Mockumentaries czyli podwójne zycie życia

foto z projekcji - "Podwójne życie Kieratówny"
No i tak to jest, jak się laik weźmie za poważne sprawy, szczególnie w epoce nowoczesności i nowatorskich czy jakich - tam oglądów rzeczywistości.
Z koleżanką Agnieszką poszłyśmy na projekcje dwóch filmów autorstwa dwóch reżyserów - kolegów bliskich naszym sercom - zatem i z bijącymi sercami oczekiwałyśmy tego, co zobaczymy.
Asia i Bosia, Bosia i Asia

Zaczęło się od „Podwójnego życia Kieratówny" - dramatycznej historii rodzinnej podanej w przerażająco zabawnym sosie. Nie mamy pojęcia, jak ogląda się owo dzieło obiektywnym okiem, bo my, kazimierzanki, skażone jesteśmy znajomością przedstawionych realiów, zaczerpniętych z kazimierskiego sąsiedztwa (korzenie autora, Piotr Kielara są kazimierskie, tak samo jak i pierwowzory bohaterów oraz dramaturgia). Rzecz opowiedziana dobrym słowem, z dobrym obrazem, (choć nam się trochę przemieszały forma z treścią, bo widziałyśmy w filmie drugie dno, a właściwie pierwsze, bo wzięte z życia sąsiadów). Jak twierdzi Autor - rzecz opowiedziana również z dobrymi intencjami, choć nie wszystko na to wskazuje (tak nam się zdaje).
Zdecydowanie jesteśmy pod wrażeniem doskonałości oka: jakaś prawda uchwycona bezbłędnie, ale czemuś przypominająca łopoczącą, zapełnioną siatkę na motyle w rękach figlarczyka...
Odniosłyśmy wrażenie, że po projekcji podczas spotkania autorskiego Piotrek jakby się z tego swojego dokonania trochę tłumaczył (jako laicy nie wiemy na pewno), bo dzieło - choć dostrzeżone i artystycznie docenione, owszem, nagradzane, nosi jednak znamiona wiwisekcji na żyjącym organizmie. Szalenie zgrabny i dowcipny, a jednak trochę przerażający i smutny film Piotra Kielara, po którym „rodzina się obraziła".

I zaraz potem „List z Argentyny" Grzegorza Packa. W skrócie: inspirowany trzema słowami z „Dziennika" Gombrowicza, które jakoby na coś wskazywały, autor postanowił odszukać nieślubnego argentyńskiego syna pisarza. Udał się więc na rekonesans do Ameryki Łacińskiej, gdzie szczęśliwie odnalazł miłego taksówkarza, który z dużym prawdopodobieństwem mógł być poszukiwanym owocem nieprawego łoża. Realizatorzy filmu przeprowadzili szereg rozmów z osobami, które mogłyby uchylić rąbka alkowianej zasłony, w tym z malarzem, który ozdabiał artystycznym obrazem nocnik, ofiarowany oseskowi oraz z dr prawa, zapłakującym się przy Beethowenie. Dyrygował on przy tym tak, że ciarki chodziły po plecach. Meloman i szachista wrzucił parę barwnych wtrętów wyjaśniających i ogromnie ubarwił film.
Wróżka w transie potwierdziła, że syn pana ze zdjęcia (na zdjęciu Witold Gombrowicz) ma teraz tyle i tyle lat, żyje, ma jasną cerę i zielone oczy. Wypisz wymaluj taksówkarz, w którym i my odnalazłyśmy kilka niepodważalnych cech wspólnych w porównaniu ze zdjęciem, na domiar tego gesty i unoszenie głowy świadczyły dobitnie, że ten to człowiek (o oliwkowej jednak według nas cerze) pochodzić może z polskich hrabiów.
Bardzo się ucieszyłyśmy, że osoba dotąd pogrążona w niewiedzy co do własnej tożsamości odnalazła szczęśliwie ojca, choć jednak już nieżyjącego, i że odtąd będzie spokojna i autozidentyfikowana. Potwierdzić to miały wszystkie osoby, które znały Gombrowicza i zgodziły się opowiedzieć o tym tropie oraz na koniec zebrały się na specjalnym spotkaniu w ambasadzie RP w Argentynie. Tam się okazało, że jednak taksówkarz o oliwkowej cerze nie pochodzi z polskich hrabiów, a wszystko to jest po prostu tylko takim fabularno - dokumentalno - mistyfikacyjno - ewentualnym eksperymentem biograficznym i reżyser z Polski sobie to wymyślił. A ponieważ niektórym paniom i panom z Argentyny zaproszonym do udziału w filmie zdawało się, że pan o oliwkowej cerze jest podobny i że to całkiem możliwe, że to ten jakiś nieślubny syn i ponieważ osoby te potraktowały sprawę poważnie, to poczuły się wystrychnięte na dudka i też się obraziły.
My się nie obraziłyśmy, choć i nam się zdawało, że od góry, to znaczy z nosa i z oczu może i podobny. Nie wiedziałyśmy, że mamy do czynienia z mockumentaries, więc uwierzyłyśmy, bo czemu mamy nie wierzyć po pierwsze koledze, którego znamy niemal od dziecka, a po drugie rzetelnemu filmowi, zrobionemu jak się należy?
A ponieważ sprawa nie wyjaśnia się ani w filmie ani w napisach, tylko dopiero na spotkaniu autorskim z Grzegorzem Packiem, to przyszłym maturzystom zalecamy dokładną weryfikacje źródeł, bo jeśli ktoś z badaczy natknie się na „List z Argentyny" i potraktuje film jako materiał poznawczy oraz przyczynek do biografii, to nauczyciele i czytelnicy też mogą się poczuć wprowadzeni w błąd i mogą się obrazić. Ale ostatecznie do każdej kopii filmowej można dodać reżysera, który sprawę wyjaśni osobiście, a że bardzo jest miły - to nikt się nie powinien obrazić ;}
Na koniec nasza nieśmiała sugestia, by w miejscu epilogu dodać motto parafrazujące Mistrza: „Koniec i bomba, kto się nabrał ten trąba!"
Pozdrowienia i wyrazy uznania dla obu Panów śle redakcja.
www.wkazimierzu.pl

 

"Podwójne życie Kieratówny", jeden z bohaterów - wuj
... i tata Asi i Bosi

Piotr Kielar i Grzegorz Pacek

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>