W.Siemiński NIECH CIĘ ODLECI MARA cz.4

czytaj cz. 3
Święta Agnieszka Egipcjanka, żeby czynić miłość bliźniego, oddawała się nieraz bliźnim. Tak twierdzą nieumiarkowani w zdrożnych podejrzeniach. Ale nie jest zdrożną radosna sympatia braci i sióstr - ogłasza ksiądz nakładając mężczyznom porcje rozmiarów pchełek.
Co za smak? Panie poruszają najpierw wargami lekko jak motyle skrzydłami. Co za smak! Rozpędzają zawiasy szczęk do niepohamowanego biegu kół lokomotywy.
- Toż to sama słodycz - zachwyca się kamaszniczka.
A jednak mocna - dodaje pani Kulanowska.
Nie wytrzymam już dłużej - szepce pani Szymańska rozrywając najwyższy zatrzask sukienki.
Jej twarz zmienia się jak widoki za oknem ekspresu. Grad ciężkich myśli ustępuje słonecznemu uśmiechowi rozmazującemu się zaraz w mroku, jaki zamglił zmarszczki pod jej oczami. Ta zmienność kontrastuje z zachowaniem się panów. Kamasznik upił się i chrapie. Sędziwy prezes, pan Kulanowski, zwiesił nad nim smutną jak klepsydra twarz. Też się upił, jak zawsze, na smutno. Nic w świecie, nawet huczne ogłoszenie przedterminowej sesji Sądu Ostatecznego, nie zbudzi teraz kamasznika. Prezesowi twarz więdnie jak liść jesienny; centymetr po centymetrze coraz niżej opada na ciężki padół jego piersi.
- Kotuniu - szepcze nieśmiało do żony - ja już pójdę sobie... Dwa bilanse dla banku, sprawdzę zamek i zasuwki...
- Odprowadź prezesa, Ziutku - prosi ojca mama, troszcząc się już dziś o jutro, w którym ojciec załatwiać będzie w banku pożyczkę.
Ogród kobiet. Posadzone na krzesłach jak piwonie pałające, czerwone, spryskane rosą potu. -- Moje panie, moje panie - śmieje się ksiądz Odoryk. - A toście mężów na dudków
wystrychnęły.
- Ach, te gbury, te nasze prostaki - wali prosto z mostu kamaszniczka.
Te łapska to nie to, co księdza ręce białe - rzuciła się podskubywać tłuste gęsi jego dłoni pani Kulanowska.
Ksiądz wie wszystko. Przecież Bóg to widzi - wpadła w spazm pani Szymańska, a kiedy ochłonęła, utonęła w bystrych oczkach księdza i wydobywając się z ich głębi mogła tylko westchnąć: ,,Ratunku".
Raptem, jakby drewno krzeseł zjeżyło się drzazgami, panie poderwały się i zaczęły piszczeć.
- Ci... i... cho... o... o - syknął zgorszony ksiądz Odoryk. - But mi się rozwiązał.
Złapał skuwkę sznurowadła w palce, ale nie wtykał jej w dziurki kamasza. Zwlekał ze sznurowaniem; może wzrok nie mógł trafić w odpowiednią dziurkę? Pobiegłem oczami za jego spojrzeniem i niespodziewanie zaplątałem się w damskich udach, bielejących w półmroku, pod stołem, jak konary brzóz wśród nocy.
A to ty tutaj - spostrzegł ksiądz. - Co on tu robi? - zapytał ostro mamę celując palcem w jej kolano.
Skaranie boskie z tym chłopakiem. Śpi jak lord, próżniaczy się w łóżku do południa - poskarżyła się matka.
Wszelki młodzieniec pozostający w łóżku godzinę po obudzeniu lub dłużej jest nieuchronnie znałogowanym - stwierdził kategorycznie ksiądz. - Takiemu znałogowanemu młodzieńcowi niejasne obrazy zaczynają, stawać przed oczami, żądze nieokreślone przechodzą w czyn.
Młodzieniec nabiera wyglądu staruszkowatego, następuje uwiąd mlecza. Już ja cię wezmę w karby w szkole, po wakacjach - zwrócił się bezpośrednio do mnie. - A teraz na powietrze.
Zażywać ruchu. Spacerów - rozkazał.
- Ruchu, spacerów - jak echo powtórzyła mama.
Drzwi zatrzasnęły jej czoło, na którym przerażenie nieomal wykaligrafowało wyrok: „Nie będziesz już więcej wałkonić się w łóżku, szczeniaku"!
- O nie mogę już... - czy to moja myśl była, czy jęk pani Szymańskiej?
Na powietrzu odetchnąłem głęboko po gorącej duszności bankietu. Słońce już zachodziło zwijając za sobą purpurowy dywan ostatnich promieni. Poprzez plac targowy, środkiem czerwonego dywanu, posuwał się cień długi jak słup telegraficzny. To Zakrzewski szedł urąbać nam drzewa na rozpałkę i zjeść za to kolację. Ominąłem rynek i poszedłem za miasto, za którym wiły się ścieżki zapomniane i nie zdeptane jak ugór. Ich przerywanej, nierównej linii nie wykreśliła prosta myśl urzędnika komunalnego z prezydium, lecz te myśli niewysłowione, które, gdy nieraz napadną na kogoś z mieszkańców miasteczka i gdy nie mogą znaleźć sobie upustu w rękoczynie, wódce, kartach, kościele lub na rybach, wtedy każą iść precz, byle dalej od ludzkich oczu, i krążyć, krążyć, aż zmęczone nogi odmówią posłuszeństwa. Człowieka ze ścieżki
zamiejskiej łatwo poznać. Wzrok ma niby bezmyślny i mętny, ale gdy natknie się na wiewiórkę, gdy jakiś dziwny ptak się pokaże, gdy zachód słońca wyjątkowo się natęży, człowiek taki potrafi stanąć jak wryty i wpatruje się w te zjawiska jak w alchemiczny kamień kryjący w sobie rozwiązanie wszystkich zagadek. Te ścieżki to nasze klapy bezpieczeństwa. Dlatego właśnie jabłoń przy ścieżce, schylona nad trawą jak garbata babka, ma tak dokładnie wygładzony, duży jak talerz sęk przebijający korę pośrodku drzewa. Gdy serce nie chce chodzić posłusznie, jak dobry zegarek, gdy w głowie krzyczy, dobrze jest oprzeć się plecami o garbatą jabłoń i, prawie na niej leżąc, patrzeć w niebo. Po takim odpoczynku mięśnie się rozkurczają, stąpa się swobodniej. Z takim wsparciem człowiekowi lżej.
Już godzinę bezmyślnie spacerowałem po ścieżkach, zanim natknąłem się na zupełnie osamotnionego mojego koleżkę Romusia. Jak męczennik Sebastian stał z nogami splątanymi, przybity do jabłoni zatrutymi alkoholem strzałami. Z wyrazem bólu na twarzy recytował słowa naszego szlagieru „Starosta srał z mosta". Twarz Romusia, a szczególnie jego nos, czerwieniła się jak zachodzące słońce. Ucieszyłem się tym podobieństwem. Słońce jest wspaniałe, ale jest w nim przecież coś z Romusia - pomyślałem sobie. Niektórzy mówią, że mieszkamy w dziurze zabitej dechami. Ale czy i w naszym miasteczku nie ma czegoś ze wspaniałego świata? Czy nie ma w nim czegoś z powiatu lub z województwa, a może nawet, strach pomyśleć, z całego kraju?

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>