Pan Stasio Stachyra

Pan Stasio przed restauracją "U Berensa",  lata wojny
Do dziś nikt nie mówi o nim inaczej niż „Stasio". Żaden tam Stasiek albo Stacho - zawsze „Stasio". I nikt nie mówi o nim inaczej niż - „uroczy", niektórzy idą jeszcze dalej: „czarujący". Zawsze uśmiechnięty, dowcipny, błyskotliwy; sama radość wpaść do Berensa i zapytać „Co tam dzisiaj, panie Stasiu, pan poleca?"
1927 r.
Ktoś z rodziny Berensów przywiózł z Wojciechowa chłopaka szesnasto-, może już siedemnastoletniego, do pomocy w kuchni. Dostał pokoik w hotelu, przy restauracji i stał się Stasio chłopcem od wszystkiego: przynieś wody, wynieś kartofle, nałóż węgla, a to, a tamto. Był bystry i sympatyczny, żal go było trzymać na zapleczu - ruszył Stasio pomagać kelnerom. I znów: zabierz brudne naczynia, przynieś czyste, znów a to to, a to tamto. I znów Stasio - bystry i sympatyczny - został przez samych kelnerów wciągnięty do kelnerowania. Zdał stosowne egzaminy w Lublinie i stał się fachowcem, legendarnym kelnerem od Berensa.
przed "Berensem"
Klienci go uwielbiali. Rozmawiał z nimi tak, że posiłek był ucztą nie tylko dla ciała. Śmiał się Stasio w taki sposób, że wszyscy inni też musieli się śmiać (dar, nota bene, dziedziczny, co widać w osobie wnuczki). Wtajemniczeni wiedzieli, że swoim „nie dolicza" do rachunku i to było wyróżnienie: pan Stasio skasował jak trzeba. Ale już przyjezdni musieli cośkolwiek nadpłacić, w końcu byli obcy, należało się, żeby coś zostawili w mieście. Kiedyś padło na starszego Pana J. Przyjeżdżał wprawdzie od lat, ale - co by nie powiedzieć - jeszcze nie wiadomo, czy już swój, czy jeszcze obcy. Pan J. zobaczył rachunek, spojrzał na tacę i powiedział „Panie Stasiuuuuu..." Odtąd był swój, co oznaczało pozytywne skutki finansowe. Zresztą i tak, mimo wszystko, zawsze goście chcieli Pana Stasia. Jakże mogło być inaczej, skoro nikt od niego złego słowa nie usłyszał? Nigdy żadnej krytyki, uszczypliwych uwag, a przecież w restauracji bywało różnie. Nie jeden zasnął na stole i nie było siły, co by takiego zawlokła do domu. Pan Stasio wtedy pytał grzecznie: „Jak tam, kumie, się macie? Słabo? A to trzeba sobie tu podrzemać, oprzytomnieć." Resztę obsługi pouczał :"Dajcie człowiekowi spokój, niech śpi." Gdy inny klient chwiejnie, ale stał na nogach, albo bardzo się już nad talerzem kołysał, Pan Stasio nie wyganiał, lecz łagodnie perswadował: „Trzeba iść się przejść, w łóżku poleżeć, w domu czekają, ."
przed "Berensem"
Nikt nie pamięta, żeby na kogoś warknął, albo żeby się zniecierpliwił. Kelner z powołania, do kelnerowania stworzony. I w eleganckim Berensie i w świetnej (tak tak!) później Gospodzie. Czysty, schludny, z kelnerską ściereczką przewieszoną przez ramię - ściereczką, będącą li tylko atrybutem fachu, nigdy do czynności porządkowych nie używaną.
Na spotkanie „swoich" wśród gości, Pan Stasio zawsze był przygotowany: na piersi, w małej kieszonce marynarki miał obowiązkowo kieliszeczek - na wszelki wypadek, znaczy się na wypadek „za spotkanie". Lubił sobie - jak to się mówi - podgazować.
Pani Marysia u Berensa
O to się piekliła Pani Marysia, bufetowa od Berensa, z którą połączył się małżeńskim węzłem.
Ślub PP. Stachyrów
Inżynier Siciński zaprojektował im dom, pobudowali się i zamieszkali pięknie, z widokiem na słońce zachodzące za Wisłą. Na żoniny spokój „gazowanie" Stasia nie wpływało dobrze, ale mąż był doprawdy czarujący.
Państwo Stachyrowie w pracy
Przeżyli ze sobą całe życie i byli potwierdzeniem banalnej prawdy o przeciwieństwach, które się uzupełniają. Ten uroczy, miły, towarzyski mężczyzna miał kobietę groźną. Bali się jej wszyscy, dzieci i dorośli. Pan Stasio się nie bał. Umiał, jak to się mówi, rozładować atmosferę. Przytakiwał grzecznie i cichutko robił swoje. Zasadnicza i oschła Pani Marysia, nie znała kurtuazji. Wraca mąż kiedyś z pracy, jak zwykle kogoś zabawia, czaruje rozmową. Tak się zagadał z przygodnymi letnikami, że minął własny płot. Żona, stojąca na szczycie ścieżki prowadzącej do domu (nie było jeszcze schodów), krzyknęła, a grozą powiało: „Panie Stachyra! Do domu!"
Przy Stasiu, dla odmiany, powiewało łagodnie ciepłem, pogodą, czymś dobrym i krzepiącym. Niezapomniany człowiek, kelner urodzony. Ale emerytury nie doczekał. Zmarł w pełni życia, nagle, na serce, ono go zawiodło. To dobre, wesołe serce. Tłumy żegnały Pana Stasia. Smutne tłumy modliły się za Jego wieczny spokój. Przynajmniej kilku z tłumu miało nadzieję, że się ze Stasiem jeszcze niebiańsko uśmieje.

 

 

 

 

 

 

pogrzeb Pana Stasia, 1962 r.

bg,

foto: arch. rodzinne Państwa Stachyrów

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>