W. Sumliński

Wojciech Sumliński o sprawie Ks. Popiełuszki
W. Sumliński i ks. Tomasz Lewniewski
13 grudnia na plebanii w Kazimierzu Dolnym odbyło się spotkanie z
Wojciechem Sumlińskim, dziennikarzem badającym okoliczności sprawy  zabójstwa Ks. J. Popiełuszki. Podczas dziennikarskiego śledztwa odkrywa on zdumiewające fakty, powiązania, zagadki. Staje się niwygodny. Komu przeszkadza? No właśnie: komu?
W grudniu ukazała się kolejna książka Sumlińskiego poświęcona sprawie mordu na Ks. Popiełuszce pt. Teresa, Trawa, Robot.
*
Cała historia wiążąca się z księdzem Jerzym Popiełuszką i okolicznościami Jego zamordowania była i jest jednym z ważniejszych elementów w moim życiu. Prawdziwym kamieniem milowym.
Kościół św. Stanisaława Kostki był dla mnie miejscem szczególnym, bo tam wraz z całą swoją rodziną - z ludźmi dla mnie najważniejszymi - słuchałem homilii głoszonych przez ks. Jerzego. On przyciągał, zbliżał do siebie ludzi. Na Jego kazaniach zawsze były tłumy. W tym tłumie byliśmy i my. Jako uczeń siódmej - ósmej klasy, co niedzielę byłem w kościele, regularnie uczestniczyłem też w comiesięcznych mszach za Ojczyznę. Chłonęliśmy słowa i w ogóle postać ks. Popiełuszki - postać niesamowitą. To miało olbrzymi wpływ na moje patrzenie na rzeczywistość, na naszą najnowszą historię, a potem - na całą Jego tragedię. W pewnym sensie to, że Ksiądz zginął w tak niezwykłych okolicznościach, że został zamordowany za głoszenie Prawdy, miało olbrzymi wpływ na moje dorastanie. Moja mama, tata, siostry mamy, dziadkowie z obu stron - wszyscy co niedzielę spotykaliśmy się w kościele św. Stanisława.
Późne dzieciństwo i wczesna młodość upłynęły mi pod tym właśnie znakiem. Dlatego ogromnym przeżyciem był pogrzeb księdza Jerzego. Chodziłem wtedy do I klasy liceum. Poszliśmy tam całą klasą, mimo odgórnego zakazu opuszczania szkoły w tym dniu. Uczeń nieobecny zobowiązany był do okazania zwolnienia lekarskiego.
A tymczasem w szkole nie było ani jednego ucznia, wszyscy poszliśmy na pogrzeb.
Obcowanie z księdzem Jerzym, obcowanie w roli uczestnika odprawianych przezeń mszy istotnie na mnie wpłynęło. Dlatego może tak bardzo głęboko przeżywałem tragedię, która go spotkała; podobnie przeżywała to moja rodzina.
Nigdy nie myślałem, że po latach, już jako dziennikarzowi - dane mi będzie zająć się tą sprawą w sensie zawodowym. A stało się tak dzięki prokuratorowi Andrzejowi Witkowskiemu, który prowadził śledztwo i któremu dwukrotnie w kluczowym momencie je odbierano.
Dla mnie spotkanie Witkowskiego było czymś niezwykłym. Mam go za jednego z najuczciwszych ludzi, jakich w ogóle spotkałem w życiu. Człowiek, który każdy dzień rozpoczyna mszą świętą, który co rok chodzi na pielgrzymki do Częstochowy - bardzo prawy i religijny. Bazując na tropach wyznaczonych przez jego śledztwo, wiele lat temu podjąłem pierwsze przymiarki do swojego śledztwa dziennikarskiego. Sprawą tą zajmowałem się na marginesie innych spraw, zbierając powoli materiały. Lecz w ostatnich latach poświęciłem się temu bardzo intensywnie. Do tego stopnia, że stała się to najważniejsza sprawa zawodowa mojego życia. Wszystko, co się z nią wiązało, tzn. cała tragedia, cała tajemnica, wszystkie inne aspekty dotyczące tej historii: to jak próbowano zniszczyć wiarygodność prokuratora Witkowskiego, różne dziwne sytuacje, które zaczęły się mnożyć wokół mojej osoby (o których można by długo opowiadać) - wszystko to miało olbrzymi wpływ na moje życie.
Stało się czymś więcej niż tylko dziennikarską sprawą.
Dziś myślę o tym jak o misji, może najważniejszej misji, jaką mam do spełnienia. Misji, która nie została zakończona, bo tak, jak Andrzej Witkowski uważa, że dla niego to jest najważniejsza sprawa prokuratorska, tak samo ja uważam, że dla mnie to najważniejsze, ponaddziennikarskie zadanie w życiu. Postać ks. Jerzego, tajemnica i okoliczności Jego śmierci, zajęcie się sprawą - wszystkie te elementy miały i wciąż mają olbrzymi wpływ na moje życie. Myślę, że jeden z większych, zdecydowanie ważący na tym, jaki kształt ma moje życie, również rodzinne.
*
Jak każdy człowiek mam wzloty i upadki, momenty słabości. Najcięższy z nich jest powszechnie znany.
Czasem się nad tym wszystkim zastanawiam, zwłaszcza w kontekście różnych sytuacji, gdzie bardzo to wszystko przeżywała moja rodzina... Sytuacje rozpoczęte 13 maja ub. roku - mam na myśli wejście funkcjonariuszy ABW do mojego mieszkania i de facto - zniszczenie mi w jakiejś mierze życia... gdy widziałem, jak przeżywa to moja rodzina, moje dzieci - oczywiście wtedy pojawiły się pytania, czy warto. Czy nie lepiej się zajmować spokojnymi rzeczami? Wtedy nie miałbym tych historii, z którymi teraz się borykam, które toczą się od wielu miesięcy wokół mnie, i w jakiś sposób niszczą całą moją rodzinę. Zadawałem sobie takie pytania. A jednak mimo doświadczeń, mimo trudnych przejść, znam odpowiedź.
Pamiętam, że jako młody człowiek, zawsze marzyłem, by moje życie miało jakiś sens, żeby mieć cel, który byłby na tyle ważny, aby warto było dlań coś poświęcić, może nawet coś bardzo wielkiego. Pragnąłem mieć coś, za co warto zapłacić cenę. Czasami, gdy przychodzi ją uiścić, człowiek się zastanawia, czy rzeczywiście było warto, ale pamiętam, że nigdy nie chciałem, by moje życie było puste, pozbawione sensu. Uświadamiałem sobie to szczególnie w czasie słuchania homilii ks. Jerzego. Nigdy nie reprezentowałem postawy: zdobyć wykształcenie, zdobyć potem jak najwięcej pieniędzy i w taki to sposób przeżyć życie. Marzyłem o czymś innym. I w takim duchu staram się wychowywać swoje dzieci. Bardziej być, niż mieć.
Pamiętam homilię Ojca Świętego na Westerplatte, w której mówił, że każdy z nas musi mieć swoje własne Westerplatte. Jakieś miejsce, ideę, której warto bronić bez względu na cenę, bez względu na wszystko. Do samego końca.
Był to rok 1987, kiedy słuchałem Papieża i ogromnie pragnąłem mieć swoje Westerplatte. Nie wiedziałem, co mogłoby nim być, czy w ogóle będę je miał. Czy będzie to ewentualnie jedno spektakularne wydarzenie, czy raczej wiele drobnych spraw?A może całe moje życie będzie takim Westerpaltte? Może zawsze będę starał się bronić jakichś wartości?
Dziś myślę, że być może sprawa ks. Jerzego jest tą moją walką, sprawą, której mam bronić, za którą trzeba płacić cenę, choć się nie spodziewałem, że aż tak wysoką. Na domiar wszystkiego - w Polsce podobno całkowicie wolnej i całkowicie niepodległej. Być może to jest właśnie spełnienie tych moich marzeń? Po wszystkich refleksjach i trudnych doświadczeniach powiem, że mimo wszystko było warto.
Pytany o moją opinie na temat końca sprawy odpowiadam, że wyjaśni ją czas, zresztą jak zawsze. Czasami trzeba poczekać lata, czasem dziesiątki lat, czasem ludzie walczący nie dożywają jej finału, wiem to wszystko i myślę, że czas da odpowiedź.
Jestem głęboko przekonany, że zarówno moja nieszczęsna historia, jak i tajemnica śmierci ks. Popiełuszki - najgłośniejszej, a jednocześnie najbardziej tajemniczej zbrodni PRL - że wszystko to znajdzie pełne wyjaśnienie i ujawnienie. Niemożliwe jest, by kłamstwo triumfowało wiecznie. Wierzę, że śledztwo które podjął Witkowski i współpracujący z nim ludzie odkryło właściwe, prawdziwe tropy. Gdyby nie określone uwarunkowania polityczne związane z transformacją ustrojową, kiedy zawierano umowy do dziś odbijające się naszemu krajowi wielką szkodą - że gdyby nie to wszystko, to już byśmy poznali tajemnicę. To, że się tak nie stało wynika w głównej mierze z tego, że sednem sprawy zabójstwa nie jest tak naprawdę zabicie jednego kapłana. Wiąże się to z wielką ilością innych, niezwykle ważnych spraw i wyjęcie z muru zakłamania potężnej cegły w postaci morderstwa ks. Jerzego, mogłoby spowodować takie nadwątlenie muru, że mógłby się on zawalić. W efekcie musielibyśmy całą historię ostatnich 20 lat pisać na nowo.
Przez dekadę lat 90 - tych aż do dziś wmawiano nam, że gen. Kiszczak był człowiekiem honoru, że Okrągły Stół to było samo dobro. Roztoczono wokół nas wizję wielkich autorytetów moralnych, spośród których wielu wypowiadało się negatywnie o śledztwie Andrzeja Witkowskiego. Wielu mówiło: „zostawmy to. Zostawmy tę sprawę." Niektóre z tych autorytetów z czasem okazywały się być fałszywe, wypływały sprawy, które pokazywały prawdziwe oblicza tych ludzi. I tak, jak prawda o nich powoli ale sukcesywnie wychodzi na światło dzienne, tak samo prawda o zaszczutych ludziach i prawda o tajemnicach będzie się ujawniała. Jestem pewien. A czy to nastąpi za rok, czy za 10 lat, czy za 20 - czas pokaże. Ks. Jerzy jest już w niebie, obcuje sobie z Panem Bogiem i spokojnie patrzy. A prawda prędzej niż później ujrzy światło dzienne.
*
Zafascynował mnie Witkowski - jego prawość, uczciwość, profesjonalizm, wyrażający się m.in. tym, że w czasie swojej 30 - letniej służby prokuratorskiej nie przegrał ani jednej sprawy. Nigdy się mu nie zdarzyło oskarżyć kogoś, kogo potem sąd by oczyścił z zarzutów. Jeśli Witkowski oskarżał - miał rację. Zafascynowała mnie jego osobowość sprawiedliwego, religijnego człowieka, który nigdy nie splamił się fałszywym oskarżeniem. Tylko w tej jednej sprawie, kiedy chciał oskarżyć gen. Kiszczaka i parę innych osób - nie dane mu było dokończyć śledztwa...
Na wpływ tych osób nałożył się jeszcze jeden element, mianowicie fakt, że w na przełomie XX i XXI w., w ciągu trzech lat zmarło ok. 10 członków mojej najbliższej rodziny. To tak, jakby jedna osoba pociągnęła za sobą drugą; moja mama, jej siostry, jej rodzice... Wyglądało na to, że oni wszyscy chcieli być razem, tyle że w innym miejscu.
Zajmując się tą sprawą myślę, że robię to także dla nich. Moja działalność dotycząca ks. Jerzego jest rodzajem wypełnienia ich nie spisanego, nie wypowiedzianego testamentu. Myślę, że robię to też dla tych z mojej rodziny, którzy przez lata uczestniczyli w mszach ks. Popiełuszki i tak głęboko je przeżywali.
Nimi wszystkimi ogromnie wstrząsnęła Jego tragedia, lecz nie dane im było doczekać na ziemi rozwiązania sprawy. Wiedziałem, że wszystko po kolei nie było dziełem przypadku.
Wierzę, że nasze życie jest ciągłością, następstwem różnych wydarzeń, które mają sens. Dlatego wiedziałem, że spotkanie ks. Jerzego, a potem Andrzeja Witkowskiego oraz zajęcie się tą sprawą było po coś, miało jakiś sens. Jaki? Nie mnie to oceniać. Ocenę wystawią historia i czas. Wierzę w to, co robię i wykonuję swoją powinność z przekonaniem, że służę dobrej sprawie. Że droga, którą podążam, jest słuszna. Droga sprawiedliwa i właściwa. Jestem spokojny o ocenę.
oprac. bg
we współpracy z Zofią Wiśniewską i Agnieszką Stachyrą - Świderską
fot. N. Kiljan

 

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>