M. Abramczyk Wspomnienia cz. 2

Lata młodzieńcze
Jest Rok Pański 1939. Zostaję zatrudniony jako pastuch u Chmiela Władysława we wsi Głósko. To jest gospodarz trochę lepszy.
Po śniadaniu poimy bydło i zabieramy się za młockę zboża. Młóci się cepem, ale trzeba to umiec, bo jak trafi dwóch nowicjuszy to ponabijają sobie guzów, a robota będzie spartaczona. Trzeba się odpowiednio ustawic i uderzac na zmianę. I tak to wywija się tymi kijami nad swoim głupim rozumem cały dzień. Do wieczora jest spora kupa ziarna i trzeba to oczyścic z plew na wialni i wynieśc do spichlerza. Naturalnie jest przerwa na obiad, który zjadam z wielkim apetytem. Wieczorem już przy latarce naftowej (elektryczności nie ma) karmię bydło i świnie, później jest kolacja.
Nareszcie mam wolny czas dla siebie, zużywam go w towarzystwie kolegów i koleżanek. Nadmieniam, że zacząłem się już interesowac płcią piękną. Najczęściej zbieramy się w domu u którejś z dziewczyn. Zabawiamy się różnymi zabawami młodzieżowymi a najczęściej gramy w karty. Zawiązują się sympatie i narzeczeństwa. Przecież szesnastolatkowi już wiedzą co w trawie piszczy, czujemy się prawie dorośli. Śpiewamy różne piosenki, opowiadamy różne bajki i dowcipy. Zdobywam uznanie towarzystwa, gdyż znam dużo piosenek i ładnie śpiewam. Sypię też jak z rękawa dowcipami, opowiadam mrożące krew w żyłach bajki, a czym która straszniejsza, tym lepsza. Przyszła niedziela, organizujemy „muzykę". Polega to na tym, że wynajdujemy skrzypka i bembnistę, ustalamy cenę i dzielimy to na wszystkich. Następnie prosimy któregoś z gospodarzy o wynajęcie izby, musimy kupic pół litra nafty. Naturalnie za wynajęcie izby nikt pieniędzy nie bierze, tylko na drugi dzień dziewczyny muszą wymyc podłogę.
Tańczymy polki, oberki i walce, tanga i fokstroty wchodziły dopiero w modę, więc my jeszcze nie umieliśmy tego tańczyc. Po skończonej zabawie, najczęściej bywało około 11 - 12 w nocy, trzeba odprowadzic dziewczynę do domu. Jest to bardzo ważna okolicznośc dla młodego chłopaka. Nie będę opisywał szczegółów tej okoliczności, gdyż na pewno każdy to zna.
Ale bywało mniej romantycznie. Nas traktowano jako tak zwanych podlotków, a kawaler czy panna to się liczyło dopiero 18 - 19 lat. Bywa czasem, że w trakcie zabawy wkracza kawalerka i słyszymy, że na nas już czas spac. O ile ulegniemy', to w porządku, a jak nie, to idą w robotę pasy i niejeden z nas dostaje porządne lanie.
To znów inna okolicznośc. Dorosła kawalerka organizuje sobie zabawę. Oni już mogą sbie pozwolic na lepszą orkiestrę. W nas budzi to zazdrośc i ciekawośc, więc kręcimy się koło lokalu i zaglądamy przez okna, żeby choc popatrzeć i posłuchac muzyki. Do środka nam nie wolno wchodzic, tylko co śmielsi zaglądają, ale trzymają się blisko drzwi. Jeden ze starsych wyciąga pas i zaczyna się gonitwa. Ja zaczynam się stawiac i nie uciekam, dostaję kilka pasów ale znów się pcham do mieszkania a ze mną kilku śmielszych kolegów. Nareszcie znalazł się jeden mądrzejszy z tych starszych i pozwala nam potańczyc trzy tańce, polkę, oberki i walca. Jesteśmy zadowoleni a jednocześnie umacnia w nas to wiarę, że o swoje prawa trzeba walczyc. No ale kończy się niedziela, zaczyna się nowy tydzień i praca.

 

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>