Waldemar Siemiński Ciocia Andzia (cz.2)

W moich rozmowach z Waldemarem Sieminskim często pojawia się wspomnienie jego ciotki, Anny Saneckiej - osoby niepospolitej, która zainspirowała go do spisania jej wspomnień i opublikowania ich w książce pt. „Kobieta z prowincji".
Bardzo mi zależało na tym, by znów o niej napisać, by przypomnieć.
Waldek również był zdania, że warto.
Wspólnie uznaliśmy, że z szacunku dla bohaterki opowieści i dla jej uhonorowania, wspomnienia Waldka pozostawimy w formie języka kolokwialnego - a więc w takiej samej, jaką ma książka o życiu cioci Andzi.
czytaj cz. 1 - kliknij

*
W drugim rzędzie - dwie siostry z d. Głowackie
Czas małżeństwa z panem Saneckim był dla ciotki bardzo dobry, był jakąś nagrodą za całe jej życie. Nie tylko dlatego, że miała męża, z którego w sumie była zadowolona, ale i dlatego, że miała u niego osobną dziuplę na strychu, gdzie sobie zrobiła pracownię.
Ściągała tam wszystkie szmaty, znoszone jej przez ludzi i z nich robiła piękne dywaniki i kaftany, którymi handlowała na rynku. (Kaftan to rodzaj marynarki. Przeważnie nosi się to na zimę, jest ciepłe, pikowane. Ciotka kaftany robiła bardzo różnie). Uwielbiałem te jej wyroby, kupiłem więc jeden taki, szalenie kolorowy. I akurat w tamtym czasie poznałem swoją obecną żonę Ewę, która jest projektantem ubioru. Wtedy ona i jej koleżanki miały plener czy obóz szkoleniowy w SARP-ie. Przyszedłem w tym ciotki kaftanie do dizajnerek, które dyktowały modę w całej Polsce. Ewa mi nic nie powiedziała... Patrzyły na mnie, na mój strój, ależ były miny! Dopiero po latach przyznała: „słuchaj, wywołałeś taką sensację tym kaftanem, że ja nie wiedziałam jak się tłumaczyć". Ale mi się to bardzo podobało.

Ciotka robiła też dywany - i to nie tylko małe dywaniki. Potrafiła zrobić z tych kolorowych szmat całkiem dużą rzecz. Plotła pocięte tkaniny w warkocze, zaplatała je i z tego, mi na przykład, zrobiła dywan, który przez długie lata miałem w swoim pierwszym mieszkaniu. Liczyło ono 34 m kw i taki właśnie wyplatany dywan starczał na cały pokój, miał ze dwadzieścia metrów kwadratowych.

Ciotka Andzia, tak jak prawie wszystkie siostry Głowackie, które mieszkały w Kazimierzu, należała do chóru kościelnego i aktywnie działała w Lidze Kobiet prowadzonej przez panią Tyszkiewiczową. Uczestniczyła zawsze w spotkaniach, na których od czasu do czasu wygłaszała własne teksty i śpiewała ułożone przez siebie piosenki.

Nie wiem czy inne siostry też, ale ciotka i moja mama bardzo lubiły się przebierać. Przebierały się np. na kusaki (głównie za mężczyzn), ale nieraz też tak sobie, bez okazji.
Trochę to dziwne, ale rzeczywiście tak było, naprawdę lubiły takie zabawy!
Raz - to moja mama mi opowiadała - ciotka Andzia i ona się przebrały za chłopów i poszły do gospody, tzn. do Esterki. Wszyscy myśleli, że to są normalni mężczyźni, że przyszli się napić... Zaraz przy wejściu do restauracji był kontuar, bufet, i one tam sobie stały. Piły chyba jakieś małe, drobne kieliszeczki... Ale kiedy faceci z Kazimierza przyuważyli nieznanych sobie facetów, to postanowili ich wypróbować i zaczęli raczyć tych dwóch przybyszów wódką w szklankach. I tutaj już ciotki pękły. Tego nie potrafiły już strawić. Zaczęły się wycofywać, a chłopy kazimierskie je zatrzymali, siłą chcieli poić wódką, obłapali - i wtedy, przy tej obłapce, wyszło na jaw, co to są za faceci, że to przebrane kazimierzanki. Wydało się.
Aktorka w kraciastych chustach - Anna Sanecka.

Od czasu do czasu, choć nie zawsze, spędzaliśmy wspólnie święta Bożego Narodzenia, zwłaszcza jak jeszcze żył dziadzio, który przeżył babcię Weronikę. Ciotka zawsze była skarbnicą kolęd i pastorałek. Choć inne siostry też znały teksty, to jednak ona wiodła prym.

 

Ciocię spotkała jeszcze jedna nagroda, która absolutnie słusznie jej się należała: została ekspertem od spraw żydowskich (w skali międzynarodowej, mogę powiedzieć). Kiedy przyjeżdżały wycieczki, ludzie szli do ciotki jako tej osoby, która dobrze pamięta żydowski Kazimierz i bardzo dużo wie. Sprawiało jej to bardzo dużą satysfakcję, bo czuła się potrzebna, wiedziała zresztą, że naprawdę tylko ona się na tym zna. W tych ostatnich latach taka nagroda umilała jej życie.

 

Ciotka, jeszcze zanim poznała pana Saneckiego, razem ze swoim ojcem - dziadkiem Olkiem - prowadziła sady. Też i tego się podejmowała. Miała nad Wisłą mały trójkącik śliwkowego sadu. Pamiętam, jak nieraz szedłem z nią na noc, do szałasu, żeby go pilnować. Robiliśmy w sadzie lassy (kopie się dół, trochę większy niż stół, jest rama z desek, u dołu ramy kije leszczynowe. W dole żarzy się ognisko, dające dym, który leci na ramę, gdzie leżą śliwki). Ciocia handlowała tymi śliwkami.
Co jeszcze robiła...? Pewnie wiele innych rzeczy, ale tego już raczej nie wiem.

Ciotka przez dwa lata opowiadała mi swoje życie. Wszystko nagrałem na peerelowskim magnetofonie i z tego później powstała książka.
(Po tym dwuletnim epizodzie, ciotka jeszcze zapisywała swoje historie, opowieści ze starego Kazimierza i z żydowskiego Kazimierza.
(Parę zeszytów z jej zapiskami tutaj gdzieś krąży, nie wiem, kto je ma.)

 

Po publikacji książki nasze stosunki się nie zmieniły. Ciocia była raczej zadowolona, nie miała negatywnych reakcji. I chyba rzeczywiście nie miała, bo w relacjach ze mną, przez uprzejmość mogła mi nie mówić tych ewentualnych negatywnych odczuć, ale od innych na pewno bym się dowiedział, że ciotka jest z czegoś niezadowolona.
Nie miałem takich informacji.
Kiedy napisałem pierwsza książkę pt. „Niech cię odleci mara", której głównymi bohaterami są (chyba jednak) moi rodzice - oni mieli do mnie znacznie więcej zastrzeżeń niż ciotka po napisaniu „Kobiety z prowincji".

 

Podobnie było z filmem.
Kiedy powstał, w Kazimierzu działało jeszcze kino i tam ciotka go obejrzała. Niedokładnie pamiętam, nie wiem, jak się odnosiła do filmu, ale chyba jakichś złych komentarzy nie było. Natomiast kiedyś usiłowałem zetknąć ciotkę z panią Ewą Dałkowską, która ją wspaniale zagrała. Ale aktorka trochę się bała tego kontaktu i do spotkania nie doszło. Zdaje się, że nie chciała konfrontacji, by ta nie zaważyła jakoś na jej interpretacji postaci.
Czemu sobie upodobałem akurat ciocię Andzię?
Trudno to wypośrodkować i sprawiedliwie ocenić, nie wiem jak to ująć... Ciotka Andzia najwięcej wiedziała o życiu, chłonęła wszystko jak gąbka i potrafiła to wypowiedzieć. Miałem z nią bardzo dobry kontakt, lubiła, żebym do niej zachodził. Inne ciotki nie były tak wyrywne. Na przykład moja mama: żeby od niej coś wydobyć, żeby coś opowiedziała, to się trzeba było trochę natrudzić. Ciotka Dentka z Warszawy - ta która tu przyjeżdżała i handlowała bibułką na papierosy... (Ta bibułka do niej szła, nie wiem jakimi drogami, z fabryki papieru w Jeziornie... Sprzedawała ją moja matka, która uwielbiała handlować, a której zlikwidowali sklep. Mama uwielbiała sprzedawać, przychodzili do niej chłopi i kupowali; to wszystko było oczywiście nielegalne). Wracając do ciotki Dentki; ciotka Dentka w ogóle nic nie opowiadała. Nie lubiła. Miała bardzo ciężkie życie i pewnie nie chciała się nim dzielić. A ciotka Andzia lubiła się dzielić swoim życiem z innymi. Na tym to po prostu polegało.
Bardzo otwarta była ciocia Fela, która zmarła niedawno. (Los chciał, żebym był przy niej do samego końca. Byłem przy tym jak umierała. Niesamowite szczęście: odeszła cicho i spokojnie). Była bardzo wesoła, uczynna itd., ale też trzeba się było natrudzić, żeby chciała coś opowiedzieć.
A ciotka Andzia bardzo chętnie opowiadała, dlatego z nią kooperowałem. I to, jak się okazało, jakoś nam wyszło. Z innymi byłoby znacznie trudniej.

 

Łatwość mówienia, błyskotliwość, fenomenalna pamięć - ona miała wszystkie te cechy. Prawdopodobnie była bardzo zdolna językowo: jidysz wcale nie jest takie łatwe! Pewnie gdyby się uczyła innych języków, też by je opanowała.

Gdy patrzę na fotografie ciotki... jest taki rys, nurt w jej opowieściach: ciotka po prostu nie była najładniejszą kobietą. I miała pewien kompleks, że nie jest gwiazdą, jeśli chodzi o urodę. Ale mimo to dawała sobie radę, pod każdym względem. Nie miała jakichś specjalnych zahamowań, choć oczywiście nie była tak otwarta, jak ludzie bywają teraz (bo świat się zmienił, jeżeli chodzi o obyczaje). To ciotkę trochę bolało. Słyszałem taką nutę w jej opowieściach... cierpiała, że nie była urodziwą sesksbombą - jak to się dzisiaj się mówi.
No i nie chciała mi powiedzieć, kim z zawodu był jej pierwszy mąż.
Ale to i tak nieliczne jej zahamowania.
Miała ich niewiele, była bardzo otwarta. Po prostu - „doprzodowa".
Anna Sanecka z synem Antonim (źródło fot. Brulion Kazimierski nr 8)
I ta jej cecha - „doprzodowość", czyli dynamizm - popchnęła fabułę powieści, jaką o niej napisałem. Z tym, że pisałem w kierunku „odwrotnym". Ciotka opowiedziała mi swoje życie od urodzenia do dojrzałości, a ja „Kobietę z prowincji" poprowadziłem od ciotki Andzi dojrzałej do momentu jej urodzin. W takim porządku odwróconym, przetworzonym, lepiej się szuka i znajduje to, o co w powieści chodzi - sens czyjegoś życia.

 

 

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>