan Żukowski w szkole podstawowej, mieliśmy powszechny dostęp za darmo do wszystkiego - nart, sanek, butów narciarskich, łyżew. Nawet jak się komuś złamały narty, to spisywali je na straty, nie płaciło się za takie szkody. Inne były czasy.
Jeździliśmy na łyżwach Wisłą do Męmierza, do Puław. Cała kazimierska młodzież.
Czasem, jak lód się załamał, wpadało do wody.
Przy niedzieli chodziło się całymi rodzinami na łyżwy na oczka. Między oczkami były takie jakby korytarze, zamarznięta woda, która się wcześniej rozlała po brzegu. To było tak piękne, tak piękne! Jechało się tymi korytarzami pośród zaśnieżonych fasin. Piekny widok... Tunele, zaśnieżone gałęzie, sople, czysta biel. Jak w bajce, jak w pałacu Królowej Śniegu, a my - jak Kaje i Gerdy na łyżwach.
Pamiętam, pewnego razu pan Lubicki, mężczyzna ogromny, przewrócił się i walnął głową w lód aż zadudniło. Podniósł się po dobrej chwili, usiadł na sankach. Podbiegł do niego z pomocą pan Łopuski, który sam w sobie przedstawiał widok niesamowity: miał już na pewno z 90 lat, a śmigał na łyżwach figurowych na jednej nodze, z rozpostartymi ramionami i kręcił „trzęsące" piruety. Na głowie miał opaskę z nausznikami i daszkiem. Aha, on też jeździł tyłem na rowerze. I napisał książkę - coś .."z kniei i lasów ". Chyba gdzieś tę książkę mam. Poszukam. A na lodowych oczkach tańczył na łyżwach eleganckiego walca z kobietami.
przedwojenna pocztówka

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>