M. Abramczyk Wspomnienia

Mieczysław Abramczyk*
Moje wspomnienia


Jest 26 listopada 1996 r.

Przeżyłem 73 lata, zawsze zapracowany i spragniony odpoczynku. Teraz siedzę, patrzę w okno i nudzę się. Nie wiem, co ze sobą zrobić. Do żadnej pracy jestem już niezdolny, do towarzystwa nie ma gdzie pójść, na żadne rozrywki nie ma chęci. Kupuję kilka gazet i czytam, ale to za mało. Czasem kupię jakąś książkę, a czasem od kogoś dostanę, ale to nie wystarcza, żeby zabić nudę. Oprócz tego, ile można czytać, już i oczy nie wytrzymują, więc siedzę sobie i gapię się w telewizor. (...) Latem pójdę do lasu na grzyby albo podłubię coś w sadzie, to jest przyjemnośc i jakiś pożytek, no i idzie na zdrowie. Czasem coś pomogę synowi w gospodarstwie. Ale co robić w zimie? Siedzi się i nudzi. No i z tych nudów i rozmyślań przyszło mi do głowy, żeby opisać losy mojego życia (...)Ale jak się do tego zabrać, nie mam pojęcia. Przecież moje wykształcenie to 6 klas szkoły powszechnej, a to za mało, żeby podjąć się takiego dzieła. I znów sobie ubzdurałem, że ja jeszcze mam szkołę życia, a było ono bogate w różne wydarzenia. (...)
A więc w Imię Ojca i Syna i do boju, co będzie to będzie.

Lata dziecięce
Stało się to we wsi Rogów, powiat Puławy. O godzinie 2 w nocy 28 czerwca 1923 roku, z matki Katarzyny i ojca Mieczysława, przyszło na świat niemowlę płci męskiej. Po kilku dniach, podczas obmywania z grzechu pierworodnego tego niemowlęcia, ksiądz nadał mu imiona Jan Mieczysław. To byłem ja. Wydarzenie to narobiło wiele zamieszania, gdyż w domu i tak było ciasno. Ojciec mój mieszkał wtedy w domu swojej matki wraz z całą rodziną, to jest ze swoją młodszą siostrą z dzieckiem, ze starszym bratem z żoną i dwojgiem dzieci i młodszym 16 - letnim bratem.
A dom był o powierzchni ok. 30 m kw., była to jedna izba, w której mieściła się kuchnia, jadalnia i sypialnia. Można sobie wyobrazić życie tej rodziny, ciągłe kłótnie, nieporozumienia i wszystko, co się może w tak zagęszczonym domu zdarzyć. Ale ja tego nie pamiętam, znam to z opowiadań.
Moja pamięć sięga czasu jak mój ojciec budował własny dom (...) Gdyśmy się wprowadzili do tego domu, to ja miałem dwa lata. Żeby mi się nie nudziło, dobry Bóg obdarzył mnie siostrą, której na imię dano Maria. Teraz rodzice swe uczucia musieli podzielić na nas dwoje. Ja naturalnie byłem zazdrosny i buntowałem się. Cóż było robić, trzeba się było przystosować, czasem nawet kochałem swoją siostrę. Starałem się otoczyć ją opieką według swojego uznania, czasem płakałem jak ona płakała, ale czasem, jak bardzo dokuczała, to chciałem ją oddać cyganom. Nie było to takie proste, bo na ten czas nie było cyganów, do tego liczyło się zdanie rodziców, więc musiało pozostać jak było. Bawić się też nie miałem czym , bo zabawek nie było jak obecnie, a i kupić nie było za co, bo rodzice nie mieli stałych zarobków. Jedyna moja zabawa była w piasku z dziećmi sąsiadów.
Ojciec mój nie miał żadnego wykształcenia i żadnego wyuczonego zawodu, więc nie mógł znaleźć przyzwoitej pracy. Pracował czasem dorywczo u rolników przy koszeniu trawy lub zboża, albo przy omłotach cepem za marne wynagrodzenie i miskę zupy. Matka miała jakieś wykształcenie gimnazjalne i przed zamążpójściem była nauczycielką w naszej wsi. Zorganizowała nawet kursy wieczorowe dla dorosłych i ojciec skorzystał z tego i w ciągu dwóch tygodni nauczył się czytać i pisać. Marne było to czytanie i pisanie, ale że umysł miał otwarty, więc sam się dokształcał tak, że stopniowo czytał już dośc biegle. Gorzej było z pisaniem, jak mówił tak pisał, a to pozostawiało wiele do życzenia. Matka mając dwoje małych dzieci nie mogła pracowaćw szkole, więc zajęła się krawiectwem. Ojciec natomiast zajął się reperacją butów i naprawą i drutowaniem garnków. Zajął się też ojciec strzyżeniem włosów i goleniem. Marne to były zarobki, ale jakoś rodzice wiązali koniec z końcem.
Robiłem się coraz bardziej psotny. Ojciec z matką się bardzo kochali, więc Pan Bóg wynagrodził im za to następną córką, a ksiądz ochrzcił ją imieniem Wanda i zainkasował odpowiednią sumę. Żeby do tego nie wracać nadmienię, że z tej Bożej łaski uzbierało się nas trzy siostry i trzech braci. A oprócz tego troje jeszcze niedługo po narodzeniu zmarło.
Nadszedł czas mojej edukacji. Kupiono mi elementarz, dwa kajety, ołówek, gumkę i wyruszyłem na studia. Szkołę miałem blisku, gdyż budynku szkolnego we wsi nie było, tylko wynajmowano izby na sale lekcyjne u mieszkańców.
Przez jakiś czas starałem się być grzeczny i posłuszny, ale cóż zrobic, jak ten diabełek, kusiciel siedział pod skórą i kusił. Więc zaczynało się od nowa. No cóż, taką już miałem naturę. Nauczyciele uznawali moje zdolności za dobre, lecz wytykano mi zawsze lenistwo i niedbalstwo. Jakoś przechodziłem z klasy do klasy.
Czasy były ciężkie, w domu był niedostatek. Wyżywienie składało się z miski słabo okraszonej zupy albo barszczu i paru nieokraszonych kartofli, kawałka razowego chleba i czarnej słabo osłodzonej kawy. Mleko też rzadko było gościem na naszym stole, rodzice nie mieli ziemi, więc nie mogli utrzymać krowy. Mięso to było od wielkiego święta.
Gdy skończyłem trzecią klasę, ojciec oddał mnie na wakacje swojemu kuzynowi do pasienia krowy. Budzono mnie ze wschodem słońca i musiałem brać krowę na sznur za rogi i paść po ludzkich miedzach i po rżyskach. Latem nie nosiło się butów, więc oprócz szamotaniny z krową, dochodziło marznięcie nóg. Ale na to była rada, czekało się jak krowa zrobi „placek", wkładało się w to nogi i był raj.
Tak było przez cały: dziesięć miesięcy nauki, a w wakacje zarobek. Zacząłem rozumieć, że trzeba się uczyć, żeby mieć łatwiejsze życie, choć nie wywietrzały mi z głowy łobuzerstwa.
Dobiegła końca moja edukacja. Ukończyłem szkołę powszechną drugiego stopnia. Mam skończone sześc klas, ale nie mam żadnego zawodu. Praktycznie nic nie umiem robić poza widłami i łopatą. Wypada mi się gdzieś wynająć za pastucha. I tak się stało.
Zatrudnił mnie gospodarz z mojej wsi. Trzeba było wstawać przed wschodem słońca i paść krowy dokąd nie było gorąco. Kilka najbardziej gorących godzin krowy stały w oborze, a ja musiałem posługiwać gospodyni. A to przynieść drewna na opał, a to wody, no i jeszcze trzeba było bawić dziecko. Po południu znów z krowami do wieczora, tak że mój dzień pracy trwał od świtu do nocy, dzień powszedni czy święto. Ciężko, bo ciężko, ale jakoś sobie radzę. Dobrze, że jestem dobrze żywiony. Wieczory mam wolne więc chodzę do kolegów i korzystam z rozrywek, jakie w owym czasie były dostępne.
Tak trwało do Nowego Roku. Za pieniądze zarobione przeze mnie ojciec kupił mi jakieś używane spodnie, które matka przerobiła, bo były za duże i nową kurtkę i to było moje ubranie od święta. Kupił mi też kurtkę watowaną, która była sporo za duża, a że przerobić się jej nie dało, więc miała być na wyrost, a na razie wisiała na mnie jak na kołku.

Mieczysław Abramczyk, mieszkaniec oddalonej o paręnaście kilometrów od Kazimierza wsi Rogów.
Przeżył Krwawą Środę i Auschwitz, swoje losy opisał w cytowanej książce "Moje wspomnienia".

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>