niech cię odleci mara odc.3

Waldemar Siemiński
Odcinek 3

zob. odc.2
Nie ma to jak w domu. Dom to grunt, a grunt to rodzinka, gniazdko uwite przez ojca,
słynnego na całą okolicę cukiernika, i mamę - pszczółkę spijającą miody z „Artykułów Spożywczych, Słodyczy, Lodów i Wody Sodowej".
Nasz mały sklepik pod powyższym szyldem to fenomen natury. Szklane drzwi, zastawiane na noc drewnianymi połówkami opancerzonymi sztabą, dwa, przed progiem, pokruszono schodki, nie sklep, to psia budka - pomyślałby ktoś nie zorientowany w mechanice naszego miasteczka. Wytrawni znawcy zacierają jednak ręce i aż świszczą z podziwu. To, co doprowadziło tylu wynalazców do domu wariatów, perpetuum mobile, działa u nas sprawnie, bez niepotrzebnego, a nawet wprost .unikanego rozgłosu. Tak, tak. To właśnie nasz mały sklepik i jego bracia - sklepy, i siostry - budki, wszystkie z wielodzietnej rodziny inicjatywy prywatnej. To, co genialne, jest proste. Skupuje się wiejskie produkty, trochę sprowadza po niższych, hurtowych cenach ze składu w powiecie, a potem, w sklepie, sprzedaje się to tylko trochę drożej. Mowy o wyzysku nie ma. Nikt nie chce przedwojennego zdzierstwa człowieka, każdy boi się potępionej już w Ewangelii lichwy.
Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka - to raczej jest naszą, wypraktykowaną przez polne myszy, zasadą działania. Gdy ktoś mówi u nas „handel", drugi od razu cmoka: „to dopiero życie". Gdy ma się do tego „dobry punkt", lokal na sklep przy głównej ulicy, w rynku lub przy targowicy, to tak „jakby los na loterii wygrał". W niedzielę, gdy po głównej ulicy spływa z kościoła tłusty strumyk naszej towarzyskiej śmietanki, jak nabita jest skóra torebek żon kupców! Nie rozdyma ich urojona ciąża obrazków Matki Boskiej, różańców, modlitewników i innych
dewocjonalii. Tam, w miękkim i ciepłym wnętrzu, zwinięta ciasno jak osesek, leży żywa gotówka, nie poroniony płód tygodniowej spekulacji. Dziadek pod kościołem, jak betlejemski pastuszek, wyciąga drżącą ręką do żłobu. Pokrusz, dobra niewiasto, troszeczkę swego złotego blasku, kapnij paroma kroplami bilonu na dłoń spragnioną. Jak łatwo kupisz sobie w ten sposób „Wieczne odpoczywanie" i spokój na ziemi. Wlatuję do rodzinnego gniazdka. Oto ciepło i. blask domowego ogniska. Grzeję zmrożony wzrok ciepłem czerwonej kartki kalendarza. Namaszczam uszy słodkim miodem głosów średniej warstwy miasta sproszonej na obiad. Wszyscy zadowoleni. Ręka rękę myje. Nikt nie kłuje żądłem uwag, że coś niesmaczne, że nie dosolone. Przeciwnie. Cała średnia warstwa znęcona rosołem czeka z tęsknotą na kurę w potrawce i sałatkę świeżą, jak uśmiech poranka opryskanego rosą cytrynową. Nareszcie podano. Powściągane zęby, przyczajone języki startują jak do stumetrówki.
- Pyszna kurka! - zawołała, przerywając sobie mlaśnięcie, żona kamasznika.
Wypluwając do popielniczek drobniutkie kosteczki kurczaków wszyscy szeroko wyszczerzyli zęby w uśmiechach. Pochyleni nisko nad talerzami wiosłują tak szybko sztućcami, że ksiądz Odoryk, zasapany, musi na chwilę odpocząć. Jego pauza paraliżuje strumień wódki, jaki mama przelewała z butelki do karafki. Mama wiedziała, że ksiądz Odoryk ma, gdy się zmęczy, chroniczną zasapkę.
- ...Hm... hm... - wyjąkał ksiądz, a jego usta drgały przez chwilę jak gęba karpia pozbawiona
wody.
Wszyscy zaczęli zgadywać w przestrachu: zasapka czy - daj Boże - początek świętych
słów?
- Hm... hm... są dwa rodzaje przyjęć - wysłowił się wreszcie ksiądz Odoryk i ulga owionęła serca.
Więc nie będzie zasapki, lecz słowa, mądre drogowskazy.
- My po wojnie i w nowszych warunkach - ksiądz chrząknął znacząco - zmuszeni jesteśmy
urządzać przyjęcia raczej skromne.
- No to może wódeczki - wkroczyła mu w pół zdania mama biorąca wszystko na serio. -Śliwóweczka własnej roboty, na pestkach.
- A jakże. Bogu dzięki - podziękował ksiądz mamie i stęknął dając przykład wszystkim.
- Nasza gospodyni robi zresztą wiele, żebyśmy o powojennej, nowszej - ksiądz Odoryk znowu chrząknął znacząco - skromności kulinarnej nie pamiętali, ale - zamyślił się i jak we śnie ścisnął nóżkę kieliszka za kolanko - pamiętam śniadanie, zwykłe zimne śniadanie przed wojną, w posiadłości.
Ostatnie słowa tkliwie wyszeptał. Wszyscy, oprócz pana Burzy, odłożyli sztućce, by jakiś ostry nóż nie zazgrzytał przykro wśród lubych wspomnień. Słuchali. Słuchali źródła naszego tryskającego z opoki grubej i solidnej jak metr zboża, jak worek kartofli złożony w piwnicy na
zimę.
- Stół zastawiało się wtedy kwiatami - śnił na jawie ksiądz Odoryk - dookoła zaś, wyobraźcie sobie, ryby - w majonezie, baumkuchen lub tort jaki, dalej pieczeń, a wreszcie pasztety
zimne - gorąco wyliczał.
Tracił aż oddech z emocji. Jego podniecenie ze zdwojoną siłą działało na słuchaczy. Przerażająca wizja chronicznej zasapki oraz niemożliwy do opanowania ruch soków trawiennych,
rozjuszonych przez gastronomiczną wyliczankę księdza.
Raz po raz rozlegały się alarmowe wprost burczenia brzuchów. Skruszone „Przepraszam" padały gęsto jak grad. Nikt nie śmiał jednak uśmierzyć żołądka kęsem potrawki z kury. Jedzenie byłoby ordynarnością wobec księdza, który, niestety, ani myślał kończyć opowiadania. - Po zimnych pasztetach dawało się poncz rzymski zamrożony, a po ostrygach białe francuskie - kontynuował.
- Toż to wstręt, ostrygi - pisnęła żona kamasznika, tracąc na moment ślinkę, jaką ksiądz wyczarował na wszystkich językach.
- Mają konsystencję marynowanej śliwki - z dobrotliwą wyższością pouczył ksiądz. - Jak
zresztą w nowszych czasach - tu chrząknął znacząco - sprawdzisz to, o siostro? Wtedy
podawało się, poza tym, do smaku gorzkie wódki. Potem zaś kawa i likiery. Maraschino, cura-cao, anisette... Słyszał dziś kto te zacne nazwy?
W ciszy wielkości Sahary wypełzły z ust spragnione ślimaki języków. Ich koniuszki drgały nerwowo.
- Kiedyż koniec tej męki? - donośnie szepnęła pani Szymańska do kamaszniczki.
Też miała zachciankę! Ksiądz znowu przecież otworzył usta.
- Po skończonym śniadaniu, w miseczkach, podawało się do płukania ust letnią wodę zaprawioną smakiem skórki cytrynowej, Wyobraźcie sobie, drodzy moi! Dziś chamstwo żłopałoby taką wodę jako lemoniadę!
Zapanowała wieloznaczna cisza. Była w niej ulga dotarcia do końca wspomnień księdza, ale, równocześnie, każdy intensywnie zastanawiał się, czy nie miał przypadkiem jakiejś styczności z wodą zaprawioną skórką cytrynową. Na niektóre twarze wśliznęła się niepewność.
- Z chamstwem nie wygrasz - zauważył kamasznik, na siłę próbując zatrzeć jakieś przykre
skojarzenia.
Wielki jak niedźwiedź, rudowłosy jak lis, na próżno usiłował wsadzić głowę przynajmniej w naparstek cienia. Jego mała, czerwona jak koguci grzebień twarz płonęła wprost ze wstydu. Długo patrzyliśmy na te żywe kolory. Pan Burza skończył w tym czasie ostatni kęs, jak zawsze wymierzony starannie; otarł usta oraz wąsy dłonią.
- Lebioda, panie kochanku - odezwał się nieoczekiwanie.
- Co, panie Burza - aż zatknęło ze zdziwienia żonę kamasznika. - Co pan powiedział?
- A to, pani dobrodziejko, że w posiadłościach, o których ksiądz tak pięknie prawił, lebiodę albo pokrzywę siekaną chłopstwo na przednówku żarło. Kmiotek na Polesiu miał słodkie życie, bo w ogóle soli nie znał, i pożarów przed wojną na wsi mniej było niż teraz. Zapałkę dzielono na czworo.
Zapanowała konsternacja. Wszyscy byli ugotowani niby jajka na miękko. Purpurowe twarze jak raki cofały się w głąb dekoltów i kołnierzyków. Co za nietakt wobec duchownego! Wstyd, wstyd, panie Burza! Pan zmącił naszą krynicę, pan nasrał po prostu w to źródło!
Pierwszy zahartował się kamasznik i z twarzy uodpornionej jak podeszwa wojskowego buta wypluł na pana Burzą błoto.
- Wszyscy wiemy, panie Burza, że pan jest socjalista, a kto wie, czy i nie komunista. Wiemy jednak, że socjalista dupą śwista.
Tylko żona kamasznika uznała to za wyborowy żart rozśmieszający do łez. Reszta towarzystwa udrapowała twarze w blade uśmieszki dwuznaczności i patrzyła na Burzę i na kamasznika jak na dziwne owady. Pan Burza pokraśniał. Siwe wąsy opadły mu na dół jak lodowate sople.
- Jesteś pan gbur - odwrócił się do przedmówcy. - Nie na darmo, za przeproszeniem pań dobrodziejek i księdza, nazywają pana Zwierz. A ja, czy się to komu podoba, czy nie, faktycznie jestem socjalista i to, chwalić Boga, od czasu jak pana jeszcze na świecie nie było.
- Za co tu chwalić Boga - zauważył kwaśno ksiądz.
- Proszę księdza - z wielkim samozaparciem poparł pana Burzę jego największy przyjaciel, mój ojciec. - Burza to człowiek ideowy. Nie robi niczego dla pieniędzy.
- Idea idei nierówna - mruknął ksiądz Odoryk.
- Czy ksiądz wie, co Burza ma nad łóżkiem? - napytał ojciec słabym głosem. - Święty Jerzy przebijający smoka włócznią. A oprócz tego marszałek Piłsudski wisi i wisiał tam przez
całą okupację.
- No to ładnych sobie pan patronów dobrał - zwrócił się ksiądz Odoryk bezpośrednio
do pana Burzy.
Trzymanym w ręku widelcem z kartoflem zakręcił ósemkę.
- Jeden patron od Sasa, drugi od łasa - kontynuował spokojnie, aż kartofel, jak wystrzelony z procy, uderzył w biust pani Szymańskiej.
- Nic, nic - wyjąkała ofiara.
Policzki księdza rozżarzyły się jak węgle. Żeby tego nie widzieć, wszyscy pozgarbiali się nad talerzami i przełykali zimne pozostałości drugiego dania. Tylko pan Burza, który skończył już jeść wcześniej, wyprostował się i zachichotał dyskretnie.
- Ha ... to ksiądz powiedział „od Sasa i od łasa"? Ciekawe... - wesołym głosem darł na strzępy sztuczne tworzywo ciszy. - Ja Piłsudskiego, panie kochanku, szanuję za jego pierwszy okres, z PPS-u, za legiony i niepodległość. Potem się zbłaźnił. Dyktatura go wykoleiła.
- A święty Jerzy? - pisnęła, żeby przerwać krępującą ciszę, pani Kulanowska, żona prezesa Banku Rolnego.
Wierzę w Boga - zadeklarował się pan Burza. - Czy pani dobrodziejce nie przyjdzie na myśl, że Bóg, gdyby chciał, mógłby stworzyć świat według idei socjalistycznych?
Zbaranieli wszyscy. Oddech im zakorkowało w tchawicach. Oczy szybko zatrzasnęli szczelnymi okiennicami powiek, jakby nie na Burzę patrzyli, a na szaloną trąbę powietrzną z piorunami zdolnymi oślepić.
- O... o... o... wypijmy lepiej - wystękał mój ojciec nie otwierajcie oczu.
Tyle już chwytów za szklaną nóżką widziałem, ale ten był wyjątkowy; gwałtowny jak wylanie sobie na łeb kubła, zimnej wody po to, żeby się orzeźwić. Po głębokim hauście niesłychane słowa odleciały jak natrętne muchy. Zapanował radosny nastrój. Mama, szczebiocąc szybko jak młockarnia, zebrała ze stołu wyglansowane do połysku niedzielnych pantofli talerze. Różowa jutrzenka kompotu rozbłysła w szklankach. Brzuchy biesiadników nabrzmiały jak wiosenne pąki roślin. Sytość rozlała się po ciałach i, obciążając powieki, zmrużyła oczy do rozmiarów szparek. Nikt nie podrywał się z miejsc, nikt nie wznosił toastów. Kto miałby ochotę i siłę dźwigając swój zwiększony ciężar z ciepłego, Wysiedzianego w krześle dołka, ozdabiać ten samogwałt wyszukanym słowem?
- Bomba - pogładził swój brzuch ojciec, ale ten porywczy zryw ręki ze stołu kosztował go
drogo; aż jęknął z wysiłku.
Po takiej nauczce nikt więcej nie podnosił głosu. Brzmiały raczej ciche wyrazy uznania.
- Chyba pęknę - nie ukrywał kamasznik.
- Przyznam się państwu, że musiałem popuścić paska - oznajmił, jak zawsze skromny, prezes banku.
Nic poza tym nie wybijało się ponad ogólny, wysoki poziom ukontentowania. I właśnie wtedy ksiądz zwalił się ciężko na stół, jakby nie miał w piersiach serca czułego na ludzką wytrzymałość, a pięć kilo stali nierdzewnej.
- O Boże! Boże - jęknął w biały obrus jak w ucho najczulszego powiernika. - Oto Polacy: paw i papuga narodów! Oni tu piją i nie myślą, że Boga może szlag trafić. Gorzały! - zakrzyknął nagle pełną piersią, a gdy mama odruchowo schwyciła za karafkę, machnął lekceważąco ręką - dusze w czyśćcu cierpiące. Słuchajcie, wierni - zawołał, rozrzucając ręce ruchem żołnierza trafionego kulą na kinowym ekranie - ja wam objawię. Ja was nauczę. Z duszpasterskiego obowiązku nie zostawię zbłąkanej owieczki Burzy w ciemnym lesie grzechu.
Przerwał i umocnił swą pozycję. Podobnie wspierał się o kant ambony i tak jak tam wysunął głowę do przodu - taran przebijający niewidzialne mury. Sodomy i Gomory.
- Cóż są te lansowane dziś „izmy" - ustawił przed sobą przeciwnika. - To masoneria -
osadził go w dogodnej dla siebie pozycji i przygotował się do zasypania gradem ciosów.
Słynął z argumentacji miażdżącej swą siłą.
- Masoneria rozsiana jest wśród nas jako ten kąkol wśród zbóż - ciągnął. - Komendę zaś nad nią ma Rada Starców. Cóż to jest owa Rada? Nikt tego nie zna, ale są to oczywiście Żydzi. To oni - ksiądz poderwał głos w wysokie rejestry - rozsyłają szatańskie polecenia na świat cały. To ich słuchają tak zwani ateiści. Wierni! Czy komunizm, socjalizm i inne izmy, czy to są przykazania kościelne?
Grzmiał i pryskał śliną jak Niagara, a ja, wychyliwszy po kryjomu z pięć kieliszków, zacząłem, coraz lżejszy, lecieć do tyłu, w przedwojenne czasy, kiedy to Żydzi stanowili ponad połowę ludności naszego miasteczka. Stara Siejwa przypłynęła ku mnie przez krwawą rzekę Majdanka. Zanurzałem się za nią coraz głębiej w czasie, aż osiągnęliśmy dno, jej przedwojenne mieszkanie, ciemną i wilgotną norę piwnicy w naszym domu. Jak ona mogła w tym mieszkać? Pewnie należała do Rady Starców i nade wszystko ceniła swoje incognito?
Obryzgał mnie kolejny przypływ piany na ustach księdza Odoryka. Ocknąłem się akurat, gdy ksiądz zaczął się podpierać faktami.
-... kiedy wielkiego komunistę Trockiego zabito - dowodził - to jego córka od razu dostała, z jakiegoś tajemniczego funduszu, olbrzymią posiadłość w Meksyku. A Marks czyż nie był Żydem? Czy pan o tym nie wie, panie Burza? Czy pan dziecko jesteś? - zapytał retorycznie i opadł z trzaskiem na krzesło.
Pan Burza kwaśniał nam w oczach jak gąbka zanurzona w occie.
„To tak - przemknęło mi przez głowę. - Historia powszechna w szkole to komedia. Żydzi od wieków rządzą jak chcą światem, a ja dostaję dwójkę za to, że nie słyszałem o klasowych uwarunkowaniach wybuchu Rewolucji Francuskiej."
Spojrzałem na pana Burzę i przestraszyłem się. Nagle zgarbaciał i pobladł jak pobielony
wapnem. Podniósł się i podreptał do mojego ojca,
- To nie na moje lata, panie kochanku - zwrócił się do niego z rozłożonymi rękami.
Odchodził osuszając spocone czoło wachlowaniem maciejówki. Przechodząc obok mnie szepnął rozzłoszczony: „Ciemnogród". Chociaż miałem czwórkę z geografii, wyleciało mi z pamięci, gdzie leży to miasto. Ciekawość wiedzieć. Ale ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Cóż zresztą warte jest jej pokuszenie, gdy szy- kuje się właśnie bomba dnia, gwóźdź obiadu, wyrosła na stole waniliowa góra, wulkan tryskający lawą czekolady, czekoladek i migdałów. Prawdziwa eksplozja tej góry cmi się jednak W jej wnętrzu. Nikt, kto nie jadł tortu wyrobu mojego ojca, nie ma pojęcia o podskórnej, słodkiej wodzie nasączającej każdą tkankę tortowego biszkoptu. Ksiądz Odoryk wie jednak i docenia. Nakłonił nawet ojca do poprawki normalnej receptury tortu na rzecz właśnie „wody". Wlać w tort dodatkowo z pół litra spirytusu z rumem - zarządził. Teraz wzrok mu rozbłysnął.
- Bliżej tort do mnie. Ja dziś będę dzielić! - krzyknął.
- I panować? - zapytałem.
Ksiądz zaklaskał puchowymi poduszkami dłoni.
Zgadłeś, baranku boży - zawołał i zamrugał do ojca. - Gdzie są nasze panie? - spytał ochoczo i zaczął sadzić na ich talerzykach porcje wielkości dyni.
Kobieto, puchu marny, ty jesteś jak zdrowie, wiem, ile jesteś warta, bo tęsknię ku tobie - ni stąd, ni zowąd zacytowała wieszcza ze swojej fenomenalnej pamięci pani Szymańska.
Spodeczek z tortem wymyka się. jej z rąk, a ksiądz, aby go złapać, musi w skłonie nagnieść czubki jej górzystych piersi.
Dziękuje księdzu - mówi pani Szymańska.
cdn

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>