Waldemar Sieminski NIECH CIE ODLECI MARA

Waldemara Siemiński

obwoluta książki z 1971 r.

Autorem rysunku jest Waldemar Siemiński, natomiast projekt graficzny jest autorstwa Andrzeja Heidricha.

I

Dzień z wielkimi ludźmi
Śnił mi się Lubiś, pijak zatracony, stale w tym samym, sklejonym brudem ubraniu, jak wieprz nie golony, śnił mi siej niby Matka Boska, w girlandach kwiatów i w kwiatach luzem wyrastających mu z dziurek od nosa, powtykanych między palce rąk; na nogach miał kwietne łapcie.
A przecież nie dla niego rosły kwiaty naszego miasteczka. Na naszym małomiasteczkowym szczycie uwili sobie gniazdka pan doktor, aptekarz, znany u nas jako pan magister, oraz ksiądz proboszcz dobrodziej; i choćbyś nawet nie chciał, zawsze ta trójca święta objawiała się każdemu na wysokościach, które język wielbił.
Ja jednak zdecydowanie wolałem Lubisia, a za najpoważniejszych uważałem prefekta w liceum - księdza Odoryka, pana Burzę - przyjaciela ojca, i wariata Zakrzewskiego, mieszkającego na końcu miasta. Często przychodzili oni do naszego domu, który, nadziany pieniędzmi z naszego sklepu spożywczego, znany był z przyjęć urządzanych dla elitarnych, średnich warstw miasta.
Nie bywali na przyjęciach lekarz, aptekarz i proboszcz, o nie! Nie zaszczycali nas
zaproszeniami, więc my ich także nie zapraszaliśmy.
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, nie trzeba ich łaski! Co się nam będzie wypindrzać pani
doktorowa w salopie z królików podszywających się pod gronostaje. I tak wiadomo, że aptekarz, gdy zdaje mu się, że jest sam w aptece, to puszcza tak burzliwe bąki, że aż słoiki z szarą maścią z półek lecą. Ksiądz proboszcz to osoba święta i nikt mu nie wypomina, że na reumatyzm naciera się spirytusem tak mocno, że aż mu z ust bucha. Obejdzie się bez nich.
Śnił mi się Lubiś, gdy nagle dzwony zerwały się do lotu. Któraż to godzina niedzielnego ranka, że hurtem, tak natrętnie, wciskają się w uszy miejscowych mieszkańców. Mimo alarmu jeszcze chwilę pośpię, jeszcze raz skoczę w osiemnastoletni dół pamięci. Widzę majora Protopopowa z Czerwonej Armii. Zupełnie świeży widok, jak szklanką wódki wychyla toasty na bankietach z okazji wyzwolenia miasta, a potem każe robić zdjęcia w ujęciu grupowym. Mężczyźni z tyłu, panie w pierwszym rzędzie, a wśród nich on, błogosławiony między niewiastami, z pistoletem w garści. Ach, widok małych grobowców w szklanych gablotkach, osłaniających przed kurzem pół hektara ziemi w pobliżu rynku. Pod gablotkami kawałki szarego granitu, znaczone każdy wypukłą gwiazdą. Gwiazdy rzucają ochronny cień na różaniec rosyjskich nazwisk ciągnący się bez końca. Szukam, iskam oczami nazwiska i jest to nazwisko. Major sowietskoj armii Iwan I. Protopopow - poległ na polu chwały z pistoletem w garści.
Niech nie rodzą się ci, co zamiast sadu zasiali tu granitowe pestki. Bo oto teraz, gdy kwiat lipca rozkłada na całe niebo swoje promieniste płatki, gdy słońce na dnie lipcowego kielicha leży jak gorąca pomarańcza, ja nie mam spokoju. Ta cisza, którą dzwony pozostawiły po sobie, nabrzmiała. Ćwir wróbli za oknem - niespokojny. Kroki rodziców osaczające moje leże coraz ciaśniej, moje uszy strzygące ich szelest, czy to nie ułamki z wybuchu w nieskończoność liczby ofiar bardziej szalonej od liczby wieszcza. Czterdzieści cztery. Już parę lat od tamtego roku. Tam, gdzie kończą się oficerskie kamienie znane z imion, otczestwa i nazwisk, zaczynają się sypać jak piasek suche liczby poległych bezimiennie. Pomnóż te wielkości przez liczbę lat ich dzieci, pomnóż życie swoje - to właśnie jest rachunek, na którym budujesz swój nowy dom niepodległy. Jeszcze śpisz, zamiast wstać? Już nie możesz spać dłużej. Otwierasz szeroko oczy i patrzysz przed siebie. Sufit muchy zanieczyściły. Pająk, czyścioszek, zagarnia ziarnka zwłok muszych w swoje przezroczyste torby. Już ponad trzy lata po wojnie. Wstań i odkurz sufit.
- Nareszcie - wzdycha z ulgą matka. - Nareszcie nasz syn wstaje.
- Wstaje gimnazjalny prymus - kpi ojciec, wściekły, że złapałem kupę trój na koniec roku.
Jestem u siebie. Na dębinie śniadanie. Pomidory z cebulą i tyle drewna dookoła. Deski do siekania mięsa pocięte jak świeżo golony policzek, rząd tłuczków do kartofli wydętych jak banie, drewniane solniczki, talerze, stolnica i wałki do ciasta, kopyście, stos szczap pod kuchnią, zalanych świeżą żywicą.
- To dlatego, między innymi, nikt nie mógł Polski wyrzucić na złom. Cała była z drewna - mówią cicho.
Zbliża się święto państwowe i w radio wre muzyka marszowa. W ryku blaszanych gardeł ojciec przekręcił gazetę do góry nogami.
- Wszystko na odwrót. Jak to czytać? - pyta i zatyka uszy.
Mama nie widzi jednak jego demonstracji. Gotuje obiad dla średniej warstwy miasta. Ojciec wysuwa odwróconą do góry nogami gazetę niemal na środek kuchni, ale gest ten więdnie w ciszy. Więc nagle drze gazetę i rzuca strzępy pod nogi krzywiąc się boleśnie..
- Czy oni w szkole mówią wam o Rejtanie? Jak przedstawiają tę rozdartą postać bohatera? - pyta mnie znienacka.
- Zawsze wyskoczysz jak Filip z konopi - budzi się raptem z kuchennego transu mama.
- Co?! - czarna krew zalała ojcu żyły na czole.
Za sekundę wojna domowa. Bombowce ciężkich słów zrujnują święty spokój. Samoobrona, w panicznym gaszeniu pożaru, może zamoczyć domowe ognisko.
- Kipi, kipi! - krzyczę jak opętany.
Rosół wprawia pokrywkę garnka w febryczne drgawki i brzęk gęsty jak bicie szyby. Mama podbiegła do kuchni i zza makatki „Dobra żona tym się chlubi, że gotuje, co mąż lubi", ze słoika z półki w ścianie, wyszarpała pół garści soli. Więc spokój. Rosół zabłysnął w garnku jak sadzawka zarośnięta wodorostem zielonej pietruszki.
- To która godzina?! - krzyknęła pojednawczo do ojca, zagłuszając hejnał trąbki transmitowanej przez radio aż z Krakowa.
Ojciec znurkował w kaskadzie dźwięków tryskających mu spod gałki radioodbiornika.
- Niech to piorun trzaśnie! - wykrztusił, zbierając pot z czoła uwolnionego nareszcie z czarnej uwięzi poniemieckiego radia. - Nic słyszysz? Dwunasta. A tę starą jadaczkę rozbiję chyba w drobny mak. Nie mogę złapać Zachodu. Jak ja z księdzem będę gadać o polityce?
I dalej łapał mysie piski z eteru za ogon, przycinał grube, zagłuszające buczenia, aż coś zazgrzytało w radiu i wskazówka na skali skamieniała jak pomnik.
- Gawarit Moskwa - przypłynął z przestrzeni jedwabisty baryton. - Zdrastwujtie dorogi-
je druzja. Siewodnia my budiem razkazywat'... - płynął zniewalający głos, a ojciec, oklapły
jak przekłuty balonik, złapał się za głowę.
- Zepsuło się radio - wyszeptał.
Poderwał się i trzepnął pięścią w pudło. Rosyjski spiker zaryczał od tego na całe gardło.
- O Jezu, o cholera! - jęknął ojciec.
Rozcapierzoną dłonią złapał drugą gałkę radia i skręcił ją jak deko pieprzu w młynku. Suchy trzask zadrasnął nam uszy. Cisza nadpłynęła błyskawicznie. Z jej głębokości wynurzało się tylko parkotanie rosołu i, wtórujące mu, kwiki zgłodniałego żołądka ojca. Nerwy, jakie za chwilę wstrząsnęły mamą, z incydentem tym nie miały jednak nic wspólnego.
- Ziutku, nie wytrzymam. Spóźnię się z obiadem - zawołała płaczliwie, trzepocząc rękoma jak postrzelony ptak skrzydłem.
- Nie histeryzuj, moje złotko - załagadzał ojciec. - Nasi goście nie będą tu lecieli na wyprzódki z wywieszonymi ozorami. Czy wyobrażasz sobie księdza Odoryka, jak leci?
Parsknąłem śmiechem. Ksiądz Odoryk mignął mi przed oczami. Pękaty brzuch uskrzydlony rwał siej do lotu, szorował jednak grubym jak truskawka pępkiem po ziemi.
- Jak śmiesz śmiać się ze swojego prefekta! To herezja - ostro zainterweniowała mama. - Lepiej byś poszedł zobaczyć na rynek, czy ludzie nie wychodzą już z sumy.
Przebiegłem przez plac targowy, na którym lekki wiatr trącał leżące na ziemi śmiecie. Kopczyki końskiego łajna rozsypywały się w proch po ostatnim targowym piątku. Dalej był miejski wychodek. Nad wejściem tabliczka „Bądź kulturalny", a w środku rój ornamentów wyciętych i narysowanych na ścianach symbolizował natrętnie żeńskie i męskie narządy płciowe w różnorodnych konfiguracjach. Falujące obłoki siarkowodoru wędziły węch. Wpadłem na rynek. I na nim chudy wiatr nie miał sił, by gryźć, lekko tylko skowyczał pod blaszanymi szyldami sklepów. Do środka rynku przyrosła trzyosobowa grupka. Byli to: pan Burza, półgłuchy Blicharski i jakiś chłop ze wsi. Podszedłem do nich. Rak, który zjadał od środka pana Burzę, nie dokuczał mu chyba dzisiaj. Pan Burza był w dobrym humorze. Może nie brał rano swojego lekarstwa, kąpieli w wannie lodowatej wody?
- Dzień dobry. Niech pan Burza nie zapomina, że u nas dziś obiad - powiedziałem z zuchwałym uśmiechem. Wtedy on zdjął z głowy granatową maciejówkę, zamiótł nią powietrze przed swoim zapadłym brzuchem i zwrócił się do mnie:
- A pamiętam, panie kochanku... A ojciec w domu? - zapytał.
- Siedzi. Zły. Przez radio Zachodu nie mógł złapać.
- Ot, głupek. - zirytował się pan Burza. - Zawsze nastawia uszy tam, skąd kamienie lecą. Aż po łbie oberwie.
Pożegnał się i poszedł tam, skąd przyszedłem.
cdn...- kliknij

 

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>