Syn Rotmistrza

...opowieść Andrzeja Pileckiego

 

<!--[if !supportEmptyParas]--> Pan Andrzej Pilecki, syn rtm. Witolda Pileckiego<!--[endif]-->

 

Wojna
Misja oświęcimska mojego ojca, rotmistrza Witolda Pileckiego, została wykonana tylko częściowo, tzn.: pomoc kolegom w obozie, budowanie siatek konspiracyjnych, zakładanie organizacji w Auschwitz, wreszcie – przesyłanie raportów. Ale do batalii, o której myślał Pilecki (wtedy używający nazwiska Tomasz Serafiński) nie doszło. Nie dostał zgody z „ziemi” na wszczęcie walki w lagrze. Uciekł, bo zrozumiał, że buntu nie będzie.
<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]-->
Po wojnie
Tuż po wojnie dostał zadanie - ‘rozładowywanie lasów’, czyli miał wyciągnąć z lasu młodych. Wiadomo było, że III wojny nie będzie, a ludzie się w lesie deprawowali, poza tym nie mieli tam żadnej przyszłości, żadnej. Pojechał w okolice Zamborwa, gdzie było gęsto od partyzantów. Zadanie bylo ryzykowne, bo oficerowie w tamtym czasie nie mieli szans – jak się ujawnili, to albo ich zabili albo wywieźli na wschód.
A tu młodzież nie bardzo chciała wyjść, nie wierzyli mu, miał różne przykrości. Wrócił do nas bardzo zrezygnowany.
Do czasu tego wydarzenia tata nigdy nie wychodził do gości. U mnie była zawsze gromada chłopaków, on nigdy nie wychodził. A wtedy się ujawnił. Grał z nami w różne gry, na powietrzu i planszowe, sam wymyślał, sam robił rekwizyty, a my pod jego komendą ćwiczyliśmy refleks, oko i mięśnie. To był ostatni fajny czas z ojcem.
Na św. Stanisława czekaliśmy na niego, a były to imieniny wuja. Nie przyjechał. Czekaliśmy nie wiedząc, że już go zaaresztowali. Potem już nigdy ojca nie widziałem. Tylko Mama jeździła na widzenia. Nie długo, bo śledztwo trwało niespotykanie krótko, nigdy w takim tempie nie sądzili. A tu – zaraz wyrok.
<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]-->
Wyrok
Mama się łudziła: co z tego, że jest wyrok, na pewno nie wykonają. Taki konspirator wieloletni, z zasługami – może na Łubiankę go wezmą. Mama miała nadzieję, a tata już nie żył.
Szybko się to odbyło; ostatnio ujawniono fakt, że komuś bardzo na tej śmierci zależało i były naciski: przyspieszyć, przyspieszyć.
Polska miała swój własny Katyń.
<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]-->
Czemu?
Polski miało nie być, bohater na miarę ojca był niebezpieczny. Taka była polityka: stłamsić, zdusić, a przecież najskuteczniej zabija się ucinając głowę. Tata byłby taką - pełną niebezpiecznych z punktu widzenia tamtej władzy - głową. Dla aparatczyków to był człowiek znienawidzony, którego trzeba było zwalczyć. Wróg ludu.
<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]-->
Cisza.
Jeśli ktoś się odważył pisać o ojcu – tracił pracę. Podobnie - jeśli się brał za inne niewygodne tematy. Niejaki Brzeski usiłował opublikować tekst o niechlubnej działalności Cyrankiewicza w Oświęcimiu, który mógł wychodzić nocami, bez obstawy, poza obóz. Nosił konspiracyjny pseudonim Rot. A tam miał pseudonim – Tor. Odwrócone litery. O tym, że mógł wychodzić, wiedział tylko Dubois – jego przyjaciel z PPS-u, ojciec i pan Jaruga. Dubois zginął w podejrzanych okolicznościach, Jaruga się uratował z piekła. Na wieśc o tym, że ojca zamknęli, powiedział krótko: to już koniec z Pileckim. A sam tak się bał,  że cicho siedział. Dopiero jak umierał, napisał kartkę „nas trzech tylko wiedziało o tym, że Cyrankiewicz pracował dla Niemców”. Wyszło to na jaw po jego śmierci – żona Jarugi wysłała nam z granicy taką karteczkę, ona też uciekała z Polski. Kartka zginęła, szukaliśmy, ale bez skutku, mama gdzieś ja zawieruszyła. I to wszystko opisał dziennikarz Brzeski. Skończyło się to dla niego nie tylko wyrzuceniem z pracy, ale i wyjazdem z Polski. Będąc w Londynie poszukiwałem go, ale on był już z powrotem w kraju. Spotkaliśmy się, on nie zajmował się więcej dziennikarstwem, choć powiedział, że gdybym miał jeszcze jeden dowód w tej sprawie, to on napisze. Ale skąd dowód? Nie miałem.
Historycy uważają, że tej sprawy Cyrankiewicza nie można absolutnie potwierdzić.
<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]--><!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]-->
Przypadki
W życiu ojca pełno było zbiegów okoliczności. Naprawdę, niewiarygodnie. I tak się złożyło, że Pani Serafińska mieszkała u Cyrankiewiczowej. W czasie procesu ojca wydało się, że istniał podobno przyrodni brat Cyrankiewicza, przebywający w Anglii. Przyjechał ten brat z Londynu. Namawiano go, żeby został, że nie będzie miał źle, brat na stanowisku, to-tamto, ale on nie chciał. Wysyłał co dzień służącą po gazety - sam nie wychodził, bo czuł, że wszyscy na niego patrzą. A on te gazety z procesu ojca gromadził. Wszystkie. Potem wyjechał, a w Boże Narodzenie już nie żył. Rozjechali go na ulicy.
<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]--><!--[if !supportEmptyParas]--><!--[endif]-->
Syn wroga ludu
Po śmierci ojca to my staliśmy się wrogami ludu, choć nie tak groźnymi jak on. Kopali nas, ale ja jako młody człowiek inaczej, lżej to odczuwałem. Nie przejmowałem się za bardzo, Mama się przejmowała. Marnie się żyło. Pierwsze kopnięcie przypadło mnie, bo nie mogłem się dostać do szkoły pilotażu. Wszystko przemawiało za tym, żeby mnie przyjąć, zdrowie, wszystko. Pomyślnie przeszedłem rozmaite badania, które weryfikowały to, jak bym się później zachował w powietrzu, egzaminy zdawałem. Nic z tego. W Warszawie zrobiłem maturę techniczną, ale miałem nakaz pracy i 3 lata musiałem odpracować w zakładach Kasprzaka. Potem 2 lata wojska – w sumie już 5 lat wymazane. Dopiero potem mogłem studiować i pracować.
<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]-->
Żona wroga ludu
Mama pracowała dorywczo, prowadziła np. kolonie dla dzieci. Ale na dłużej nigdzie się nie udawało zagrzać miejsca. Miała jedną dobrą posadę w min spraw zagranicznych: prowadziła  szkolenia dla służb zagranicznych. W tamtym czasie była taka praktyka, że brali z zakładów pracy różnych chłopków, np. dobrych ślusarzy, i chcieli z nich robić dyplomatów. Wysyłają takiego za granicę, a on nie wie, jak się trzyma widelec. Więc Mama ich uczyła właśnie savoire-vivre. Była bardzo lubiana, nie dawała odczuć dystansu, niezwykle taktowna. Ale już się zaczęła ubecka penetracja w kadrach i Mama musiała znów szukać pracy. I znów było ciężko: wszędzie odmowy, jak tylko dochodzili do tego, kim ona jest. Dopiero gdy poszła do dziadka Lisieckiego i powiedziała, jak się sprawy mają, że jest żoną wroga ludu, że nie może znaleźć pracy, coś się zmieniło. Zapytał tylko: „Dzieci są?” „Mam dwoje”. „Jest pani przyjęta”. I jakoś żyliśmy. Ja mieszkałem w bursie prowadzonej przez ludzi z Kresów, prawdziwych patriotów. Wiedzieli o mnie wszystko. Mama prowadziła ogniska młodzieżowe, między innymi z najtrudniejszą łobuzerią. A ja między nimi, ja – razem z nimi – dziećmi ulicy.
<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]-->
Takie czasy
Gdy zdawałem maturę, zamykali za wszystko. Dwóch moich kolegów zamknęli, jeden dostał karę śmierci – siedemnastolatek! Wiecie za co? Bo poszli oni obaj do historyczki, autorki jakiejś książki i mówią” Właź pod stół i odszczekaj co żeś tu nakłamała!” Myśleli, że ich nie znajdą i nie aresztują, ale znaleźli.
Pracowałem potem w instytucie badań matematycznych, budowałem pierwszy komputer polski. Tam spotkałem kolegę, który też siedział, za to, że poszedł do kina na film amerykański, do ambasady, do siostry. Siedział rok. Wierzyć się nie chce. On w więzieniu spotkał tamtych dwóch, mówił, że obaj przeżyli.
<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]-->
Charyzma
Ojciec potrafił ludzi nawracać, nawet, jeśli ich osobiście nie spotykał. Samo jego życie, opowiadanie o nim bywa przesłaniem. Wszyscy się dziwią, bo jak to: do piekła szedł na ochotnika???
Wiózł mnie raz kiedyś dokądś jeden komunista, bardzo zaangażowany. Całą drogę indagował, jak to możliwe? Jak i jak. Na koniec wyglądało na to, że historia ojca dała mu do myślenia i spowodowała, że się nawrócił.
Jak byłem w bursie na Tarczyńskiej, to miałem takie jedno miejsce, gdzie się uczyłem. I nie wiedziałem, że się uczyłem na ławce, zza której ojciec strzelał w Powstaniu. Kiedyś przyszedł  tam do mnie facet; obok był bar „Pod dyktą”. Siedliśmy i on mówi: „Wyszedłem z Mokotowa, z kryminału. W więzieniu roznosiłem jedzenie po celach. Nosiłem i twojemu ojcu. Bywały takie dni, że w ogóle nie widział, nie dostrzegał. Nie to, że nie chciał jeść, po prostu nie widział nic wkoło siebie, tak był skupiony. On był blisko Boga” – tak się wyraził ten mężczyzna. I dodał : „Pod jego wpływem ja sam przestałem ludziom szkodzić, zmieniłem swoje życie”.
<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]-->
Samodyscyplina
Siostra mówi, że tata był człowiekiem posłanym. A ja to rozumiem inaczej. On bardzo intensywnie nad sobą pracował.
W 1921 r. był na rozstaju dróg i nie wiedział co dalej robić – zostać w majątku, gospodarzyć - jak chciała rodzina, czy się uczyć. Siedział raz wtedy w parku. Podchodzi do niego nagle człowiek i pyta: „co pan tak myśli? Długo pan już tak?” „Pół roku” – odparł ojciec. Człowiekowi bardzo się spodobała ta odpowiedź. „Jestem myślicielem, powiedział, wykładam filozofię i jeśli chciałby pan skorzystać z moich nauk – zapraszam, pieniędzy nie biorę.” I ojciec 17 wykładów wysłuchał, począwszy od chaldejskich kapłanów i Seneki. To wszystko wymagało skupienia. Poza tym – ćwiczenia. Ćwiczył pamięć i chłonął wiedzę od tego człowieka. Myślę, że to było podstawą jego dziwnych, nie spotykanych zachowań w późniejszym życiu, które zdarzały mu się co i rusz. Inni mieli jednorazowe wyskoki bohaterskie, a on – całe życie.
Opisał to, gdy był w San Giorgio. Pisał wtedy dużo rzeczy, jakby przeczuwał, że musi jak najwięcej zanotować. Tam powstał pamiętnik z Auschwitz (nie lubię słowa: raport).
W każdym momencie życia coś robił. Nie potrafił być bezczynny. Będąc w Murnau ćwiczył znów swoją pamięć: pisał nazwiska osób, które przewinęły się przez jego życie. Spisał ich ponad 750.
<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]-->
Bohaterka
Wtedy, kiedy tata zgłosił się do Auschwitz, Mama została sama z dziećmi. Jak była jej reakcja? Przeświadczenie, że tak musi być, bo mąż się poświęcił wyższym celom i ona musi to akceptować. Tym samym wzięła na siebie część misji.
Mama była bohaterką wcale nie mniejszą od ojca. Nie bała się iść do Gestapo i bronić swego brata, choć wiedziała, że Gestapo wredne jest strasznie. Jak się weszło, to rzadko się wychodziło. A tymczasem oni się tak już do niej przyzwyczaili, że tylko syczeli: „Panie Ostrowski, siostrunia przyszła!” Tak mówił „Cyk” – Cyk go nazywali, bo jak bił, to mówił „cyk”.
Mój brat cioteczny też był w Oświęcimiu, w organizacji, spotkał tam ojca, czyli swego wuja. Jego matkę, siostrę mojej mamy, zamknęli za synów. Wysłali do Ravensbruck. No i Mama poszła wtedy do Niemców i krzyczy: „to zabierajcie tez te dzieci!!!” Tak ich chciała na krzyk wziąć, bo naprawdę to nas dwóch wychowywała i tamtych dwóch. Ale walczyła.
Potem, prowadząc ognisko młodzieżowe, postawiła sobie za punkt honoru, że jej ognisko będzie miało najwięcej maturzystów. A tam same łobuzy ze Stalowej, Środkowej, lepiej było się koło nich wieczorem nie pokazywać. Dzięki Mamie stali się maturzystami, niektórzy studia kończyli. Po latach zostałem przez nich zaproszony do Chicago, przez tych wychowanków Mamy – dzieci ulicy.
<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]-->
Dziadek
Dziadek miał specyficzny styl wychowania. Np. jak przyjeżdżałem do Mamy, żeby mi uprała koszule, to musiałem się zameldować, przywitać, z dziadkiem (zawsze zresztą, nawet jak był młody, to go Dziadkiem nazywali) – zawsze dostawałem jakąś robotę. Np. wykarczować drzewa na ogniska. Za to miałem spanie, jedzenie i czyste koszule. Nic za darmo.
<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]-->
Tomasz Serafiński
A ten Tomasz Serafiński, prawdziwy Serafinski, kiedy ojciec uciekł z obozu, był aresztowany. Siedział na Montelupich, zdrowia mu tam nie przybyło, ale zorientowali się, że to nie ten i puścili. Najciekawszy był moment, gdy się obaj panowie spotkali. Zostali przyjaciółmi, cała rodzina. Ja kiedyś tam do nich zajechałem, wracając z pogrzebu pana Gawrona, górala z Limanowej, któremu tata dwa razy uratował życie (dodam, że Pan Gawron był dla mnie jak ojciec).
Już się żegnaliśmy, a zięć Państwa Serafinskich mówi do swojej żony tajemniczo: „Masz teraz okazję”. Zaczerwieniła, ja nie wiedziałem o co chodzi, a ona znikła w bibliotece. Wraca i wręcza mi trzy księgi oprawione w złocie, pamiątki m.in. po Janie Matejce. W jednej z nich wpis: ”życzę sobie, by po mojej śmierci te pamiątki trafiły do syna Witolda Pileckiego”.
A można by się spodziewać, że powinni mieć do nas pretensje. Tymczasem nigdy, nigdy, nawet cienia.
<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]-->
Epilog;
Na koniec rozmowy zapytałam, czy nie jest Pan zmęczony tymi ciągłymi rozmowami, wywiadami, uroczystościami, wywiadami.
Pan Andrzej odparł, że nie. Trzeba nadrobić tyle lat ciszy, trzeba o tym mówić. I dodał:
„Ludzie chyba nie zdają sobie sprawy, jakiej miary to było bohaterstwo, te czyny ojca.”
<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]-->

<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]-->

<!--[if !supportEmptyParas]--> <!--[endif]-->

 

 

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>