Wiadomości Literackie '39

Str. 8
Tymon Terlecki „Wilga kazimierska"

Moje spotkanie z Kazimierzem było przelotne. Na tyle długie - aby nie stało się zdawkowe, na tyle krótkie - aby nie ugrzęzło w powszedniości. Teraz należy ono do geografii snu, jak Quiberon, jak Hyere's, jak Vaucluze, jak Cantenbury, jak Malines, jak Padwa, jak Walencja, jak tyle miejsc na ziemi, w których byłem i w których już pewnie nigdy nie będę.
U wyjazdu do Walencji od strony Alicante pod niebem wiosennem i zachodniem, naraz młodem i dojrzałem przejmująco pachniały pomarańcze ugięte od kwiatów i owoców. Trzeba to wspomnienie przemocą wydzierać z przynależności do snów, aby pomyśleć, przedstawić sobie, pojąc, że teraz pachnie tam przerażająco krew i na niebie zakwitają szrapnele, zamiast obłoków.

Zaglądam do notatnika i wśród skąpych notatek z tych dziesięciu kazimierskich dni znajduję jedną, która mnie wstrzymuje w pisaniu. Bo i cóż za prawo pisać o Kazimierzu, jeśli właśnie tam uświadomiłem sobie, że nie mam „poczucia przyrody", jak mawiali starzy, dobrzy Niemcy poprzedniej epoki. Świat otaczający wydaje mi się niekomunikatywny, na żaden sposób nieprzenikalny, całkowicie osobny. Patrzę na drzewa i myślę, że są zaśnione w siebie, że śnią sen o sobie samych. Patrzę na obłoki, na owady, na kwiaty: są takie same - szyfry snu nieczytelne i dręczące. Zwłaszcza kwiaty: ślepe, głuche, nieme, zatrzaśnięte do wewnątrz. Śnięte latem, jak zimowe ryby, za życia doznające ułamkowej wieczności. Tak, nie pojmuję nic z romantycznego panteizmu, jeśli wszystko jest niepojęte, w niepojętości niezgruntowane. I ja jeden czuwający w uścisku dotykalnej zmory. Ale nie myślę tak do końca. Myślę, że ten krąg senny daje się nadłamać, że udaje się na pojedynczych punktach znieść dystans między sobą a światem.

Tłumaczę ludziom, że psy ze wszystkich stworzeń są nam najbliższe, bo najmniej mają z przyrody, bo naruszają jej boską obojętność, boską integralność, zamknięcie w sobie, wypełnienie siebie sobą. Myślę także, że to zniesienie dystansu może może mieć sens jednostkowy i wyłączny, może się odbywać na podstawie nieprzewidzialnej konstelacji psychicznej, jakiegoś tajemniczego prawa pokrewieństwa. Wtedy rzeczy zwyczajne, pospolite, nagminne, stają się jedyne i niepowtarzalne, pełne jedynej i przejrzystej treści. Właśnie jedno takie odnalezienie zawdzięczam Kazimierzowi. W nim po raz pierwszy usłyszałem wilgę i nigdy tego nie zapomnę, i nigdy nie dam się przekonać, że śpiewa inaczej. Gwizd okrągły, kulisty, cudowne skończenie harmonii, niewysłowiona przelewnośc, która zamyka się w sobie i wyczerpuje. Liczy się potem bezgłośnie: raz, dwa,trzy... dziewięć, w natężeniu tęsknoty i obawy (czy się powtórzy?) i powtarza się, łudzące objawienie, przecież niemożliwej doskonałości. To mnie naszło niespodzianie z zielonego, rosistego spadu doliny i od tego dnia wodziło za sobą przez wszystkie dni, jak urzeczenie. Stąd może poszło, że z kontrastowego, ciemno - jasnego Kazimierza polubiłem ten drzewny, wilgotny, miesięczny, nie tamten drugi: słoneczny, wodny, białopiaszczysty. Nad tamten architektoniczny i głośny, przekładam ten, muzyczny i cichy. Chodzi się po nim zawiłemi ścieżkami, wśród zawiłych kształtów, w cieniu przyległym u krzaków, strzępiącym się cienko w paprociach. I nasłuchuje się tylko jednego głosu i rozumie się tylko ten głos, toczony ze srebra, gładko polerowany, nieskazitelny, jak promień. To on wbija się w ciemnym, niepojętym świecie przezior na światło, w nim objawia się na chwilę spełniona tęsknota doskonałości - przecież niemożliwej, przecież nieosiągalnej.

Z całego Kazimierza, z pogodnych dni, za któremi w ślad nadbiegły dni burzliwe i bolesne, z wszystkich głosów i uśmiechów, ją jedynie wspominam, tę wilgę - zapewnienie muzyczne przeciw niewierze i niepewności. I razem z tem wspomnieniem najbardziej bezzasadnie w świecie przychodzi mi przed oczy widok z Pont Sully na absydę Notre Dame. Obłoczne, wzburzone niebo. Obłoczne, wzburzone drzewa. Dwa szeregi domów, zbiegające z bokówli nją niedopełnionej perspektywy. Sprzodu most biało rozpostarty, biało w nieprzeniknionej wodzie odbity. Fioletowa smuga cienia między dwoma białościami. I pośrodku tego absyda, mająca coś ze szkieletu, który utracił grozę, a stał się samem przetrwaniem piękności poza śmierć.O tym widoku pomyślałem kiedyś, że chciałbym, aby ostatni napłynął i ostatni zgasł mi w oczach. Teraz wiem, dlaczego się wspomniał razem ze wspomnieniem wilgi z Kazimierza. Chciałbym ją usłyszeć w tamtej, nieuniknionej godzinie. Jej głosem, jak tamtym obrazem, niechby mnie świat pożegnał.
Usłyszawszy, że się wypełnia fraza najczystsza, zacząłbym liczyć jak zawsze: raz, dwa, trzy... Takbym może jeszcze o kilka chwil spodziewania to gorzkie i nieocenione życie przedłużył.

Andrzej Wolica „Mój Kazimierz"

Padał deszcz. Z zapadającego wcześnie jesiennego zmroku wyłaniały się co pewien czas topole, jak powtarzające się rytmiczne słupy graniczne tej rozpaczliwej podróży. Autobus prychał, parskał wśród deszczu, skakał na wybojach drogi, i zdawało się, że nie będzie końca tej podróży - dobrowolnego wygnania, na które człowiek skazuje się, gdy już nie ma nic do stracenia i nic do zyskania. Albo prawie nic.
Tęgi sympatyczny pan, siedzący na przedniej ławce autobusu, zwrócony plecami do mnie, nie przestawał mówić. Widziało się że pozostaje w przyjaźni z szoferem, że znają go wszyscy pasażerowie i że on zna wszystkich, że cieszy się z tej jazdy, z powrotu do małego domku w miasteczku, tego domku, który później miał wyrosnąć w wielki i piękny dom rodzinny. Z każdym kilometrem tęgi pan coraz bardziej wrastał w atmosferę, którą - jak miałem się później przekonać - wydziela tutejszy klimat i dziwni miejscowi ludzie, dobrzy ludzie.

Znałem tego człowieka. Wiedziałem że zajmuje wysokie miejsce stanowisko w hierarchji społecznej obowiązującej w Warszawie. Po przyjeździe do Kazimierza pan stawał się tylko autochtonem, i to zdaje się cieszyło go tak bardzo. Uradowałem się że nie spostrzegł mnie gdym wsiadał do autobusu. Pragnąłem przybyć tu samotnie - spojrzeć na tutejsze życie i ludzi i odejść zniechęcony. Piekąca gorycz, jaka towarzyszyła mojemu wyjazdowi, dziesięć lat życia które poszło na marne, miały tu znaleźć jedno jeszcze potwierdzenie. Mówiłem sobie zgóry, że cała ta podróż nic nie zmieni i pozostanie, jak tyle innych naszych czynności, zbędna i niepotrzebna. Może dlatego drażniła mnie wesołość znajomego pana, zniechęcała jego radość i dobry humor. Wiozłem ze sobą gorzką prawdę o najbardziej skrzywdzonych dzieciach Warszawy. Ta książka tu miała zostać spisana, i dziś muszę przyznać, że jeśli są w niej pewne akcenty szczere i ludzkie - zawdzięczam to Kazimierzowi, szczególnemu klimatowi psychicznemu jaki panuje tu jesienią.
Bo jesień to odrębny, dotąd mało znany jeszcze rozdział w życiu Kazimierza. Myślę, że rozdział najpiękniejszy może.
Wtedy, w czasie jazdy autobusem, żałowałem już żem uległ namowom Adolfa i zgodził się na tę podróż. Jednak brakło mi woli na przerwanie jej. Ostatecznie było mi wszystko jedno. Taka była podróż.
Uroki kazimierskie rozpoczęły się nazajutrz. Jesienny pejzaż tych stron, złocisty i różowy, najdziwniejsze zachody słońca i wieczorna Wisła, czerwona od zachodu, połyskliwa i błyszcząca, aż szklista- nie mają chyba równych w Polsce. Malarz K., który od szesnastu lat przyjeżdża tutaj, tłumaczył mi tajemnice tego pejzażu. Patrzyłem w jego ciemne oczy, w których odbijała się mądra świadomość artysty i dziecięcy zachwyt. Ale to wszystko nie było jeszcze wtedy ważne- w pejzażu trzeba się rozsmakować, trzeba uczyć się rozumieć go i kochać. Dlatego może słuchałem malarza K. nieuważnie, i nawet niecierpliwie. Interesowali mnie ludzie. Dla nich przyjechałem tu jesienią (nie wiedziałem jeszcze wtedy że najpiękniejszy, naprawdę zachwycający jest jesienny pejzaż Kazimierza).
Latem w tłumie letników i turystów zatracają miejscowi ludzie swój odrębny charakter, indywidualność ich zaciera się, standaryzuje, stają się podobni do siebie, niemal jednakowi. Stereotypowa grzeczność, zawodowy uśmiech, cechują tu zarówno lekarza jak właściciela pensjonatu, kupców i handlarzy, tragarzy gromadzących się na prześlicznym rynku, szoferów, kelnerów, fryzjera i dzierżawcę plaży. Dopiero jesienią, kiedy gromada przejezdnych przewali się autochtoni uzyskują własną twarz. Przemiana ta następuje stopniowo. Im bliżej jesieni- końca sezonu- tem bardziej twarze wydłużają się, stają się ostre i śpiczaste czy rozlane w łagodnym owalu i smutno uśmiechnięte. Napięcie ustępuje z nich powoli, ale bezustannie, wyłania się ogromne zmęczenie, maskowane przez letnie miesiące. I z twarzy tych ustępuje nadzieja. Uchodzi raz jeszcze jak przez tyle lat dotąd, aby powrócić dopiero wiosną, u progu nowego sezonu. (Nie zmieniają się tylko twarze chłopów. Są zawsze jednakowe, kamienne i bryłowate, ciemne od ziemi i spalone słońcem).
Miasteczko żyje z letników. Oni muszą opłacić wegetację jesieni, nędzę zimy i głodowe tygodnie przednówka. Dla nich są uśmiechy, których zabraknie już na pozostałe miesiące roku, dla nich tłuste i obfite jadło, dla nich jedyna izba, z której trzeba się wynosić na lato do kuchni czy stodoły. Dozorca nocny, pilnujący na plaży łodzi i sprzętu wioślarskiego, dla nich czuwa i ogląda gwiaździste, granatowe niebo i ciemną łuskę wody. Płacą mu 30-40 groszy za noc, i jest zadowolony. Jesienią nie ma i tego. Cieszy się szewc i piekarz, krawiec i właściciel budki z wodą sodową na przyjazd letników. Miejscowa modniarka oblicza przyszłe, niezrealizowane nigdy zyski. Czy wie, że i w tym roku czeka ją nowy zawód? Czy wiedzą o tem wszyscy czekający i pełni nadziei?
To nie jest ważne. Ważny jest cel i sens życia, jedyna nadzieja, jasny promień tutejszego bytu. Ważna jest wiara, mistyczna pewność, że trzeba trwać aż z wielkiego stołecznego miasta przyjadą ludzie.
Kazimierz jest biedny. Czterdziestokilkutysięczny budżet tego miasteczka, w którym żyje 5 000 ludzi, jest wystarczającym komentarzem tej biedy. Na opiekę społeczną przeznacza się zł. 1 500 rocznie! Mniej niż trzecią cześć sumy uzyskiwanej z opłaty taksy klimatycznej. I więcej miasto dać nie może. To jest zrozumiałe. Pozostają więc letnicy. A przecież Kazimierz nie świeci w oczy swoją nędzą, znosi ją z uśmiechem dumny jest ze swoich tradycyj, średniowiecznych legend i wspomnień idących z pokolenia w pokolenie, dumny jest ze swojej piękności. I w tej dumie jest najgłębsza, najmądrzejsza racja. Jest szlachetność.
Zaczepił mnie kiedyś leżący w rowie przydrożnym stary Żyd- żebrak. Gdym dawał mu jakieś grosze, przechodzący drogą inny Żyd, obdarty i wynędzniały powiedział:
-Panie, on nie jest tutejszy, kazimierscy ludzie nie żebrzą.
Mówiący te słowa człowiek bardziej był obdarty od żebrzącego starca, czuło się, że był głęboko urażony w swej godności, że zależy mu na opinji rodzinnego miasteczka, na dobrej opinji. W jego pojęciu żebrak stanowił plamę na honorze Kazimierza.
- On nie tutejszy - powtórzył raz jeszcze.
I naprawdę, gdy przypomnieć gromady żebraków wędrujących po Zakopanem, oblegających pensjonaty i bogate wille- jakże dumny może być Kazimierz.
Jesienią ludzie są tu szczerzy i prości. Nie ukrywają swojej biedy, ale i nie skarżą się na nią. Znoszą ją jakoś inaczej niż ludzie w wielkim mieście, chciałoby się powiedzieć- „honorowo". Z fatalistycznym uporem wierzą w powrót dawnej świetności tego pięknego miasteczka. A jeśli to nie nastąpi, i tak tu pozostaną.
Już w ciągu kilku dni owego pierwszego jesiennego tutaj pobytu ogarnęły mnie kazimierskie uroki. Wydaje mi się, że zrozumiałem czar, który ściąga tu ludzi przez lata całe, powoduje nostalgiczną tęsknotę za Kazimierzem i zmusza do powrotu. Działa tu inny klimat psychiczny. Kazimierz nie jest podobny do żadnego z ohydnych letnisk podwarszawskich, a równocześnie nie ma nic z charakteru modnego uzdrowiska. Ludzie tutejsi, pomimo biedy, nie są chciwi na pieniądze i jeśli umie się ich poznać i pokochać, podzielą się się z obcym sercem i chlebem. Chleb ten będzie może suchy i niesmaczny, ale nie znajdzie się w nim zakalca fałszywej miłości i wyrachowania. Będzie surowy i prosty.
Rybak, który mnie wiózł łodzią do najsmutniejszego chyba w Polsce miasteczka, do Janowca, powiedział:
-Cóż, panie, my to to i wiemy, że gdzieindziej świat bogaty, ale daleko od nas do tego świata, nie dojdziesz, a to i drogi szkoda. Tu zemrę.
Niedaleki już był tej śmierci, ale patrzył pogodnie i mądrze. „Tu zemrę-tu dobrze umierać- i żyć dobrze"- w tych granicach zamyka się pogląd na świat miejscowego człowieka. I jego moralność.
Wtedy jesienią było nas w całem miasteczku tylko czterech obcych. Trzech malarzy i ja. Autochtoni patrzyli na nas tkliwie i serdecznie, nic w zamian za swą tkliwość nie żądając. Kochali nas za to tylko że pokochaliśmy ich miasteczko, że gapimy się na wszystkie śliczności okoliczne i że w oczach nam błyszczy zachwyt. Wypytywali nas dyskretnie, delikatnie, i subtelnośc tych ludzi przewyższała napewno subtelność naszych stołecznych przyjaciół. ( To brzmi jak zakłamany frazes, ale tak naprawdę w Kazimierzu). Nawet epileptyczny kelner, podając nam wódkę w miejscowej restauracji, pełen był owego lirycznego zamyślenia, które ogarnia tu wszystkich jesienią.
Ironiczny przyjaciel zapytał mnie kiedyś w stolicy:
- Więc sądzisz, że w Kazimierzu nie ma złych ludzi?
Nie odpowiedziałem wtedy. Dziś mógłbym odpowiedzieć, że niema ani złych ani dobrych ludzi, że niema spraw słusznych i podłych, że zło i dobro (dowolne, śmieszne terminy) splatają się w nas i w naszem życiu ciągle i nieprzerwanie, tworząc psychiczny obraz człowieka. A jednak? - jednak rozumiem znajomego tęgiego pana, który cieszy się jadąc do miasteczka - jednak w Kazimierzu człowiek staje się lepszy.
Pada deszcz. Pakuję walizkę.

Adam Ważyk „Drogą na Piągłowskiego"

Wskazał mi tę drogę - i tak ją nawał - stary Ludwik Doraczyński. Było to bardzo dawno, nim jeszcze Michalak wystawił sobie dom pod basztą. Feliks Topolski w zielonym kapelusiku szedł lekkim kroczkiem przez rynek, pod pachą dźwigał tekę z rysunkami i zamartwiał się po cichu, że chyba nie zda do Szkoły Sztuk Pięknych. Przed werandą Berensa, oparty ramionami o barjerę, stał Jankiel w jedwabnym chałacie, opowiadał o pani Orzeszkowej i panu Świętochowskim. Przy szosie z Puław do Kazimierza siedziało nad Wisłą tyluż Doraczyńskich co Góreckich w „górach".

Zresztą i dziś jest tak samo. W błękitnej chałupie na wąskiem pasemku między wodą a szosą, za drugim mostkiem licząc od Kazimierza, gospodaruje potomstwo Ludwika, synowie i wnuki. Ludwik nie jeździł już z synami na nocne połowy, ale jeszcze naprawiał sieci rozpięte nad brzegiem. Jako najstarszy z rybaków podobno wygłosił kilka powitalnych zdań do p. Prezydenta, potem jednak, po jakiejś obłożnej chorobie, dziwnie przemieszały mu się słowa, więc kiedy w sadzie rosły jałówki, przy drodze na Piągłowskiego, na pochyłej łące, pasły się jabłonki Ludwika.
Źródełko najczystszej wody na świecie tryskało z drugiej strony szosy spod głębokiej kotliny, gdzie zieleń, karmiona tą podskórną wodą, przelewała się jak pijana. Droga obrębiała kotlinę; wąska,wyboista, szczerbata, szła niby to łukiem i wnikała w ciasny wąwóz, do którego daremnie wspinała się ta nieprzytomna zieleń po ścianie kotliny.
Przywiozłem ze sobą trochę elementarnych wiadomości z geologii, dopowiadałem sobie, wchodząc pierwszy raz w ten wąwóz, że posuwam się przeciw prądowi po korycie wyschniętego strumienia, który niegdyś spływał kotliną ku Wiśle. Koleiny, odciśnięte przez wozy chłopskie w gliniastym gruncie, mówiły mi co innego, wiązały wąwóz z odcinkiem przebytej przeze mnie drogi, ustalając nowszą, bardziej oczywistą ciągłość, kpiły sobie z tego, kto chciałby cofać się za daleko wgłąb czasu. Nawet dziury, wydrążone we wklęsłych ścianach wąwozu, ziemianki, w które chłopi z dziecmi wpełzali, ilekroć front przesuwał się przez Kazimierz, pochodziły z naszego stulecia.
Tylko wieczorami ukazywała się jakaś podszewka wieków, na wapiennych ścianach fosforyzowały białe smugi - żebra przedpotopowego zwierzęcia, którego szkielet występował z ziemi i zamykał mnie w sobie. Za wylotem wąwozu nie było jeszcze ani chałup, ani płotów, była tylko szczególna kazimierska geometria pól po obu stronach odludnej drogi, co kilka kroków odmieniały się w perspektywie działki litego żyta, koniczyny, kapusty, tytoniu, kopulaste, jakby ruchome, wirujące zwykle dookoła majestatu czerwonej, samotnej, postawionej na swojej działce krowy.
Ten trzeci odcinek drogi kończył się ślepo na rozstaju przy figurze, wzrastał w szeroką drogę do Bochotnicy, bo był poprostu jej odgałęzieniem. A po drugiej stronie, za figurą, zaczynał się już inny kraj, trawa innego, ciemniejszego koloru, jabłonie schodzące w wąwozy- i tylko znikomy ścieg między na świeżem jeszcze ściernisku przedłużał mi tę drogę, prowadził gdzieś wdół, przeradzał się w ścieżkę, w mostek nad wysychającą fosą, w stromą serpentynę okalającą warownię pszczół hodowanych przez Tomasza Króla.
Wspiąłem się pod górę, zobaczyłem nad głową pierwsze ule na skraju pasieki i równocześnie usłyszałem cichy głos pszczelarza:
- Dziś w nocy gwiazdy ruszały się, wiatr je potrącał, ale wiatr nie da im rady, bo mocno siedzą, te gwiazdy duże są jak chałupy.
Właściwa droga urywa się jednak przy figurze na dobre tysiąc kroków przed pasieką i anstronomją Tomasza Króla.
Kiedy szedłem tędy pierwszy raz, byłem przekonany, że tę drogę zna każdy, kto tu przyjeżdża, tymczasem okazało się, że przeciwnie, nikt jej nie zna, i ostatecznie nic w tem dziwnego, ile razy próbowałem przemierzyć ją zgóry w dół, wrócić tędy nad Wisłą, stale gubiłem się w sieci dróg polnych, trafiałem do innych wąwozów, które uporczywie ściągały mnie w stronę miasteczka. Któregoś dnia przypadkowo odnalazłem drogę na Piągłowskiego - w tej odwrotnej kolejności - znajomą czerwoną krowę, wąwóz i ścieżkę nad niegroźnem urwiskiem.
Wtedy dopiero spostrzegłem starą chałupę przykucniętą w gęstych leszczynach nad wąwozem - to była zapowiedź wszystkich zmian, jakie miały później nastąpić.
Chałupa - matka wydała młode i osadziła je na pagórkowatych działkach, powyrastały płoty i zniknęły pasące się nad kotliną jabłonki Ludwika Doraczyńskiego.

PS
Wytłuszczenia tekstów pochodzą od red. www.wkazimierzu.pl

 

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>