Pelargonie, cz. II

PLOTKI
Przyszła do nas ciotka Gienia. Jest gruba i różowa, ma policzki jak pączki. Siedzą z matką i plotkują. A to o Słomkowej, która nie wie, co robić z pieniędzmi, ale Bóg jej nie dał dziecka, bo jak była młoda, to popsuła... A to o Dąbrowskiej, co zakochała się w młynarzu i chce rzucić męża, a to taki porządny człowiek. Gienia opowiada: Celcia, ta Weronka to chyba zwariowała, wczoraj mówiła, ja go tak kocham, ja chyba oszaleję... A matka na to: a to rozpustnica. I o kierowniku szkoły, który jest bardziej partyjny od sekretarza, a córka ucieka mu do kościoła. I o sekretarzu, którego codziennie milicjant odwozi jego motocyklem do domu, bo taki pijany. Nagadały się, napiły, ciotka Gienia wstaje, mówi, najadłam się jak przed wojną, idę do domu, muszę zobaczyć, czy mnie tam nie ma...
SKLEP ŻELAZNY
W mieście jest sklep. Sklep żelazny. W pięknej, starej kamienicy, wchodzi się po schodkach. Ojciec kupuje tam gwoździe, matka garnki. I stoją wielkie beczki, chłopi przychodzą z kankami. Wszystko śmierdzi naftą. Nawet śrubki. W szkole też. Naftą zmywają podłogi na korytarzach. U ciotki na miejskich polach nie ma prądu, widziałam naftową lampę. A i moja matka kupuje, na wszelki wypadek. Jak złapię wszy... A poza tym, diabli wiedzą, Niemcy, czy Ruscy... zawsze ktoś może wyłączyć światło.
DZIEWCZYNKA Z ZAPAŁAKAMI
Na rynku, na miejscu starych żydowskich bud, zbudowano piękny wielki dom dla wielkich ludzi. Przyjeżdżają samochodami, chodzą w pięknych futrach, piękna dziewczynka jeździła na Wiśle na pięknych łyżwach, w krótkiej spódniczce. Jak tancerka z bajki Andersena.
Wielcy ludzie zapraszają dzieci z przedszkola na choinkę. Przez wielkie okna widzę wielki świerk, ozdoby, cukierki i pomarańcze. Pierwszy raz widzę pomarańcze. Muszą być wspaniałe, nigdy nie jadłam. Idą dzieci z przedszkola, ale nie ja, ja już jestem w pierwszej klasie. Bawią się, tańczą, jedzą. Ja nie, chcę powiedzieć, że jestem tylko pół roku starsza i że mogę być w tym czarodziejskim świecie. Nie ma komu powiedzieć. Dalej patrzę w okna, jest zmrok, pada śnieg, zimno. Myślę „dziewczynka z zapałkami". Dziewczynka z zapałkami - nie, to nie ja, pędzę, uciekam od czarodziejskiego świata. W domu matka zrobiła pączki z różanym nadzieniem
WRÓŻBY
Idę do sąsiadki, Kusiowej, ona żyje z amerykańskich paczek, ale mama mówi, że stara Kusiowa to czarownica, bo wróży. Matka we wróżby nie wierzy, ale to nic, ja tak strasznie chcę, żeby mnie Leszek pokochał... Stara jest gruba, ma wiercące oczy, pachnie Ameryką. Wyciąga karty, przekłada, kombinuje. Wychodzą czarne serca i żołędzie. Nie wiem co to, nie znam kart. A ona mówi: Elka będzie miała męża i dwie córki. A ja: kiedy? Kiedy? I jak się będzie nazywał ? A stara mówi: Pan Bóg się namyśla, niech Elka przyjdzie jutro, to powie.
WIATRAK
Wysoko, na górze, za sadem dziadka, stoi wiatrak. Pierwszy raz go zobaczyłam, kiedy sama wyrwałam się z domu i poszłam hen, na koniec świata. I patrzę, a tu stoi coś wysokiego, z drewna, i tak się kręci, taki wiatr, że mnie mało nie zmiecie. Boję się, wracam do domu, opowiadam mamie, a ta mi mówi, że to stary Czubiński trzyma wiatrak, i że trzeba do niego pójść z workiem tatarki, żeby zrobił kaszę. Jesienią idziemy z matką pod górę, pomagam jej nieść tatarkę, ale chyba nie ma dużo, bo mama daje sobie radę. Przychodzimy do Czubińskiego, a on: Pani Komorkowa, co mi pani głowę zawraca, trochę ziarna, tu chłopi przyjeżdżają z wielkimi worami jęczmienia, a pani te pare kilo... Matka nie odchodzi; tylko dla dziecka, żeby spróbowało. Jadł pan zsiadłe mleko z kaszą gryczaną? No pewnie, że jadłem, przecież z tego żyję. A matka: ale z usmażoną na boczku cebulką pan nie jadł, co? Czubiński jest chudy. Stary kawaler. Mnie napływa ślinka do ust, jemu chyba też. A matka: jak zmielemy te trochę tatarki, to przyjdzie pan do nas jutro na zsiadłe mleko? Człowiek się zwija, ja ganiam po polu, pełno wron, skrzydła się kręcą, a dwa dni później jemy z Czubińskim kaszę.
SAMOBÓJCZYNIE
Na końcu cmentarza jest stary grób, orzeł ze spuszczoną głową, tuli w skrzydłach orlątko. Zdjęcie pięknej kobiety i chłopca ze smutną miną. Chodzimy się tam modlić, nosimy chryzantemy, palimy świeczki. Matka mówi: to twoja ciotka, Walentyna i twój cioteczny brat, Jasio. Samobójczyni i zabójczyni. Nie rozumiem. Mama opowiada. Byłam bardzo młoda, kiedy przyjechałam tutaj. Ona była żoną komendanta policji. Bogata, piękna, wesoła. Tylko synka miała garbatego. Moja cioteczna siostra, dużo starsza. Uczyła mnie malować, pomagałam jej w gospodarstwie. Mąż długo w pracy, niedobry był, wiadomo, policjant. Ona lubiła tańczyć, zawsze miała towarzystwo. Nawet z twoim tatą otwierała bale mazurem w pierwszej parze. Michał robił jej skrzyneczki, które malowała, nie tyle na sprzedaż, co dla przyjemności. Kiedyś wieczorem policjanta nie było, poszła na zabawę. Tańczyła pięknie, zawsze ktoś ją prosił, nie to, że jeden amant, wszyscy mężczyźni. Przyszedł policjant, wyrwał ją z tańca, prowadził przez cały rynek jak ulicznicę. Nie zniosła hańby. Rano ubrała się w najpiękniejszą bieliznę, w jedwabną brązową suknię. Była niedziela, poszłam do kościoła. Wracam, a tu krzyk. Wala się otruła, i dziecko też. Widziałam jej martwą, ciemniejącą twarz. Podobno wzięła trutkę na myszy, Jasiowi też dała, a potem uciekała w górę, żeby jej nie odratowali. Tyle mówiła moja matka. Potem dodała: ten komendant policji chciał się ze mną żenić, ale wtedy pojawił się Michał, ten od mazura. Rzucił wszystkie narzeczone i wziął mnie za. To było tak dawno, przed wojną, przeszło 20 lat temu. Jeszcze dziś widzę Walcię jak żywą - mówi matka.
Ale to nie koniec, naprzeciwko inny grób, też samobójczyni. To Klima, żona stryja Stacha. Najbogatsza panna w mieście. Miał z nią czworo dzieci. I służącą Kasię. Tej Kasi było za dużo w domu. Dzieci lubiły tylko Kasię. Stach lubił Kasię. Pewnego dnia Klima zeszła do piwnicy i powiesiła się. Została malutka Danka, moja mama ją karmiła razem z Bolkiem. Stryj ożenił się z Kasią, ale dopiero po śmierci babci. Nie pozwalała, jak to, ze służącą! I mama dodaje: jedliśmy śniadanie, na stole pękł talerzyk z masłem. Wtedy właśnie Klima odebrała sobie życie. Nie wierzę w duchy, ale ten jeden raz... Coś tam latało.

 

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>