Milka Szczepkowska Opowiastka, odc. 2

czyt. odc. 1
- Nie mogę, cały tygodniowy przydział zużyłam na wygranie skórki z ameby błękitnej.
Zrobiło się ciemno. Czarna chmura podobna do zębatego smoka powoli połykała blady krążek księżyca. Powiała chłodny, wilgotny wiatr o niepokojącym zapachu ozonu. Zielona błyskawica rozświetliła bure, nisko wiszące niebo. Najwyraźniej nie było już czasu na dyskusje o sposobach ratowania babcinego życia i honoru. Kółeczko znikł w czeluściach domu, po chwili wybiegł ze stertą poduszek i kołder i potykając się o wiszące prześcieradło, doniósł ten cały majdan pod gruszę rzucając go w głęboką trawę. Obrócił jeszcze dwa razy. Stojąc przed bielejącą w ciemności stertą przypomniał sobie o dwuosobowym dmuchanym materacu, który od tygodnia stał oparty o ścianę domu. Zrobił krok w jego kierunku, ale w tym momencie wiatr spowodował gwałtowne zamieszanie w gałęziach gruszy. Usłyszał suchy trzask i odgłos dartej tkaniny. Jednocześnie jaskrawy blask rozświetlił okolicę. Na wpół oślepiony Kółeczko zobaczył ciemną, pękatą sylwetkę opadającą w dół na spadochronie wzdętych spódnic.
Po dwu godzinach, kiedy ulewny deszcz był pozostałością minionej burzy, Babcia i Kółeczko stali przy oknie salonu i patrzyli na stertę moknącej pościeli.
„Moja pierzynka w słoniki nie wyschnie nawet przez tydzień" myślała Babcia. „Chyba będę musiała spać na starej kanapie - połykaczce. Wiem, że mnie nie połknie, jestem za gruba. A zresztą, niech tylko spróbuje!"
Myśli Kółeczka biegły podobnym torem: „Stara kanapa? - brrr, ostatnio, kiedy mnie wessała obudziłem się cały oblepiony pajęczyną lepką i mocną. Z trudem uwolniłem się od tego paskudztwa. Ciekawe, jak duży pająk mieszka w tym kanapowym brzuchu?"
Nie odrywając wzroku od widoku moknącego ogrodu Kółeczko zapytał:
- Babciu, dlaczego spadły gruszki, popękały dynie pana Romba i pomidory pani Paralaksy?
- Nie jestem pewna, ale najprawdopodobniej to implozja mojej miotły spowodowała takie spustoszenie - odpowiedziała staruszka i poczłapała w stronę jasno oświetlonej kuchni.
Ten dzień zaczął się fatalnie (pomimo, że nie był to trzynasty, a tym bardziej piatek). Wstając z łóżka Kółeczko zaplątał się w rzucone niedbale spodnie i nabił sobie na czole sporego guza. Potem stojąc przed łazienkowym lustrem i podziwiając dorodną śliwkę nad prawym okiem spróbował zrobić parę groźnych min. Jego młodsza siostra Pi myła właśnie zęby i widząc jego mimiczną ekwilibrystykę, parsknęła głośno ozdabiając plecy Kółeczka białymi piegami. Kiedy zobaczył w lustrze jej przerażony a potem roześmiany pyszczek nie miał sumienia zastosować odwetu. Westchnął głęboko i drugi raz tego ranka wszedł pod prysznic. Na śniadanie było już za późno, więc zapakował do plecaka kanapki przygotowane przez Mamę i pobiegł do autobusu. Ten dzień był naprawdę wyjątkowo pechowy. Kiedy podbiegł do przystanku pojazd gwałtownie ruszył wypluwając z rury wydechowej czarną chmurę spalin prosto w nos Kółeczka. Aby nie spóźnić się do szkoły musiał przebiec dwie przecznice, a i tak, kiedy przekraczał próg klasy było już pięć po ósmej. Pani Sinusoida rzuciła mu spojrzenie nr.1 (to, które potrafiłoby wprawić w drżenie dorosłego bazyliszka) i kazała mu usiąść. Idąc do swojej ławki przewrócił dwie teczki i litrową butelkę coca-coli. W tym miejscu chcę zaznaczyć, że Kółeczko w żadnym wypadku nie był niezdarą: przeciwnie był wesołym i sprytnym chłopcem bardzo lubianym przez całą klasę. Do przerwy nic się nie wydarzyło. Po dzwonku wszyscy rzucili się do wnęki okiennej, ulubionego miejsca w klasie, skąd można było obserwować ulicę i pobliski parking.
Kółeczko ochoczo sięgnął do plecaka i namacawszy kanapkę poczuł jak burczy mu w brzuchu. W pośpiechu rozwinął podwójnie złożony papier pergaminowy, szeroko otworzył buzię i nie spuszczając wzroku z granatowego Audi wsunął kanapkę do (jak mówi Biologiczka) „otworu gębowego". W momencie, kiedy zamierzał zagłębić zęby w chrupiącą bułkę usłyszał przeraźliwy krzyk najmniejszej z sióstr Całek. Z rozdziawionymi ustami spojrzał na pozostałych współbiesiadników i zobaczywszy ich przerażone spojrzenia, zrobił zeza, aby przekonać się dlaczego jego pierwszy tego dnia posiłek budzi tyle grozy. W miejscu, gdzie powinny znajdować się smakowite płaty szynki lub cienkie plasterki sera wystawały dwie żabie, zielone jak trawa nóżki, które powolnie wykonywały ruchy stosowane w klasycznym stylu pływackim.
Kółeczko gwałtownie zamknął buzię i ze zdumieniem spojrzał na pozostałych, ale zobaczył tylko swojego najlepszego kolegę Centymetryka - Rudzielca, który uśmiechając się od ucha do ucha powiedział:
- Ale ich załatwiłeś! Założę się, że do końca dnia nie wezmą nic do pyska!
Tym razem Kółeczko nie miał ochoty dyskutować nad słusznością tego prostego z pozoru stwierdzenia.
Wybiegł z klasy, przebiegł długi pachnący pastą korytarz, a potem wyłożony płytami piaskowca dziedziniec, by zatrzymać się dopiero pod starą zadaszoną studnią, gdzie zostało trochę nie wydeptanej trawy.
Ostrożnie rozłożył dwie połówki bułki aby wypuścić biednego upapranego masłem więźnia. Potem patrzył jak niezdarnie przeciska się przez wysokie trawy by zniknąć za omszałym kamieniem. „Biedna - pomyślał - to musiało być dla niej okropne przeżycie. A swoją drogą ciekawe jak się teraz umyje." Kiedy wrócił do klasy wszyscy byli dziwnie bladzi i milczący; nawet zgryźliwa uwaga Geografa -
- Podobno pan Kółeczko przyjaźni się z bocianami -
nie wywołała zwyczajowego śmiechu.
Bawiąc się długopisem z przerażeniem myślał, jakie to ciosy spadną jeszcze na jego głowę. Z niewesołej zadumy wyrwał go huk gwałtownie otwieranych drzwi i radosny szczebiot pani z sekretariatu
- Panie Psorze, panie Psorze, Kółeczko ma natychmiast wrócić do domu. Ojej, chyba wydarzyło się coś okropnego...
Kiedy ponownie otworzyła usta aby wydobyć z nich dalszy ciąg różnych „ojejej" i „ach", Kółeczko mijał już szkolną bramę. Dziesięć minut później można było podziwiać jego desperackie próby oderwania od nogawki swoich najlepszych dżinsów psa ciotki Kuli. Stary ratlerek o niezwykłym jak na tę posturę imieniu Brytan, tym razem wyjątkowo długo nie chciał puścić zdobyczy. Spocony i potargany stanął w drzwiach kuchni. Dwie pary oczu zwróciły się w jego stronę. Ciepły uśmiech Mamy walczył o lepsze ze świdrującym aż do głębi mózgu spojrzeniem Babci.
- Posłuchaj, Kółeczko - powiedziała Babcie piskliwym głosem, co było oznaką najwyższego zdenerwowania (zazwyczaj wydobywała z siebie pomruki zbliżone do dźwięku, jaki wydaje wysokiej klasy motocykl na luzie)
- Posłuchaj Kółeczko - powtórzyła - zaginęła Królewna i mam powody, aby podejrzewać, że to ty maczałeś palce w tym zniknięciu...
Mama uśmiechnęła się jeszcze cieplej - była jak słońce w chłodny, jesienny poranek.
- Ależ Babciu, dobrze wiesz, że Kółeczko nigdy nie skrzywdził żadnego stworzenia. No może poza komarami, ale sama rozumiesz, że ich nieznośne zachowanie w zupełności go usprawiedliwia.
- Możliwe, że nie zrobił tego, ale moja kula wyraźnie pokazała jego i księżniczkę!
- Babciu - ripostowała Mama - już dawno powinnaś oddać kulę do serwisu. To normalna kolej rzeczy, że stare urządzenia potrzebują przeglądu i napraw.
Staruszka głośno westchnęła i patrząc za okno powiedziała swoim normalnym głosem
- Chyba masz rację, niedawno miotła teraz kula, nic tylko czarna seria albo urok.
cdn....
odc. 3

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>