Sloik miodu i daktyle - cz. 4

czytaj cz. 3

Część 4 wspomnień Seweryna Aszkenazy:

fot. 1946 r.

 

Jesteśmy we Lwowie.
Ojciec przynosi do domu daktyle. Daktyle! (Rosyjscy oficerowie albo złapali się do jakiejś niemieckiej spiżarni albo coś innego - są daktyle). Jadłem je wtedy po raz pierwszy w życiu.

 

 

Naturalnie Niemcy bombardują, samoloty lecą, nie mamy minuty spokoju, bo jesteśmy tuż za frontem.
Naraz do ojca przyjeżdża zapłakana żona Knispla. Co się stało? Knispel był „włączony" w AK czy w coś takiego, Rosjanie go mieli oczywiście zaraz na liście, przyszli zrewidować dom i już - już mieli odejść, kiedy jakiś żołnierz kolbą dotknął jeszcze raz szafę, do której już przedtem zaglądali. I jest jakiś dźwięk. Otwierają szafę. (A Knispel sobie zrobił w tyle schowek, gdzie było wszystko, co myśmy mu dali. Było dużo. Złoto.)
Zaaresztowali go, wszystko zabrali.
Pomóc - prosi ojca, matkę jego żona.
Ojciec jedzie z powrotem do Tarnopola, idzie do prokuratora, który jest Żydem, jego znajomym sprzed wojny. Tamten jest szczęśliwy, że go zobaczył. Nie wie na razie dlaczego ten przychodzi, ojciec więc mówi:
- Przyjechałem, bo mam parę ludzi, którzy nam uratowali życie. Prawda, że myśmy im dobrze płacili, ale oni nas trzymali. Wyście go teraz zaaresztowali. Wszystko, co on ma - myśmy mu dali.
I wtedy ten Żyd, ten znajomy ojca jeszcze chwilę wcześniej szczęśliwy, że zobaczył kogoś ze swoich wstał od stołu, odwrócił się i mówi:
- Dolek, wychodź natychmiast! Ciebie tutaj nigdy nie było. Odwróć się i wyjdź. Natychmiast! Ja ciebie nigdy nie widziałem.
Ojciec protestował, to ten jeszcze raz powtórzył. I ojciec zrozumiał. On by jego też zaaresztował, bo skąd niby były te pieniądze? Wszystkich bogatych, z wysokich sfer, brali na Syberię.

Ojciec wrócił, spotkał się jeszcze z tą Knisplową w Tarnopolu, ale nic nie mógł już zrobić.
Jaki był koniec Knispla nie wiemy do dzisiaj.
Ironia losu.
Myśmy jemu jeszcze oddali ziemię, tereny, bo jemu nie było dosyć tego złota za nas wszystkich. Myśmy płacili jeden twardy na osobę tygodniowo. Osiem tygodniowo, 32 miesięcznie - wyobraź sobie co oni tam mieli...
Tak się kończy nasza wiedza o Knisplu.

 

 

Hela jest dalej w ciąży. Mieszkamy w mieszkaniu we Lwowie.
Zaraz, jak Rosjanie weszli do Lwowa, wzięli najlepsze ulice, najlepsze mieszkania. Jesteśmy tam i my.
Nawet wracamy do szkoły, już jest szkoła, wszystko w niej po rosyjsku.

 

 

Później się znajdujemy w Krakowie. Hela też tam jest.
A Hela była taka seksowna i taka piękna, że mężczyźni w ogóle tracili jakikolwiek sens wokół niej. Ona była najseksowniejsza z całej grupy! Matka była najładniejsza, a Ruta Buczyńska - najinteligentniejsza. To była taka trójka przepięknych Żydówek,
nie do zapomnienia.

I zaraz się do Heli kopali mężczyźni.
Dziecko się urodziło, to był Edzio. Hela znalazła jakąś Polkę (która zdaje się była lesbijką i która też się w niej zakochała). Ta kobieta została z nimi do końca swojego życia. To była druga mama dla Edzia.
A do Heli się kopali najbogatsi... Był niejaki Freingals, który się do niej kopał w Krakowie. Ale jakie on snuł plany... opowiedział jej, co zrobią z dzieckiem, że jak tylko podrośnie, to go poślą do szkoły z internatem. Hela się na niego strasznie pogniewała, że chce się pozbyć dziecka. Tymczasem zdaje się, że on niczego złego nie miał na myśli, on tylko planował, że Edzia wykształcą w jakichś dobrych okolicznościach.
Później był jakiś bardzo poważny komunista, którego tak poważano, że nie mogli mu pozwolić wyjechać z Polski. A on był bardzo chory i Hela nie chciała go zostawić. To był jej przyjaciel.
Później był chłopak Welner, Martin Welner, który mieszkał w Australii i tam prowadził jakiś interes. Martin kochał się w Heli od dzieciństwa i w końcu się z nią ożenił. Wylądowali w Australii. W międzyczasie Edzio studiował tutaj medycynę, ona też skończyła medycynę, była pediatrą. Bardzo inteligentna kobieta. Ja ją kochałem, ty wiesz? Ja spałem na jej brzuchu, kiedy Edzio ja kopał, kiedy był w jej brzuszku. Pamiętam jej głos. Ja ją bardzo kochałem.

 

 

Co było w Krakowie?
W Krakowie znów: na Krowoderskiej 6 fortepian, najpiękniejsze mieszkanie, zaraz urządzone wszystko dla ojca Biedermeierami.

A ojciec zaczyna swoje interesy. Z ojcem kuzynki stworzył firmę eksport-import.
I nagle pewnego ranka, zaledwie się zainstalował, przyjeżdża mercedes z otwartym dachem, ciemnoniebieski samochód, beżowy dach, z szoferem i z tajniakiem wysłanym z Warszawy po ojca. Ojciec zawsze był gotowy, nawet zbudzony, gotowy iść do więzienia. Wnet więc był gotów.
Tajniak przywiózł go do Warszawy, a tam ojca znajomi: jeden jest ministrem spraw wewnętrznych, drugi jest ministrem ekonomii - i go potrzebują.
Do czego go potrzebują?
Potrzebują, żeby jechał do nowo podbitych krajów. Wojna zaledwie była skończona... Wytłumaczyli mu, że Stalin nigdy nie wierzył, że alianci dadzą mu tereny pod jego wpływy. Nie pozwolą, by tam była strefa wpływów Stalina. Mieli na myśli Niemcy Wsch., Jugosławię, Czechy, Węgry, Rumunię, Bułgarię... Alianci się na to nie zgodzą. Wiedzieli natomiast, że mają Polskę. Polska została im oddana już w Jałcie.
I ojcu zaraz wyznaczono zadania. Wnet stał się plenipontencjarnym dyplomatą, ambasadorem, miał jechać do tych krajów, żeby skupować tam fabryki i przywozić je do Polski.
Podczas jednej z takich podróży - on jest zawsze biznesmanem - znalazł się w Amsterdamie i podpisał z Shell'em umowę, że będzie reprezentował firmę w Polsce.
Zaledwie przyjechał na stację do Krakowa, zaraz go zaaresztowali za szmuglowanie: siedem par pończoch i trzy kartony papierosów. Wielki szmugiel. Dyplomata, ambasador...!
Do więzienia. W międzyczasie, jak aresztują ojca, bardzo szybko matka nas organizuje i na dyplomatycznych paszportach zawozi nas do Paryża, do swojego brata, który studiuje medycynę we Francji. On nas posyła do sierocińca, który był zbudowany przez Rotszyldów niedaleko Paryża. Tam nam było bardzo dobrze; rozmawiamy po francusku.

 

 

Matka wróciła do Polski. Przy wejściu z powrotem do kraju zabierają jej paszporty dyplomatyczne. Ona tutaj, ja z bratem Arnoldem, Noldziem - tam.
I jest proces, ojciec dostaje 5 lat.

Nastał grudzień, święta.
Ten sam kapitan, który był ojca kolegą i który go zdradził, (wydał, że był w Amsterdamie, a potem z dwoma żołnierzami go odprowadzał), zjawia się i oznajmia, że to on ma go odprowadzić do obozu. Mówi:
- Wie pan, panie Aszkenazy, nie będę pana odprowadzał teraz do obozu. Są święta, jedź pan sobie zdrowo do domu - robi mu oczkiem - ja przyjadę po pana po świętach.
Odprowadził ojca do samego mieszkania.
Rodzice się pakują, przechodzą przez rzekę do Czechosłowacji i tam siedzą przez dłuższy czas, aż dostają dokumenty, żeby móc wyemigrować do Francji.
Ja z Arnoldem przez rok jesteśmy w sierocińcu żydowskim. Żydowskim, choć tam tradycji żydowskiej było tylko troszkę, nie za dużo.

 

 

Taka mniej więcej jest historia...
*
Czy myśmy w czasie tułaczki byli blisko żydostwa? Nic już z tego nie było.
Kiedy przyszła wojna, religia jeszcze była ważna, jeszcze były piątki... Ale w bunkrze już nie. Nie praktykowaliśmy. Och, przepraszam: w piątki w nocy matka paliła świece, w bunkrze też, i się modliła.

Kiedy ojciec przyjechał do nas, z wielkim respektem złożył swój tallit, swoją kipę i coś jeszcze...modlitewnik. Ja to dotychczas mam. On wtedy powiedział: „nie ma Boga". Ale z wielkim respektem to wszystko złożył.

Potem mieliśmy chrześcijańskie dokumenty, nasze nazwisko brzmiało „Jabłoński", a ja już we Lwowie modliłem się do Jezusa. Już były krzyże u nas w domu.... Rodzice nie wiedzieli dokładnie, co z tym zrobić. Czy żeby uratować dzieci zapomnieć o żydostwie?
Ale w Krakowie ojciec powiedział: „nie da rady. Nie możemy tak żyć".
I we Francji już byliśmy znowu Aszkenazy, zrobiono nam z powrotem dokumenty na nasze nazwisko.

Zawsze potem ojciec używał swojego tallit.
Jego ateizm trwał rok. Nie wiem, czy wrócił do Boga, ale wrócił do kultury żydowskiej.
Były szabasy, były święta, były błogosławieństwa, była chała, były rozmowy z rabinem.
Ojciec odbudował synagogę w Los Angeles, naturalnie zostawił mnie z tym wszystkim i potem to ja musiałem się tym dalej zajmować...

 

Seweryn Aszkenazy

 

 

 

 

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>