niedziela, dzień drugi

Dreyer pokazał mi świętą.

Na kilkadziesiąt minut pozostałyśmy sam na sam w intymnym związku z jej najgłębszymi uczuciami, Joanna i ja. Permanentne zbliżenie twarzy, wielkie oczy, puste tło - ona, ja i jej strach.
Jeśli oczy są zwierciadłem duszy, to jej dusza była czysta i zakochana w niebie. Tak patrzyło z jej ogromnych, zwróconych wciąż w górę oczu. Ich natomiast oczy oprawców, drwiące i zmrużone, nie chciały i nie pozwalały, by wyjrzała z nich dusza, o ile ją mieli. Możliwe, że siedział w nich tylko zły duch. Tak patrzyło im z oczu.
Dopiero potem, po filmie, uświadomiłam sobie, że w czasie realizacji Męczeństwa, kino jako środek ekspresji było jeszcze całkiem młodziutkie, tymczasem artysta użył narzędzi wyrazu wybiegających daleko w przyszłość. Np.: wydarzeniom przygląda się i niebo i piekło za sprawą ujęć z góry i z dołu, postaci do góry nogami, jednych kadrów na przemian z drugimi. Walka dobra ze złem.
Tylko geniusz potrafi sprawić, że film w większości zbudowany ze zbliżeń twarzy nie jest nudny. Zresztą, trudno mi nazwać to dzieło filmem, to raczej fenomenalne studium duszy prostolinijnej i szczerej oraz duszy przewrotnej. Podczas, gdy Joanna trwa w ciągłej obecności ukochanej przez siebie niewoli krzyża (cień krat deptany nogą inkwizytora; przelazł po nim i nawet nie zauważył, że cień na podłodze mógłby się z czymś kojarzyć....) i on, inkwizytor o chytrych kaprawych oczkach, stojący w korytarzu z rysunkiem smoczego ptaka demona nad głową.
Jej twarz czysta, bez skazy, ich twarze poorane intrygą, zaplute, z brodawkami i kępkami włosów. Odrażające.
Symbole, symbole - zboża, korona upokorzenia i drwiny, nawet ktoś spod stosu wyniósł na rękach baranka. Joanna miała śmierć z widokiem na krzyż. Gdy umierała, dziecko przestało na chwilę ssać pierś matki. Tylko na chwilę. Święta umierała, życie toczyło się dalej. Gdy grabarz kopal grób, nad kopczykiem ziemi ciągle górował krzyż na szczycie koscioła. Grabarz wykopał czaszkę. Powróciła Golgota.
I niepokojąca mucha, która chodziła po Joannie. Joanna dwa razy ją z siebie zrzuciła. Nie umiem tego na razie wytłumaczyć, ale zdaje mi się, że to było ważne. Że geniusz zamierzył nawet tę muchę.
Nie wiem, czy dziś możliwe jest takie studium twarzy. Nie wiem, może są geniusze na miarę Dreyera, ale póki co - nigdy nie widziałam kogoś bardziej świętego.
Widziałam tez całkiem współczesne nożyczki fryzjerskie do strzyżenia i nie średniowieczne złote zęby dozorców. Ale bez przesady, przecież nie mogli ich sobie usunąć dla potrzeb produkcji...
Cenne informacje związane z filmem przekazane zostały podczas otwarcia retrospektywy przez Grażynę Torbicką oraz gości przybyłych z Duńskiego Instytutu Filmowego.
Oto garść z nich:
1. Zorganizowanie tej retrospektywy nie było proste i to do tego stopnia, że pierwsze podejście do Instytutu z prośbą o tę możliwość zakończyło się niepowodzeniem. Dopiero podczas festiwalu w Berlinie Organizatorzy DWÓCH BRZEGÓW przekonali Instytut filmowy o wartości i specyfice kazimierskiego Festiwalu, dzięki czemu uzyskali zgodę.
2. Film powstawał we Francji w latach 1927-1928, przy czym producenci pozostawili reżyserowi nieograniczone możliwości budżetowe. Film okazał się bardzo drogi. Stworzono największy w tamtym czasie plan filmowy, budynku projektowano na podstawie autentycznych średniowiecznych miniatur. Ponieważ reżyser nalegał na kręcenie filmu zgodnie z kolejnością zdarzeń, konieczna była ciągła obecność wszystkich twórców na planie, a to było i trudne i kosztowne. Dreyerowi chodziło m.in. o to, by aktorzy jak najbardziej wczuli się w atmosferę zdarzeń, w swoje role i w akcję. Plan był niezwykle rozbudowany, dzięki czemu aktorzy mieli wrażenie, że naprawdę przenieśli się do średniowiecznego miejsca męczeństwa. Zamysł reżysera się powiódł, na ekranie widać intensywność emocji.
3. Dreyer tworząc Męczeństwo czerpał inspirację z panujących wówczas w Europie awangardowych stylów, np. plan filmowy zbudowano w atmosferze ekspresjonizmu niemieckiego. Reżyser korzystał też z eksperymentów rosyjskiej szkoły montażu oraz z doświadczeń szkoły francuskiej (np. portrety wnętrza bohaterów). Wszystkie te tropy połączył w jedną, autonomiczną całość, znamienną dla jego własnej sztuki. Stworzył arcydzieło na miarę mistrza.
4. Niezwykła jest historia pokazywanej kopii. Oto w czasie gdy kręcono Męczeństwo, filmy zapisywano na taśmach 35mm, łatwopalnych jak benzyna. Z tego m.in. powodu wiele filmów przedwojennych nie przetrwało. W kilka tygodni po premierze negatyw i tego filmu uległ zniszczeniu. Dreyer zmontował drugą kopię złożoną z alternatywnych ujęć. Uważano ją przez całe lata za jedyną. Aż nagle, w 1984 w szafie w szpitali psychiatrycznym w Oslo przypadkiem znaleziono oryginalny, uważany za nie istniejący negatyw z pierwszych ujęć. To co możemy oglądać w kazimierzu .jest filmem oryginalnym, nie kopią. Należy się tu słowo wdzięczności dla Organizatorów, którym udało się z takim trudem umożliwić nam zobaczenie arcydzieła w oryginale.

Przed projekcją Męczeństwa pokazany został krotki film Dreyera z 1942r pt. Dobre matki.
Reżyser zrobił go po dziesięcioletnim czasie bezrobotnym, gdy żył bez zleceń, za to z opinią twórcy wymagającego i drogiego, a przy tym tworzącego dzieła zbyt artystyczne, zbyt niezrozumiale i zbyt trudne. Po tych 10 latach dostał zlecenie od rządu duńskiego na zrobienie filmu o Centrum Pomocy Matkom. Dreyer, jako dziecko pozamałżeńskie, propozycję potraktował z pełnym zrozumieniem, temat miał dlań specjalne znaczenie. Tym filmem wrócił na nowo do twórczości.
A film, choć propagandowy, dziś powiedzielibyśmy - będący reklamą społeczną - zrobiony został tak, że można było z łatwością uwierzyć w jego przesłanie i treść. W skrócie - samotna ciężarna chcąca pozbyć się dziecka pod wpływem instytucji płynącej stąd pomocy, zostaje kochającą matką, pozostająca pod troskliwą opieką Centrum i z optymizmem patrzy w przyszłość.
Jeśli tak to właśnie było z owym Centrum - pozazdrościć instytucji.
bg
Jerzy Stuhr,
którego Bóg stworzył w apogeum inwencji twórczej i dobrego humoru, ku naszemu, nas wszystkich pożytkowi.
Z mądrego, ciekawego spotkania przytoczę tylko jedną anegdotę, a tych, którzy nie byli i nie bywają, powiadomioę, że niech żałują.
Sala Małego Kina. Jerzy Stuhr z Grażyną Torbicką, wysokie stołki, ni przy nich stanąć, ni na nich usiąść. Dwa mikrofony na statywach. Jeden Pani Torbickiej, drugi Pana Stuhra i na tym właśnie Pan Stuhr się trochę opierał, jakoby że „zawsze lubi się na czymś oprzeć", ale równie prawdopodobne jest, że to jednak ten stołek. Statyw się złożył raz i drugi i znowu, opadł - i wreszcie nie dało się dłużej udawać, że nic się nie dzieje. Pani Torbicka zareagowała jak zwykle z klasą: „Ach ten mikrofon..." i ruszyła z pomocą.
Pan Stuhr Panią powstrzymał, kręcąc gwintem blokującym:
- Ależ nie, proszę się nie trudzić, wodzirej wie jak to zrobić!
Na 10-metrowej trasie od Małego Kina do sali „Tarantule", Jerzy Stuhr rozdał ok. 20 autografów, przemówił do dziewczynki głosem ze Shreka oraz dał się sfotografować tuzinowi fanów (foto w typie „gwiazda - fan sam na sam").
bg
*
Prosta historia o miłości
Po pierwsze Prosta historia o miłości nie była wcale taka prosta, ale reżyser wyjaśnił, że chciał zmusić widza do czujności.
I zmusił. Byłam czujna i trochę się denerwowałam, że nie zrozumiem, co autor miał na myśli - ale przyznaję, że autentycznie trzeba było być czujnym (fabuła to równoczesny dialog w tle pary piszącej scenariusz - „a może zróbmy to tak, a może tak") a w międzyczasie toczy się akcja filmu (w pociągu), przy czym para bohaterów gra parę zakochanych i przy okazji na planie zakochuje się w sobie naprawdę (ale nie jest to pokazane banalnie, choć w mojej relacji tak to brzmi). Oni się całują i myślisz, że to prawda, a to była kręcona scena i na odwrót.
*
Po tym czujnym skupieniu nagle doznałam olśnienia, że to taka gra między reżyserem a widzem i w którymś momencie spadła na mnie jasność, o co tu chodzi i wtedy było świetnie. Kino, za jakim tęsknię.
*
Aspekt dydaktyczny: uświadomiłam sobie, jaką orką jest robienie filmu i jaką mordęgą jest praca aktora.
W filmie parę razy pada pytanie, które mnie i moim kompanom dało do myślenia: co byś zrobił w czasie pożaru - co byś ratował: kota czy Rembrandta? Odpowiedzi się różniły. To samo pytanie zadał reżyserowi jeden z widzów, a reżyser udzielił odpowiedzi mi osobiście najbliższej:
- Kota, ale zaraz wróciłbym po Rembrandta.
*
Arkadiusz Jakubik (aktor i reżyser) powiedział, że najgorsze jest to, kiedy reżyser pokazuje aktorowi jak ma zagrać, a Bartłomiej Topa wtrącił natychmiast, że Arkadiusz właśnie cały czas to robił. Reżyser bez namysłu:
- Bo przecież jestem aktorem!
*
Po filmie nastąpiło spotkanie z twórcami, reżyserem i odtwórcami głównych ról.
Grażyna Torbicka zaprosiła zgromadzonych do zadawania pytań. Po chwili ciszy zgłosił się mężczyzna z pierwszym pytaniem - pioner o wyglądzie bynajmniej nie intelektualisty i zapytał grzmiącym głosem:
- Mogę sobie z wami wszystkimi zrobić zdjęcie???
Chwila konsternacji; Grażyna Torbicka jak zawsze z klasą odparła, że owszem, ale po spotkaniu. Słowo zostało dotrzymane, a nawet artyści się wrócili, żeby być w komplecie, bo najpierw zapomnieli, ale mężczyzna krzyknął „zdjęcie!" i wszyscy rządkiem wrócili na scenę. Nikt z publiczności nie śmiał wejść w kadr, dlatego wyjście z sali było lekko opóźnione, bo zrobił się zator..
Polecam! Dobry, znakomity polski film to rzadkość, a na dodatek ten zrobiony został z własnych środków Artystów.
as

Zapiski o kopii i oryginale.
Copie Conforme. Zapiski z Toskanii,
reż. Abbas Kiarostami
Nowy film Kirostamiego - reżysera z Iranu - tym razem rozgrywa się w malowniczej części Europy - włoskiej Toskanii. Podobnie, jak w poprzednich jego filmach mamy do czynienia z zachwytem nad pięknem krajobrazu, kontemplacją miejsc i ludzkich spotkań. Podobnie także, jest to film tajemniczy i zasadniczo stawiający pytania, niż udzielający odpowiedzi.
Czy łatwo odróżnić kopię od oryginału?
Czy kopia jest tak samo wartościowa jak oryginał?
Czy jesteśmy uwikłani w autentyczne związki?
Czy prawdziwy kontakt między kobietą a mężczyzną jest możliwy?
Czy kobiety pragną bardziej?
Czy mężczyźni pamiętają mniej?
Jak odtworzyć historię miłości?
Czy prawdziwa miłość trwa wiecznie?
Czy uczucia są niezmienne?
Tworząc historię spotkania kobiety i mężczyzny Kiarostami przedstawia historię niedopowiedzianą, niejasną, zagadkową. Najpierw jesteśmy pewni, że bohaterowie spotykają się po raz pierwszy w życiu, by z biegiem czasu zdać sobie sprawę, iż para może być małżeństwem obchodzącym właśnie piętnastą rocznicę ślubu. Zakłopotanie odbiorcy spowodowane jest sprzecznymi wspomnieniami bohaterów, zachowaniem pełnym emocji, jakże charakterystycznych dla związku naznaczonego czasem.
Nasuwa się analogia ze znanymi obrazami kina europejskiego, z filmem A. Resnaisa „Zeszłego roku w Marienbadzie" czy skomplikowanymi psychologicznie relacjami między kobietą i mężczyzną ukazywanymi w obrazach M. Antonioniego.
Jednocześnie obcujemy z typowymi dla kina Kiarostamiego motywami i filmowymi środkami wyrazu: prezentowanie człowieka w drodze, ujęcia „zza szyby samochodu" czy celowe nie pokazywanie ważnych elementów akcji (i tak - nie widzimy z bliska, jak wygląda rzeźba, o której dłuższy czas dyskutują bohaterowie, nie poznamy dedykacji, jaką mężczyzna złożył na egzemplarzu swej książki, czy nie poznamy tajemnicy widoku z hotelowego okna).
Ulubionym tematem reżysera zdaje się być także pokazywanie utrudnionej komunikacji, niemożności porozumienia się między ludźmi - czego wyrazem jest ciągłe przerywanie dialogu przez dzwoniący telefon komórkowy, czy mówienie przez głównych bohaterów w sposób niemal równoległy w trzech różnych języków (włoski, francuski i angielski).
Warto dodać, iż otwarta konstrukcja filmu pozwala na swobodę interpretacji. Spróbujmy jako widzowie sami sobie odpowiedzieć na przywołane powyżej pytania.
B.L, I.Ł

_________________________

I jeszcze na ten sam temat list od amatorki kina (niezbyt) ambitnego:
„Gdybyśmy potrafili wybaczac sobie swoje słabostki, nie bylibyśmy tacy samotni" - myślę, że w tych słowach zawarta jest cała filozofia tego filmu.
Jest on jednocześnie bardzo piękny (i wcale nie z powodu toskańskich pejzaży), choc niezwykle prosty a przy tym smutny.
Bo mówi o uczuciu, którego już nie ma.
Gdzieś po drodze zgubiło się właśnie wśród tych słabostek. Niby banał: jego ciągle nie ma, praca przesłania mu wszystko, zasypia w piętnastą rocznicę ślubu. Ona ciągle użera się z trzynastoletnim synem - skądinąd wkurzająco inteligentnym i bystrym małolatem.
Nawet podróż sentymentalna do miejsc, gdzie 15 lat wcześniej składali ślubnie obietnice nie zmienia faktu, że miłości już nie ma. I nie pomogą próby czułych gestów, czy czerwona szminka.
A w tle uliczki, placyki, pejzaże, które idealnie wpisują się w skojarzenia z Toskanią. Nie ukrywam, że właśnie to słowo w tytule zwabiło mnie w to gorące popołudnie do kina. I oczywiście Juliet Binoche, która także nie zawiodła. Dawno nie widziałam tak sugestywnego filmowego portretu kobiety. Z całym przekonaniem i bez wahania przyznałam mu maksymalną ilośc punktów, bo poza wszystkim odnalazłam w nim trochę moich własnych życiowo - małżeńskich doświadczeń.


Chopin w Męćmierzu
- czyli recital chopinowski Kasi Kraszewskiej w galerii KLIMATY w stodole w Mięćmierzu.
Niepowtarzalny urok tego wydarzenia z fotografiami Tomka Sikory w tle potęgowały autentyczne odgłosy wsi a przede wszystkim pianie mięćmierskich kogutów.
Zarówno publiczność jak i artystka przeżyli niezwykłe emocje.
Dziękujemy Kasi za koncert.
Wystawę wraz z prezentacją multimedialną można oglądać do czwartku 5-go sierpnia.
W czwartek o 18.00 zapraszamy na koncert pieśni Fryderyka Chopina
w wykonaniu artystów Filharmonii Romualda Traugutta,
wystąpią: Ewa Pelwecka (fortepian), Dorota Lachowicz (mezzosopran) i Krzysztof Kur (tenor).
Zapraszamy serdecznie!
bp
fot. Tomek Sikora

 

 

 

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>