Słoik miodu i daktyle

Wojenne wspomnienia Severyna Ashkenazy

cz. 1

Seweryn, luty 1939

Żyliśmy w Tarnopolu.
W 1939, gdy miałem 3,5 roku, a mój brat Arnold, którego zawsze nazywałem Noldziem miał lat siedem, do Tarnopola wkroczyli Rosjanie. Nie Niemcy, a właśnie Rosjanie.
Arnold i Seweryn, 1938

Wcześniej w domu nic nie słyszałem o nadejściu wojny. Dopiero na miesiąc - dwa przed jej wybuchem mówiono, że coś się dzieje. Ale i to usłyszałem dopiero później, sam tego nie pamiętam, miałem przecież wtedy tylko trzy latka... Dosyć, że nie było żadnych przygotowań.

Wkroczyli Rosjanie.
Na ulicy nie było żadnych walk, ale zaraz, bardzo szybko, zamknęli sklep ojca, tyle, że na razie jeszcze pozostawaliśmy w naszym mieszkaniu.
Z zawodu i wykształcenia ojciec był chemikiem spożywczym. Był też matematykiem, lecz na co dzień zajmował się handlem.
Mieliśmy duży sklep - delikatesy i skład, gdzie ojciec sprzedawał hurtowo. Ten duży sklep służył przede wszystkim dla pokazu tego, co było w składzie, a były kawy, wina, czekolady, andruty i inne rarytasy. Ojciec reprezentował także firmę Manner z Austrii - dużą firmę, do dziś jeszcze mającą sklepy, a w nich same delikatesy. Poza tym sam importował, palił i mieszał kawę.
Po wkroczeniu Rosjan zamknął sklep, a właściwie został do jego zamknięcia zmuszony i zaraz zrozumiał, o co chodzi. Zaczął więc wysyłać wszystkie te delikatesy do swoich znajomych, do krewnych, zaczął rozdawać. Rozumiał, że to już jest bezpowrotnie stracone, że tego już nie będzie miał i uznał, że lepiej oddać. Naturalnie zachował trochę dla siebie, dla rodziny. Trzymał to gdzieś w jakichś piwnicach u znajomych, tu i tam, a całymi furmankami wywoził towary, darowując je rodzinie i znajomym.
Ojciec przyjaźnił się m.in. z Olsińskimi. W przyjaźni pozostawali od lat, jeszcze od czasów dziadka, którego z Olsińskimi łączyła koneksja. Hrabia Olsiński miał młodszą o jakieś dwadzieścia lat żonę i ojciec, jako młody jeszcze człowiek, był jej kochankiem. Żona hrabiego była natomiast starsza od mojego ojca o kilka lat. Działo się to w czasie, gdy ojciec nie miał jeszcze własnej żony, to znaczy mojej mamy, to było przedtem. A potem łączyła ich z hrabiną już tylko zażyłość i przyjaźń, już tylko sentyment. Hrabia, wcześniej z dziadkiem, a potem z ojcem bardzo się lubili,
a tamto? Taka miłość z młodych lat.
Kiedy Rosjanie weszli, ojciec załadował całą furmankę (czy może dwie, czy trzy) wszystkim, co mógł i posłał to do ich domu, do pałacyku, żeby mieli jedzenie. Lubili z Olsińskimi, choć z żoną hrabiego nic już ojca nie łączyło. Był zakochany w mojej matce i nie było takiej możliwości, żeby... Uwielbiał matkę, tamta zaś była romansem z młodszych lat. Pozostali po prostu życzącymi sobie dobrze przyjaciółmi.
Wtedy, kiedy ojciec posłał Olsińskim towary, jedzenia już nie było...

Po jakimś czasie cała burżuazja musiała się zameldować u władz. Ludzi wysyłali na Syberię wielkimi transportami. To był system rosyjski: przyjeżdżasz dokądś i wyrzucasz precz każdego, ktokolwiek to jest. Nie pozostają żadne kontakty, żadne ślady.
Pamiętam, że ojciec przyszedł do domu i powiedział do matki:
- Słuchaj, załatwiłem, że nas nie wyślą na Syberię, ale musimy wyjechać z Tarnopola. Tutaj nie pozwolą nam zostać.

Załatwił, że mogliśmy pojechać do Trembowli . Były tam ogromne kamieniołomy i on naprawdę je prowadził. Dostał posadę u dyrektora kamieniołomów. W Trembowli spędziliśmy może rok - półtorej i ojciec tak wszystko urządził, że matka nie musiała iść do pracy, a my, dzieci, zaraz poszliśmy do szkoły. W szkole - wszystko po rosyjsku. Z dnia na dzień. Rosyjscy nauczyciele, rosyjska szkoła, rosyjskie jedzenie, wszystko. I wszędzie, gdzie nie spojrzysz, uwielbienie Stalina: wszędzie portrety, zewsząd słychać pieśni na jego cześć.
Pamiętam jedną taką historię z Trembowli, kiedy zimą ojciec przyjechał do domu z ogromnym pniem do rąbania drzewa. Pamiętam, jak ktoś z furmanki zrzucił ten kloc na podwórze. Wtedy ojciec nam opowiedział: wracał skądś na nartach, a że był już bardzo zmęczony, to wstąpił do chłopa, u którego zobaczył furmankę z koniem. Poprosił, czy on by go podwiózł do domu, dwa czy trzy kilometry dalej. Chłop powiedział „nie!". Ojciec się wrócił, popatrzył się na ogromny pień i wykrzyknął:
- Jaki piękny pień! Ile chcesz za ten pień?"
Chłop dał mu jakąś cenę.
- Czy dowieziesz ten pień do mojego domu?
- Tak.

Ojciec sobie usiadł, a chłop - żłób się mordował, żeby i ten pień posadzić na furmankę. Zawiózł go w końcu z tym klocem za mniejsze pieniądze, aniżeli ojciec by mu zapłacił za samo tylko podwiezienie.
Ojciec był bardzo mądry, a do tego rozumiał tych chłopów na wylot. Chłopstwo...
To było wszystko niepisate i nieczytate...

Później, pamiętam, Niemcy atakują.
Jesteśmy z tyłu na ciężarówce, jedziemy z powrotem do Tarnopola. Nisko nad nami leci samolot, niemiecki pilot się patrzy, ale nas nie ostrzeliwuje, dotąd nie wiem dlaczego. Dalej wszędzie wokoło słychać wybuchy.

Mam pięć i pół lat, wracamy do naszego mieszkania, do tego składu, gdzie już nic nie ma. Ojciec zaraz zaczyna interes. Zaraz miał jakieś towary, jakieś kawy, jakieś coś; otworzył sklep. Dużo tam nie było, ale cokolwiek. Coś miał.
Znów mieszkaliśmy w naszym domu. Wtedy to był... (Mówiłem po latach moim dzieciom:
- Wiecie, w Tarnopolu to był najładniejszy dom na najładniejszej ulicy. A dzieci na to:
- Tatuś przesadza.
Jadę więc do Tarnopola po latach z Theodorem Biklem, idę do tego domu - jest. Najładniejszy dom na najładniejszej ulicy. Ulicy Trzeciego Maja numer trzy. Dziś się tam ulokował Pierre Cardin).

I pamiętam, po raz pierwszy, strach.
Niemcy zaraz ogłosili, że ci ważni Żydzi, którzy są potrzebni dla miasta i okolicy - ich się nie będzie brało do pracy, tylko żeby się zgłosili do komendantury. Tam na swoich dokumentach dostaną pieczątkę i będą nietykalni.
Rodzice poszli, dostali pieczątkę.
Jest akcja, będą łapali Żydów do pracy.
Matka, ze swoim fenomenalnym instynktem, mówi:
- Nie bierzmy ze sobą do domu dzieci.
To pamiętam.

Posłali nas - mnie i brata - do piwnicy sąsiedniej kamienicy, którą piwnicę zamaskowali. Były tam jakieś świeczki czy lampy naftowe, dużo ludzi, brat i ja
i jakieś osoby, które się nami zajmowały.
Na drugi dzień rano otwieramy bunkier, rodzice po nas przychodzą i to nam opowiadają: Niemcy przyszli, (nie wiem, czy z Polakami, czy z Ukraińcami? Może z Ukraińcami albo sami, bo Polakom nie wierzyli tak czy tak). Rodzice pokazali im te dokumenty, że są nietykalni, Niemcy machnęli ręką, wyciągnęli ich i wzięli na rynek.
Rynek, to był taki fajny plac w centrum, z jakimś monumentem - ktoś na koniu, nie wiem, kto, może Piłsudski? Tam - 5 tys. Żydów na kolanach. Matka z ojcem byli
z boku, Niemcy przechodzili obok nich z pejczami, z rewolwerami, z karabinami. Jeden młody Niemiec się popatrzył na matkę i powiedział:
- Odejdź. Odejdź stąd! - I nawet ręką niby, że ją szturchnął.
Mamusia nie mogła odejść:
- To jest mój mąż - powiedziała po niemiecku.
(Rodzice w domu rozmawiali między sobą po niemiecku, i to rozmawiali tym „hochdeutsch".)
- Dobrze, to weź twojego męża także - Niemiec kazał im wyjść z placu.
W ten sposób się uratowali. Resztę Żydów rozstrzelali za miastem. Czemu oni ocaleli? Matka była taka śliczna... dlatego ten żołnierz zwrócił na nią uwagę, pożałował się. Nie mieliśmy na to innego wytłumaczenia.
matka

A czemu rodzice rozmawiali ze sobą po niemiecku? To był inny świat. To był bardzo snobistyczny świat pewnej warstwy postępowych Żydów, którzy się wstydzili jidysz, wstydzili się żydowskiej biedoty. Nie wiem zresztą, czy się wstydzili...? Pomagali tej biedocie, ale naprawdę nie chcieli mieć z nią dużo wspólnego.
U nas było tak: matka rozmawiała po rosyjsku, po niemiecku, po hebrajsku, po francusku i po polsku. Grała na fortepianie, grała na mandolinie. Ojciec - na skrzypcach. Mówił po niemiecku, po rosyjsku, po hebrajsku, po ukraińsku, po polsku. W domu rodzice między sobą rozmawiali po niemiecku. Do Ukraińców matka mówiła po rosyjsku, ojciec po ukraińsku. Do innych - po polsku. Do nas, dzieci, matka zwracała się po francusku. (Dlatego moim macierzyńskim językiem tak naprawdę był francuski). Patrzysz się na to dzisiaj, to jest nierealne!
Ta uprzywilejowana warstwa była mała, w Tarnopolu mieszkało 18,5 tys. Żydów,
a krąg rodziców to było 100, 200, 300 osób. Biznesmeni, polska arystokracja - ci mieli zawsze sprawy z ojcem.
Hrabia potrzebował to, a książę potrzebował tamto, a generał potrzebował jeszcze innego zamówienia.
1937r.

Z arystokracją matka rozmawiała po francusku, ojciec po niemiecku. Ci ludzie byli naprawdę Polakami, polska arystokracja, ale rozmawiali innymi językami. To był taki mały, hermetyczny świat, bardzo uprzywilejowany, który myślał, że tak właśnie wygląda w ogóle cały świat. Służąca, niania...
Były dwa motocykle w Tarnopolu - ojciec miał jeden; były dwie ciężarówki w Krakowie - ojciec miał jedną, na samym początku.
I to wszystko się rozpruło...

Tym jedynym, co zostało całej rodzinie, było wykształcenie. Żydzi zawsze kształcili swoje dzieci.
To nas uratowało.
cdn...


 

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>