FFiS - refleksje Niestałego Bywalca

spotkanie z J. Radziwiłowiczem
Zostałem poproszony o napisanie kilku refleksji na temat tego, co oglądam na FFiS DWA BRZEGI w Kazimierzu. Tu - trudne zadanie: kojarzy mi się z pisaniem recenzji lub próbą oceny czegoś, a na tym się nie znam.
To, czym mogę się podzielić, to spostrzeżenia i skojarzenia, jakie przychodzą podczas oglądania, zwiedzania, uczestniczenia i siedzenia.
„Usłysz nas wszystkich" widziałem po raz drugi. Oba „razy" wywarły na mnie duże wrażenie. Piach, wiatr, ludzie odkopujący szczątki kościoła przykrytego przez pustynię. Przeplatają się trzy światy: trudnej rzeczywistości Sudanu, pozytywistycznej, mrówczej pracy archeologów i trzeci świat - Boga, w którego wierzyli, wierzą i będą wierzyć ludzie.Co z nas zostanie? To tak bardzo „wytarte" i zużyte pytanie staje się niewygodne, uwierające, męczące, szczególnie gdy widzę, jak czyjeś szczątki są po prostu wsypywane do plastikowej torebki... Czy ten wsypywany był kimś ważnym? O co walczył, za czym się opowiadał, z kim się spierał?...„Ten film niczemu nie służy, za niczym się nie opowiada" - mówił kiedyś Autor - Maciej Drygas. Przypominałem sobie te słowa, gdy oglądałem „Usłysz nas..."... Czy na pewno?
„Królik po berlińsku" - ot, niewinna opowieść o królikach, czytana przez Krystynę Czubówną. Na początku publiczność reaguje śmiechem... Później śmiech milknie. Czy to na pewno o królikach? A jeśli nie, czy to na pewno przyrodnicza historia tylko socjalizmu? Nie ma się z czego śmiać - pomyślałem skubiąc wyciągnięte z kieszeni źdźbło trawy.Film z pomysłem, z przesłaniem. Nowa forma opowiadania o tym, co trudne i nie tak dawne. A resztę można przeczytać w fachowych recenzjach.
królik po męcmiersku (fot. N.B)
Koncert na zamku?
zamek przed koncertem
Słyszałem o tym wiele razy. „Magia, coś mistycznego..." - rozbudzałem swoje oczekiwania walcząc z dysonansem po wydaniu kilkudziesięciu złotych na bilet. O 20.55 przed schodami kolejka. Ciemno. Słychać z góry kogoś, kto krzyczy „Z plakietkami proszę...". Czyli jak dawniej. Nawet „kontakt z kulturą" bywa zwykły i z plakietkami. 21.05 - tłum rusza. Komary także. Dochodzimy do ochrony. Jest ubrana na czarno - by ich nie było widać - ale ma kamizelki - by ich było widać. Ciekawe. Kontrola jak na Okęciu. Wchodzimy po ciemnych schodach. Nad nami lampy. Zgaszone. Wreszcie jesteśmy. Zamek robi wrażenie.
koncert na zamku
Oświetlony, scena. Piękny. Łapiemy w ostatniej chwili ostatnie krzesełka przerywając zachwyt. Próbujemy „łapać nastrój" mimo wszechobecnych rojów komarów. Krzesełka co chwilę spadają, przechylają się, chrupią. Podłoże średniowieczne nie jest przystosowane do współczesnych siedzisk. Ci z końca kolejki niestety pod mur. Dla nich miejsc nie ma.Koncert się zaczyna. Komary. Dźwięk w miarę czysty, aczkolwiek wyłącznie ze środka sceny. (A może siedzimy za daleko by poczuć przestrzeń?). Minął drugi utwór. Mamy nadzieję na chwilę spokoju. Reporterzy karnie respektujący postanowienia umów organizatorów z zespołem przestali fotografować. Jednak nastroju nadal uchwycić nie sposób. Tym razem „plakietki" idąc grupami przez środek, opuszczają teren imprezy masowej. Ochrona czujnie wpuszcza ludzi spod muru. W końcu chyba jest telewizja. A dziury w publiczności są niemedialne. Komary. Chyba społeczeństwo spodziewało się dopracowanego, sentymentalnego fado. A tu? Typowa, lekko chaotyczna w wyrazie muzyka z Rio. I komary. 22.30... Nie dajemy rady. Chyłkiem opuszczamy zamek słysząc w oddali jobimowskie takty. Spod zamku zresztą brzmią lepiej. Komarów też jakby mniej. I lampy zapalone...
Kontakt z kulturą?
Na dziś koniec.
kontakt z kulturą
Autor: Niestały Bywalec

Dzień 2

Niedzielę rozpoczęliśmy - jak przystało na katolików - w Farze, na Mszy dla dzieci. NIC poza nazwą nie świadczyło o tym, że to właśnie Msza dla pociech. Ksiądz mówił krótko - z powodu temperatury zapewne. Ze zrozumieniem kazania miałem problem. Utkwiła mi jedynie anegdota o wdowie, która mając jedno jajko - chciała zacząć hodowlę drobiu. Wyłapałem w tym drobne luki „biologiczne" i zastanawiałem się co by było, gdyby owa wdowa żyła w krajach Unii Europejskiej. Całą przypowieść diabli by wzięli...
„Wszystkie małe kłamstwa Anny" i „Syn". Ładne zestawienie. Filmy z dwóch perspektyw - kobiecej i męskiej. W obu przypadkach miałem problem z uwierzeniem, że tak może być. Że osoby, które spotykają się po latach są tak otwarte, tak szczere ale i tak zainteresowane sobą. Czy w rzeczywistości dystans nie schładza tego zainteresowania? Czy ludzie nie są mniej wrażliwi? To były moje pytania. Nie chcę tych filmów oceniać pod jakimkolwiek kątem - bo jak wspomniałem - nie czuje się do tego uprawniony. Ktoś z publiczności dodał: filmy o tym, jak wódka zbliża ludzi. Uproszczenie.
„Łukaszowcy". Na myśl o filmie ciekła mi ślinka od jakiegoś czasu. Bractwo św. Łukasza to kilku malarzy, którzy w dwudziestoleciu postanowili WSPÓŁDZIAŁAĆ m.in. w Kazimierzu. To trudne. Każdy artysta mówi o sobie, że jest indywidualistą, chce siebie wyrazić etc. A tu? Grupa artystów DZIAŁA RAZEM, w zgodzie, na rzecz, w imieniu... To, co w nich mnie zachwycało - to przeplot lekkiego odlotu, odjechania, zakręcenia z rzetelną pracą rzemieślniczą. Jeden z poglądów grupy „nie ma dobrego obrazu źle namalowanego" jest uniwersalne.Co ciekawe grupa - dzięki profesorowi Pruszkowskiemu (jak twierdzi historia doskonałemu organizatorowi) zdobywała płatne zamówienia np. rządowe. M.in. malowała obrazy na nowojorską Wystawę Światową w 1939 r. Czyli mit o artyście z pędzlem za uchem, który zachwyca się światłem (jak u Barańskiego) trochę nietrafiony. Łukaszowcy nie dość, że natchnieni, zdolni - to jeszcze obrotni i czujący „rynek".No więc chciałem wejść między nich. Podglądać i czuć ten klimat kazimierskiego światka sztuki.Film okazał się dla mnie wielkim znakiem zapytania. O co chodzi? Widz jest wciągany w życie artystów. Furmanki, sztalugi, dom Pruszkowskiego - wszystko chyba tak mogło być pomyślałem... Coś się zaczyna.... Klimaty.... Nagle, cięcie, facet mówi o tym, że ich obrazy nie wróciły po Expo 39 do kraju... Publiczność za mną kpi: „Cóż za montaż"... Za chwilę znowu sceny z tamtych lat... I znowu gadająca głowa.... Dość szybko zrozumiałem, że film „Łukaszowcy" to skrzyżowanie magii rodem z „Dwóch księżyców" i „Sprawy dla reportera" Elżbiety Jaworowicz. Czyli Bractwo św. Łukasza - to dziś jedynie obrazy i to czy powrócą. Idea, życie grupy, sylwetki malarzy i ich przywódcy Prusza - tło.
Z braku innych możliwości zająłem się zatem śledzeniem zgodnie z ideą filmu. I tu pojawia się słowo klucz: „racja". Każda głowa głosił swoje racje. Jedyne, twarde, bezkompromisowe, uzasadnione, poparte, udokumentowane, które powinny być wysłuchane. I choć tylu przekonanych, pewnych, kompetentnych, głoszących i orzekających - impas. Od lat. Nic.Wyszedłem z kina zastanawiając się gdzie jest klucz do rozwiązania zagadki. O filmie i świecie Bractwa, dzięki filmowi zapomniałem. Udałem się więc na spotkanie z reżyserem filmu w siedzibie Towarzystwa Przyjaciół Miasta Kazimierz.Spotkanie rozpoczął sam reżyser. Zaczął ze smutkiem informować, twierdzić i zawiadamiać... Następnie zabrał głos jakiś pan. Mówił..., twierdził, postulował. Z całą stanowczością zapewniał. Po nim głos zabrał reżyser. W odpowiedzi argumentował. Do całej dyskusji nieśmiało włączyli się inni, którzy także wnosili, apelowali. Zastanawiałem się czy ten film na pewno się skończył?Jako osoby z zewnątrz - patrzyliśmy na reprodukcje obrazów z Wystawy Światowej'39, pokazujące najważniejsze chwile historii narodu. I jeden spadł. Ciężaru i napięcia nie wytrzymała... Unia Lubelska.
Busz po polsku 2009 - skomentowaliśmy wychodząc. „Jak on mógł", „ale to oburzające", „to niedorzeczne". „to idiota"... komentowały rozchodzące się grupki...
Ciekawe co na to powiedzieliby: Pruszkowski, Michalak i reszta... indywidualistów.
opodal kin
„Kowboj"...
Wnioski: nie rozumiem niemieckich filmów (być może ponieważ nie jetem Niemcem).
Nie zadawaj się z kowbojami (szczególnie gdy jesteś facetem)
Nie pozwalaj kowbojom wsiadać do Audi
Silniki od kombajnów bywają ciężkie (w skutkach)
Kowboje bywają zmienni co do zamiarów
Autor: Niestały Bywalec

Dzień 3

„Ostatnia książka Ryszarda Kapuścińskiego".

Przemiły film. Postać Ryszarda Kapuścińskiego była na tyle sugestywnie pokazana, że nie zwracałem uwagi na to: jak, o czym, co wynika... Po prostu pochłonięty czarem Polesia wędrowałem z Kapuścińskim. Tu wszystko się zaczęło i ukształtowało w nim. Z tego doświadczenia czerpał. Był to fundament. Czułem jakbym zajrzał do niego od kuchni. Do jego warsztatu, do jego życia oraz korzeni. Przypomniał mi się klimat Łopusznej w Gorcach, gdzie wychował się ks. prof. Tischner. Tam też było to „coś". Może to o korzenie chodzi?
„Skarby Ani K."
Zawsze miałem niejasność, jak pokazywać niepełnosprawność. Sam należę do osób z tzw. grupą. Obracam się czasem w tym środowisku. Twórcy popadają w kilka skrajności: chcą pokazać, że ci ludzie są całkiem „normalni" - świadomie używam tego słowa. Albo pokazać: im źle a mimo tego...., jeszcze inna konwencja: ciesz się tym co masz, bo oni... . Film o Ani wydawał się nie popadać w żaden schemat. Aczkolwiek jeśli miała to być opowieść o osobie prowadzącej normalne życie „mimo wszystko" - to właśnie to „mimo wszystko" było tak wyeksponowane, że przykuwało uwagę prawie wyłącznie... Publiczność mruczała „O rany... A niech to" widząc jak Ania przełamuje niepełnosprawność w codziennych czynnościach. A tam, gdzie mówiła o miłości, partnerze, dziecku - publiczność jakby wyczekiwała co jeszcze Ania potrafi „mimo wszystko"...
Jestem pełen uznania dla Ani, dla Twórców, że podjęli się wejść w jej życie. I dalej nie wiem jak pokazać niepełnosprawność. Co więcej, jeśli chcemy unormalnić niepełnosprawność, może krytyka zacznie traktować bez ulg filmy na ten temat?

 

Dzień 4

„Żyłem siedemnaście razy"

- film o Kawalerowiczu oglądało się bardzo dobrze. Dynamiczny, szybki, nasycony treścią. Dobry montaż, ciekawa oprawa muzyczna. Moim zdaniem o 1/4 za długi. Sceny z Janem Pawłem II i z księdzem opowiadającym o Quo Vadis chyba można było pominąć. Nie mam nic przeciwko Papieżowi czy Księżom. Ale nie pasowało mi to do konwencji całości. Tym bardziej, że wiemy jakie to Quo Vadis było... Miałem wielką ochotę na tzw. włoską Matkę Joannę film „Maddalena". Niestety, nie udało się nam dotrzeć. Szkoda. Muzyka napisana przez Ennio Morricone specjalnie dla tego filmu, na świecie znana jest z „Ośmiornicy" chyba i czegoś jeszcze... Mam nadzieję, że ktoś odważy się ten film pokazać w Polsce....
* * *
Zastanawiam się nad tym, czy miasto Kazimierz w pełni wykorzystuje podczas festiwalu sam festiwal. Na pewno, dość solidnie przygotowali się do tego mieszkańcy. Właściciele kawiarni, knajpek, kwater, galerii w mig pojęli, że pozyskanie festiwalowego widza i przekształcenie go w nałogowego turystę - letnika jest bardzo tanie. Potencjalny klient już jest na miejscu, nie trzeba pisać, fotografować, bo jaki Kazimierz jest społeczeństwo widzi. Trzeba być tylko miłym, uprzejmym i ponadprzeciętnie pomocnym - a widz przekształci się w przyszłego gościa. Będzie miał temat na snucie opowieści imienionowo przyjęciowych o tym jak tu go obsługiwano, jak tu warto przyjechać. Będzie wiedział gdzie bez ryzyka zaprosić na weekend dziewczynę / partnerkę... Wielkość Kazimierza jest jego sprzymierzeńcem i wrogiem. Z jednej strony od razu mam poczucie, że ogarniam to miasto. To miłe. Z drugiej strony - co tu robić? Pyta potencjalny turysta spacerujący po wiślanym brzegu. I tu widać brak inwencji miasta w użyciu tych asów, jakie ma w rękawach. Asów, które są, ale oswojeni tubylcy nie zdają sobie z nich sprawy. Asów, które mogą być użyte, o ile ktoś podyryguję tą orkiestrą. Czy to trudne i drogie? Nie wydaje mi się. Zaangażowanie wałęsającej się młodzieży na rzecz obsługi ruchu turystycznego czy użycie tych talentów, które postanowiły się osiedlić w Kazimierzu aby coś zrobiły dla miasta jest możliwe. Dowód - inne miasta. Miast to jedno, a Muzeum Nadwiślańskie? Spadkobiercy intelektualni powiernicy awangardy artystycznej prezentują jej dzieła w najstarszym, konserwatywnym stylu. Podczas gdy coraz więcej tworów w rodzaju Muzeum Powstania - tu tradycyjnie: obrazek, podpisik i muzealna śledcza - milcząco i bezszelestnie przemieszczająca się z sali do sali w miękkich kapciach. Pilnuje i patrzy czy społeczeństwo ukradnie i zniszczy. Czy uogólniona salowa nie może mówić? Mówiąc też może pilnować. A przy tym: śmieszyć, tumanić, przestraszać. Sprawiać, aby to muzeum było „jakieś", aby ludzie chcieli tam wracać. Współczesny wiedz - onetowo polsatowy jest zbyt niecierpliwy i niedojrzały już do tej formy ekspozycji. Albo Muzeum to zrozumie, albo nadal będzie powiększać dystans między sobą i widzem, narzekać na obniżający się poziom zwiedzających i brak środków.
I n
Autor: Niestały Bywalec

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>