Niech cie odleci mara - odc.2

Waldemar Siemiński
odc. 1 - kliknij...
Z kościoła zaczęli wyskakiwać chyłkiem ci, którzy nie dotrwali do końca sumy. Kiedy organy zamilkły, z bramy wypełzł tłum wyglądający w ciemnych garniturach i sukniach jak stado krów czarnobiałych. Syte, powoli ciągnęły z pastwiska. Zapuściłem żurawia w tę gęstwę. Szukałem pani w kapeluszu zielonym z czerwoną jarzębinką wielkości kapusty, drugiej pani - siwej, oraz trzeciej - żony kamasznika.
Jarzębinka drgała rytmicznie pośrodku tłumu jak jego pracujące serce.
- Niech panie nie zapominają o dzisiejszym obiedzie - rzuciłem w ich stronę i z powrotem znurkowałem w czarną rzekę rwąc do domu.
Być może obiad zaczął się beze mnie, może większość gości już nadeszła i żuje. Przeniknął mnie widok pustego jak lodowiec stołu.
„Muszę się śpieszyć - rozkazałem sobie. - Zjedzą wszystko do czysta. Znam skromny apetycik księdza Odoryka!"
Na ekran w głowie wszedł mi film o głodnym człowieku. Pojawił się długi i ruchliwy, jak psi język oblizujący puste wargi. Potem ręka trzymająca zapalczywie kawałek suchego chleba zaczęła machać do mnie. Tak, tak, dziś w dniu sytości i obżarstwa, w niedzielę, nikt nie będzie pamiętał o zdychającym z głodu.
Zakradłem się jak mysz do kuchni i z rondla wyciągnąłem, za sterczące kości, dwa kurze udka moknące w śmietanie. Ojciec, pan Burza i ksiądz Odoryk, rozmawiając w sąsiednim pokoju o białych koniach i generałach, zagłuszyli zgrzyt nakrywki rondla.
- Zaraz wracam! - zawołałem i wypadłem na dwór.
*
Na końcu miasta mieszkały duchy wojny. Czarniewy - ile ludzi tam padło na granicy lasów. Tam szedłem, do cienia, złożyć mu ofiarę. Po drodze minąłem dom mojego koleżki Romusia, cichy, jakby w nim nikt, oprócz pamięci o ojcu Romusia, spalonym w Majdanku, nie mieszkał. Za zakrętem płot zdekompletowany jak szczęka boksera. Skok przez rów przydrożny. Za rowem dziko wyszczerzony żywopłot. To ja, tylko ja wiem, że jest w nim pajęcza ścieżka, w którą się wplątuję i przeciskam na drugą stronę. Cisza. Czego tak patrzę z rozhuśtanym sercem? Dom pośród sinych świerków, zabite na krzyż deskami, wypatroszone oczodoły okien. Mieszka tam wariat łagodny jak jagnię, cień człowieka, który boi się własnego cienia. Ale mimo to mam pietra. On jest z drugiego świata, w tym zaplątany jak nietoperz we włosach. Na sygnał trzeba zakukać. Ze zdrewniałego gardła wydziera mi się ryk krowy. On teraz nie otworzy. Przeraziłem go, zapadł pod łóżko i leży sztywny jak nocnik. Marzy, żeby stać się deską od podłogi. W głowie jeżą mu się sęki i zadry ze służby w granatowej policji. Na głowie włos staje dęba. O Jezu! Muszę zdradzić swoją tajną misję, inaczej mnie nie wpuści.
Panie Zakrzewski, mam dwa kurze udka! - wołam. - Kurze udka moczone w śmietanie.
To cię zaraz wpuszczę - cedzi szept. - Nie idą po mnie? Rozejrzyj się dokoła.
Zluzował łańcuchy i przepuścił mnie przez szparkę w drzwiach jak przez sitko.
- Uważaj na spodnie - ostrzegł.
A przecież już prawie tak jak on umiem tutaj linieć z miękkiej skóry wypieszczonej przez poduszki i przyoblekać się w pancerz żółwia, by wijąc się jak wąż, przebrnąć przez dwa pokoje zastawione ochroną zasieków z kolczastej tarniny.
- Panie Zakrzewski - wyrwało mi się wbrew woli jak czkawka.
- Ciszej, na miłość boską - syknął. - Mam złe przeczucia, bardzo złe przeczucia.
Patrzę na niego: wysoki jak słup telegraficzny, połatany jak strach na wróble. Czuję coś niby rajd mrówek po plecach. Grdyka zaczyna mi chodzić samoczynnie.
Oni przyjdą po mnie jutro - szepcze, a oczy w ciągu jednego pulsu mojej krwi sinieją mu jak śliwki w occie.
- Co też pan gada - strząsnąłem z siebie dziki nastrój chwili.
- Dziś śniło mi się całe moje głupie, zmarnowane życie. Takie sny ma się przed śmiercią. W granatowym mundurze policjanta szedłem do pierwszej komunii, a potem...
- Co potem?
- ... rwali mi mięso z pleców i nacierali twarz żelaznym zmywakiem do naczyń...
za niewykonanie rozkazu.
- Co pan, panie Zakrzewski - zaskowyczałem jak pies nadepnięty.
- Byłem w granatowej policji. Moja żona i syn...
- Głupstwo, głupstwo - złapałem go za rękę. - Przyniosłem panu dwa kurze udka w śmietanie.
- To daj. Dawaj - raptem zapomniał o wszystkim, wybuch głodu spryskał mu twarz gejzerem śliny, dłonie wyskoczyły do przodu otwarte jak psie pyski, gotowe do chwytu.
Zaraz pożre to, wpuści w puste rury pokarmowe i przemiele na miazgę. Nie patrząc podałem mu okruch jedzenia.
Przed oczami skakał mi szary film beznadziejnie udźwiękowiony marszem granym przez jego kiszki. Nie patrząc, jak je, słysząc klapnięcia szczęk jak bicie młotków w kuźni, wycofałem się ostrożnie przez cierniową drogę. Otworzyłem drzwi i wyskoczyłem na zewnątrz. Tak leci kamień uwolniony z procy, ptak, co odzyskał władzę nad zranionymi skrzydłami. Leciałem lekki jak skorupka jajka. Prosto nad ciężki od potraw stół w domu.
cdn...

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>