M. Abramczyk WSPOMNIENIA cz.3

Sąsiad nasz wydawał córkę za mąż, więc szykowało się wesele a to na wsi jest wielkie wydarzenie i każdy stara się je jak najbogaciej urządzić. Wiadomo było, że moi gospodarze będą gośćmi na tym weselu, a z nimi ja miałem być zaproszony. Miałem dopiero 16 lat i było to moje pierwsze uczestnictwo w takiej imprezie. Cały tydzień się do tego przygotowywałem, a musiałem przygotować też konie, wóz i uprząż, bo nasze konie miały brać udział w orszaku do kościoła. Musiałem więc dobrze wymyć wóz, założyć wasąg, wypolerować uprząż no i konie też musiały być wyczyszczone nie gorzej jak konie ułańskie. Starałem się jak mogłem bo chciałem, żeby gospodarz mi pozwolił powozić na ślub. W tym czasie już awansowałem na parobka. Wychowanek mojego gospodarza odszedł, bo się zakochał w starszej od siebie o parę lat pannie i chciał się żenić. Natomiast gospodarze nie chcieli się na to zgodzić, bo jedno, że panna była sporo starsza, a do tego była biedna, więc po prostu spakował manatki i przeniósł się do niej. Na moje barki spadły wszystkie obowiązki gospodarskie. Byłem z tego dumny, bo mnie to zbliżało do dorosłej kawalerki.
W przeddzień wesela gospodarz kazał zaprzęgać. Zaprzęgałem, a on na to patrzył i mówił co będziemy robić. Wyjechaliśmy za wieś. Znaleźliśmy się pośród polnych dróżek. Tu się dowiedziałem, że będę jutro powoził więc dziś musimy poćwiczyć. Gdy się o tym dowiedziałem mało nie oszalałem. Przecież inni woźnice byli już doświadczonymi furmanami a ja wyrostek miałem się z nimi zmierzyć. Przygotowania trwały około czterech godzin, w tym czasie gospodarz pouczał mnie jak reagować na zachowanie koni i jak się zachować wobec innych furmanów. Tłumaczył mi w jaki sposób i kiedy można wyprzedzać wóz, który jest z przodu, a kiedy pozwolić się wyprzedzić. Jak się okazało, to ta lekcja bardzo mi się przydała. Nadszedł dzień próby.
Wstałem jak się zaczęło rozwidniać, musiałem przygotować paszę dla inwentarza na cały dzień i dzień następny. Musiałem i chciałem wypucować konie, żeby żadne inne nie były lepsze. A na końcu musiałem zadbać o swój wygląd. Garnitur miałem niedawno uszyty koloru siwego w prążki, koszula biała. Do tego dwa białe sztywne kołnierzyki (były przypinane). Buty też musiały błyszczeć jak lustro. No i elegancki krawat. Można sobie dziś wyobrazić kawalera w tym stroju, a szczególnie w tym białym kołnierzyku dopasowanym tak, że trudno było pod niego włożyć palec i w krawacie w upalny czerwcowy dzień. Jakby tego było mało wychowanica moich gospodarzy skropiła mnie obficie jakimś pachnidłem, co się później zmieszało z zapachem końskiego potu, więc nie pamiętam jaki to była zapach. Tak wystrojony około godziny 8 rano udaję się z gospodarzami do domu weselnego. Nie wiedząc jak się zachować idę z tyłu za gospodarzem i robię wszystko to co on.
Dla każdych nowo przybyłych gości orkiestra gra marsza, zwyczajowo należało dać za to jakiś datek, ale tego dokonał już gospodarz. Przydzielono mi zaraz druhnę, która przypięła mi kwiatek weselny. Była to dosyć ładna dziewczyna, w której się skrycie podkochiwałem, więc byłem bardzo zadowolony. Wchodzimy do domu i siadamy do stołu na mały poczęstunek. Gospodarz mnie ostrzega, żebym nie pił wódki, najwyżej jeden kieliszek dla poprawy samopoczucia. Korzystam, że orkiestra cały czas gra i pary tańczą, więc i ja proszę swoją druhnę do tańca. Po niedługim czasie mój gospodarz mnie wywołuje i idziemy do domu przygotować nasz pojazd do wyjazdu. Ubieramy i zaprzęgamy konie do wozu i wyjeżdżamy na pastwisko aby rozgrzać konie. W tym czasie gospodarz udziela mi ostatnich rad i pouczeń. Po piętnastu minutach już sam jadę pod dom weselny. Już jest kilka wozów, orkiestra cały czas gra marsza, zatrzymuję konie, ale one mi kłusują w miejscu jakby tańczyły. Gospodarz wchodzi na wóz i zabiera mi lejce z rąk, ja blednę i łzy stają mi w oczach, ale gospodarz się uśmiecha i mówi: „Zejdź, wrócisz jak przyjdzie czas", więc schodzę. Podchodzi do mnie moja druhna i dobieramy sobie towarzystwo do naszego pojazdu. Goście już wsiadają do wozów, więc gospodarz woła mnie i oddaje mi lejce. Każe siadać przy mnie mojej druhnie i ostrzega ją, żeby mi zbytnio nie przeszkadzała, a mnie jeszcze raz upomina, żebym mu nie zrobił wstydu. Pomimo, że mój zaprzęg prezentował się najlepiej, nie pozwolono, aby ze mną jechała Młoda Para, byłem za młody. Za to ładują mi się starsi kawalerowie ze swoimi druhnami. Mam kłopot, jest nas sześcioro i tyle mam miejsc, a chętnych jest więcej, ale tu komenderuje mój gospodarz. No i włączam się w bieg wydarzeń, które być może zadecydują o moim dalszym powodzeniu. Orkiestra nadal gra marsza, formuje się orszak wozów, ja trafiam na siódme miejsce. Konie mi się denerwują, drepcą w miejscu według orkiestry. Ruszamy, pierwszy wóz z młodą parą. W drodze do kościoła nie wolno urządzać żadnych cyrków ani wyścigów. Za wozem Państwa Młodych jedzie orkiestra i cały czas gra. Orkiestra składa się z czterech instrumentów dętych, jednych skrzypiec i bębna. Reszta wozów w takiej kolejności jak wyjechała z podwórza tak ma zajechać pod kościół. Do kościoła jest 9 kilometrów. Drużbowie i druhny śpiewają cały czas piosenki weselne. Przy drodze tłumy ludzi, każdy chce zobaczyć orszak weselny, w końcu to niecodzienny widok. Później mają o czym dyskutować, mężczyźni omawiają zaprzęgi i woźniców, a kobiety młodą parę, druhny i ich ubiory. Wróżono też która to para najpierw stanie na ślubnym kobiercu. Nareszcie jesteśmy na miejscu, wszyscy wysiadają z wozów i ustawiają się w pary. Dzwony kościelne dzwonią na mszę, wchodzimy do kościoła. Moja druhna ujęła mnie pod rękę i ściska moją dłoń, a mnie gorąco uderza do głowy a serce wali jak miot kowalski. No cóż, pierwszy raz przeżywam taką przygodę, mając przy boku kochaną dziewczynę, czując ciepło jej ciała. Nareszcie ksiądz dokonuje swojego dzieła, padają sakramentalne słowa „tak", ksiądz wiąże ręce młodych stułą, udziela błogosławieństwa i ceremonia jest skończona.
Moja druhna szepce mi, że trzeba jak najprędzej iść do wozu i przygotować się do powrotu. Na szczęście konie postawiłem pod dużą lipą, więc dobrze wypoczęły. Wycieram konie ścierką z kurzu i poklepuję po szyjach, te jakby mnie rozumiały i wyraźnie się do mnie łasiły. Wszyscy już wyszli z kościoła i każdy zajmuje swoje miejsce, robi się trochę zamieszania. Ale w końcu wszyscy są w komplecie. Z miasta wyjeżdżamy spokojnie, ale za miastem zaczynają się zawody. Młoda Para musi do domu dojechać pierwsza, ale w drodze jak zajdzie konieczność, można ją wyprzedzać, z tym, że dojeżdżając do wsi należy
Ich puścić do przodu. Jestem niedoświadczonym furmanem, ale staram się zachować zimną krew i mieć otwarte oczy na wszystkie strony. Doradzają mi też drużbowie, którzy ze mną jadą. Dziewczyny natomiast proszą, żeby jechać wolniej. Przepuszczam kilka wozów i wjeżdżam na swoje miejsce, choć nie wszyscy to robią. Jadę spokojnie, choć konie się rwą do przodu. Próbuje mnie wyprzedzić starszy wąsaty woźnica, nie. daję się, zajeżdżam mu drogę. Na jego miejsce wjeżdża już inny woźnica i ten znów za wszelką cenę chce mnie wyprzedzić. Mój lewy wałach rzuca się na jego konie z zębami i w końcu facet ze swoim zaprzęgiem ląduje w rowie. A ja dostaję brawa. Dostrzegam lukę na dwa wozy przede mną, ściągam lejce i puszczam swoje rumaki, a te rwą do przodu jak strzała i już jestem o dwa wozy do przodu. Uspokajam swoje konie i obserwuję sytuację. O kilka wozów z przodu widzę pojedynek dwóch woźniców, wykorzystuję ich nieuwagę, strzelam z bata i w moje konie jakby piorun uderzył, pędzą wyciągnięte jak struny. Moja druhna trzyma się mnie i krzyczy, pozostałe dwie proszą żebym zwolnił. Ale ja już teraz nie mam wyboru, muszę albo pruć do przodu, albo pozostać na samym końcu, ale to nie wchodzi cizi to w rachubę, mój honor wart był nawet ofiar. Do tego dopingowali mnie jeszcze drużbowie, którzy ze mną jechali. Wyprzedzam tych dwóch pojedynkujących się i jestem na pierwszym miejscu, jestem zwycięzcą. Zwalniam tempo, nie chcę męczyć nadmiernie koni. Ale to nie oznacza całkowitego zwycięstwa, do domu jeszcze jest parę kilo- metrów. Jeden z cwańszych woźniców próbuje mnie podstępnie wyprzedzić, ale teraz moje konie same już reagują, nie ma mowy, żeby kogoś puściły na przód. Jestem panem sytuacji. Pół kilometra przed wsią przepuszczam wóz z Parą Młodą, konie mi się denerwują, ale je uspokajam. Zagadałem się ze swoją druhną i coś tam rozmawiamy. Wykorzystuje to jeden z woźniców, kawaler po wojsku i próbuje przedrzeć się do przodu, ale mój lewy koń rzuca się w bok i zębami zmusza konie rywala do cofnięcia, co powoduje, że ryzykant musi wyjechać na ostatnie miejsce w kolumnie. Dojeżdżamy do wsi, zwalniamy tempo, orkiestra znów gra marsza, konie przechodzą w zwolnionego kłusa. Wjeżdżamy na podwórze, mój gospodarz stoi przy bramie wyraźnie zadowolony, tylko wąsami porusza. Ja też jestem dumny jak paw. Zatrzymuję konie, kłusują w miejscu według orkiestry, gryzą wędzidła i całe są pokryte pianą. Podchodzi gospodarz, klepie konie po szyjach, poklepuje mnie po ramieniu i chwali. Inni goście też nie szczędzą mi pochwał i gratulacji. Najlepszą pochwałę dostaję od swojej druhny, zarzuca mi ręce na szyję i całuje w usta. Zrobiło mi się ciemno w oczach. To był prawdziwy pocałunek z dziewczyną, mój pierwszy pocałunek, co za szczęście. Ale cóż rzeczywistość jest nieubłagana. Z tą dziewczyną był to mój pierwszy i zarazem ostatni pocałunek. Niedługo los nas rozdzielił a do tego czasu nie miałem możliwości się z nią spotkać i nie wiem czy ona to pamięta.
Podchodzi do mnie gospodarz i chce odprowadzić konie do domu, ale ja się nie zgadzam. Moja druhna idzie się przebrać, a ja siadam na wóz i jadę na pastwisko i jeżdżę wolno pół godziny, żeby konie ostudzić, następnie wyprzęgam i wprowadzam do stajni, wycieram dobrze słomą i zadaję siano. Gospodarz zobowiązuje się załatwić resztę. Dostaję znów 5 złotych nagrody. Myję się, zmieniam kołnierzyk u koszuli i idę na ucztę weselną. Druhna już na mnie czeka. Wszyscy mnie chwalą, nawet ten co go wsadziłem do rowu podaje mi rękę i składa gratulacje, Wypiłem kilka kieliszków wódki, podjadam i.czuję szum w głowie, ale się trzymam i staram się zachowywać poprawnie. Zaczynają się przygrywki i przyśpiewki. Umiem trochę przyśpiewek weselnych i mam dobry głos, więc zdobywam uznanie, również starszej kawalerki. Zaczynają się tańce i choć nie jestem dobrym tancerzem (zresztą nigdy nim nie byłem) to jednak dziewczyny chętnie się ze mną bawią. I tak do rana używamy młodości.
Ale co piękne, to wiecznie nie trwa. Wesele się skończyło, nadeszły zwyczajne dni pracy. Chociaż gospodarz mnie lubił i był ze mnie zadowolony, to jednak w pracy był wymagający i wyciskał ze mnie ostatnie poty. Przecież mi płacił i musiał mieć z tego korzyść. Mała to była płaca, miałem być pastuchem i miał mi płacić za rok 50 złotych. Tymczasem ja wykonywałem pracę parobka i to bez żadnej uwagi na mój młody wiek. Za taką pracę inni zarabiali 200 i więcej złotych. Nie miałem odwagi upomnieć się o podwyżkę, ale koledzy mnie buntują a szczególnie jeden, który pracował w Poniatowej, gdzie powstawały jakieś zakłady przemysłowe i budowano duże osiedle mieszkaniowe. Ten kolega twierdził, że tam potrzeba dużo ludzi do pracy. Mówił też, że on zarabia około 35 zł tygodniowo, a to było prawie połowa mojej rocznej pensji. Do tego miał wszystkie niedziele wolne i jak mówił to się mniej narobił jak ja. Więc zaczynam się buntować, nie zrywam się już tak wcześnie do pracy, muszą mnie budzić i to często kilkakrotnie. Pracę też wykonuję byle jak. Gospodarz zaczyna na mnie krzyczeć i pyta co się ze mną dzieje. Po namyśle mówię mu jaka była umowa i żądam podwyżki wynagrodzenia. Pyta ile chcę, mówię, że 150 zł, nie zgadza się, oferuje mi 100 zł. Na to ja się nie zgadzam i mówię, że jak tyle nie dostanę to od pierwszego sierpnia odchodzę. Miałem już z uzgodnionej sumy wybrane 50 zł. Zbliża się koniec lipca i nikt nic nie mówi. W ostatni dzień zabieram pół bochenka chleba domowego wypieku, jest to około 2 kg, kawał słoniny i chowam w stodole. Wszystkie swoje rzeczy wyniosłem do zaufanego kolegi. Po kolacji idę spać, a latem spałem w stodole na sianie.
1 sierpnia 1939 roku budzę się około 3-ciej rano, szybko się ubieram i wyruszam w podróż.

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>