Piątek, dzień siódmy

KONTRABASISTA

fot. nk
Ja nie wiem, jak inni, ale ja, proszę Państwa, dotknęłam wczoraj geniuszu. Ja obcowałam z iskrą z boską, ja ciało i słowo genialne widziałam na własne oczy!
Ja nie śmiem tykać pisaniem wczorajszego geniuszu, proszę Państwa. Ja tylko Państwu mówię, że tego Aktora stworzył Bóg.
PS
To samo tyczy się tekstu Suskinda i tłumaczenia. Co znaczy „zawszony smyczek" może zrozumieć tylko ktoś, kto ma w domu kontrabas, ale wszyscy inni na pewno mogą sobie to wyobrazić. Niebywałe! no niebywałe! A zresztą, co tam myśleć - „zrozumie - nie zrozumie, wyobrazi - nie wyobrazi". Każdy ma swój kontrabas, który musi dźwigać. Ja nawet chciałam, idąc w ślady Św. Weroniki krzyknąć na koniec z całych sił SARA-AAAAAAAAAA! ale zapomniałam, że przecież nie mam głosu. Uwiązł mi w gardle. No właśnie w takiej chwili! A tam.
bg

Cytat:
"Myślenie, to zbyt trudna sprawa, żeby każdy dyletant mógł się tym zajmować.
Ale każdy sądzi, że potrafi myśleć i myśli bez żadnych zahamowań."
scenariusz: Patrick Süskind
przekład: Barbara Woźniak
reżyseria: Jerzy Stuhr
występuje: Jerzy Stuhr


Kliknij na miniaturkę, aby powiększyć zdjęcie. Kliknij "zamknij", aby wyjść.


fot. norbert kiljan
"Kontrabasista i inni outsiderzy Süskinda"
Jerzy Armata
Gazeta Wyborcza nr 10
12-01-2007
Jerzy Armata: Jak trafił Pan na "Kontrabasistę" Patricka Süskinda?
Jerzy Stuhr: To było w1984 r. Nieznana mi wtedy Basia Woźniak, studentka germanistyki, była na prapremierze tego utworu w Norymberdze. Po przedstawieniu podeszła do autora i powiedziała mu, że jest w Polsce aktor, który mógłby to zagrać.
Po czym zapytała, czy on by jej nie dał praw do tłumaczenia. I Süskind zgodził się. Kiedy tłumaczenie było już gotowe, wręczyła mi je któregoś wieczoru przed teatrem.
W domu zerknąłem na tekst. Zobaczyłem tytuł. Pomyślałem - coś o muzykach, a ta tematyka jest mi bliska, więc zacząłem czytać. I przeczytałem w ciągu jednej nocy. Po lekturze wiedziałem, że będę to grał.
Trzeba było kupić prawa do wystawienia.
- Stanisławowi Radwanowi, wtedy dyrektorowi Starego Teatru, pomysł się spodobał. Napisaliśmy błagalny list do Süskinda, sugerując, że za prawa, owszem, możemy zapłacić, ale w złotówkach... On odpisał, że daje nam prawa w złotówkach. Zasugerował, że jak kiedyś przyjedzie do Krakowa, to pójdziemy za te pieniądze na kolację.
I doszło do tej kolacji?
- Nie. Nigdy nie się spotkaliśmy. Gdy grałem w Norymberdze, zaprosiłem go na spektakl, ale on już tam nie mieszkał.
Czy nadal gra Pan "Kontrabasistę" - można rzec - za darmo?
- O nie. Kiedy w 1989 r. dokonała się w Polsce zmiana ustroju, agent Süskinda powiadomił nas, że teraz już trzeba płacić. I kasują za każdy spektakl 11 proc.
Ile razy zagrał Pan ten spektakl?
- Około 670.
Czy nie myślał Pan o jego telewizyjnej rejestracji?
- Myślałem, ale premierowe pierwszeństwo ma telewizja niemiecka. Następne podejście do Süskinda może jeszcze przede mną. Złożyłem taką propozycję pewnemu hollywoodzkiemu producentowi.
Jeden aktor, jedno wnętrze, monolog - brzmi to dość egzotycznie dla amerykańskiego producenta.
- Ja go przekonuję. Mówię, że to będzie trochę taki film jak "Lokator" Polańskiego. On odpowiada: nie widziałem. I tak rozmawiamy już ze sobą ze dwa lata. Może kiedyś go przekonam.
Carlos Saura sięgał po monolog, Robert Bresson...
- Cudowna "Ucieczka skazańca". To jednak było kino europejskie. Ja muszę przekonać producenta amerykańskiego.
Co Pana szczególnie ujęło w prozie Süskinda?
- Trudno porównywać "Kontrabasistę" z "Pachnidłem", to bardzo różne utwory. Trudno, aliści można, bo w każdej jego powiastce opisany jest jakiś los outsidera, kogoś, kto ma jakieś szczególne umiejętności i nie może ich ani wytłumaczyć innym, ani opowiedzieć, a wielką wagę przywiązuje do tych swoich predyspozycji. I taki jest też kontrabasista.
Sam pisarz powiedział, że to opowiastka o samotności w coraz mniejszym pokoju.
- I to jest właśnie filmowe, ta klaustrofobiczność, to otwarcie okna na końcu, wykrzyczenie wszystkiego na ulicę, która w ogóle tego nie słyszy. Wcale w tym filmie nie musiałoby być wiele słów. Kino potrafi opowiadać obrazem.
Co w tej prozie jest tak fascynującego? Co dostrzega w niej Pańska publiczność?
- Siebie. Kiedyś, gdy mówiłem taki tekst: "Proszę, zwalniam się. I nic mi nie mogą zrobić. Jestem wolny. I co z tego? Zostaję na bruku. Ja i on. Wolni!". Dzisiaj w tym momencie na widowni panuje przeraźliwa cisza. Kiedyś to nic nie znaczyło, a dziś? "Proszę bardzo, każdy może dać wypowiedzenie. Jesteś wolny. Ty i on - kontrabas, wolni, na bruku". Nic, tylko zwariować. Widownia rozumie, każdy może dać wypowiedzenie, choćby teczką...
Süskind opowiada o outsiderach.
- Tak, tylko nieraz nadaje im dość ekstremalne cechy, jak w "Pachnidle". Zmieniają się epoki, formy opowiadania, ale ci bohaterowie wyrastają z jednego, wspólnego pnia.

Lekcja kina - spowiedź twórcy filmowego:

Filip Bajon.

Tytuł cyklu spotkań, w których wcześniej wzięli udział Krzysztof Zanussi i Lech Majewski, u bohatera piątkowego spotkania wzbudził konsternację, gdyż, jak stwierdził : „albo spowiedź albo lekcja kina!". Filip Bajon postawił na lekcję. Opowiadał więc jak profesor szkoły filmowej, dziekan Wydziału Reżyserii PWSFTViT, ale i jako twórca - o żmudnym procesie powstawania scenariusza, poszukiwaniu inspiracji i nie poddawaniu się regułom. Według niego nie ma możliwości nauczenia się pisania scenariusza, istniejące podręczniki nie są w stanie nauczyć tej umiejętności, gdyż musiałby istnieć „podręczniki myślenia". Film bowiem to sztuka intelektualna, dyskursywna. A jego przygotowanie jest podróżą, która może trwać nawet kilka lat, w której trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcemy wejść w już istniejący świat i sens, czy stworzyć swój własny, nowy i niepowtarzalny.
Bajon sam sobie zdaje pytanie, czy po tylu latach pracy, wypracował swoją własną metodę twórczą. I odpowiada, że ta metoda to „stała zmienna", zależna między innymi od intuicji. Chętnie i z przekonaniem sięga natomiast po literaturę, bo tak, jak film zamyka, zawęża i ogranicza twórcę, tak literatura - otwiera, rozszerza przestrzeń. Film to konieczność stosowania reguł, zasady, skrępowanie i ograniczenie wolności - i z tym trudno się artyście pogodzić. Literatura zaś jest nieograniczona. Reżyser zdradził uczestnikom spotkania, że teraz pozostaje zafascynowany twórczością Jarosława Iwaszkiewicza, co może będzie inspiracją do kolejnego projektu filmowego. Interesującym motywem dla Bajona jest obecność w tej literaturze takich opozycji, jak: wielka chęć życia i determinacja biologiczna, radość i smutek, miłość i nienawiść.
Bardzo ciekawym jest stwierdzenie Bajona, że „najlepiej, jak reżyser nie ma nic do powiedzenia", co oznacza, że dopiero proces tworzenia filmu pozwala przybliżyć się do prawdy, pomaga dowiedzieć się czegoś zaskakującego o świecie. Twórca filmowy powinien należeć do tej kategorii ludzi, która mówi: „nie wiem", bo to oznacza, że chcę się czegoś dowiedzieć, że jestem ciekaw poznania. Wtedy film staje się wspaniałą „wędrówką od niewiedzy do wiedzy".
B.L, I.Ł.

 

 

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>