Edward Hartwig

Edward Hartwig (1909-2003)
Wystawa w Muzeum Nadwiślańskim Kamienicy Celejowskiej - czytaj...

fot.: fototapeta.art.pl
Jeden z najbardziej znanych na świecie polskich fotografików, urodzony w Moskwie. Pejzażysta, fotograf teatralny, fotograf architektury, fotograf sportu, eksperymentujący z technikami fotograficznymi i barwą, którą zaczął interesować się w latach 90-tych.
Jego twórczość wymyka się wszelkim klasyfikacjom.
Stworzył niepowtarzalny styl, w którym aktorem jest światło, wydobywające kształty natury.
Fotografia nie była dla niego dokumentem, a obrazem fotograficznym...

Urodził się w Moskwie. W czasie Rewolucji Październikowej razem z rodzicami wyjechał z Rosji i trafił do Lublina. Tu ukończył szkołę powszechną i Gimnazjum im. St. Staszica, uczęszczał też do prywatnej szkoły malarstwa Henryka Wiercińskiego. Jako uczeń odgrywał niewielkie role w Teatrze Miejskim.

Pozostawał pod wpływem Łukaszowców, był częstym gościem w Kazimierzu.
Na początku lat 30-tych przejął po ojcu pracownię fotograficzną przy ul. Narutowicza 19 i z żoną Heleną, aktywną fotograficzką, członkinią ZPAF, prowadził własny zakład. Zaczął publikować swoje fotografie, uczestniczył w wielu wystawach; w 1930 r. odbyła się jego pierwsza wystawa indywidualna. Zdjęcia Hartwiga ukazały się jako pięć lub sześć okładek krakowskiego magazynu „As".
W latach 1935-37 studiował w Wiedniu w Instytucie Graficznym w pracowni prof. Rudolfa Kopitza i Hansa Daimlera, gdzie zetknął się z dorobkiem światowej fotografii. Po powrocie przekonał się, że w Lublinie nie ma nowoczesnego sprzętu, na którym mógłby pracować. Razem z ojcem sporządzili rysunek pokazujący jak powinna wyglądać kamera. Wykonał ją wg. ich projektu miejscowy rzemieślnik. Był to aparat z dużymi kasetami, wielkość negatywu wynosiła 9x12.

W swoim zakładzie wykonywał głównie portrety, ale realizował też zamówienia np. na dokumentację otwarcia lubelskiej jesziwy.
Oddawał się także własnym poszukiwaniom twórczym, jak je określał - „do tapczanu". W tym okresie fotografował Lublin, szczególnie Stare Miasto i okolice. Początkowo fascynował się fotografią Jana Bułhaka, a to z racji tematyki, tj. krajobrazu, nie zaś formy - kalkowania natury. Tworzył zdjęcia nastrojowe i tajemnicze, fotografując wczesnym rankiem, nie wykorzystując światła słonecznego. Wkrótce z tegoż powodu zyskał miano „mglarza". Eksperymentował zarówno przy fotografowaniu jak i przy procesie obróbki odbitek. Klatki poddawał najrozmaitszym zabiegom: prześwietlał fragmenty lub stosował filtry własnego pomysłu.
Twórczość Hartwiga do czasu wybuchu wojny to okres bardzo jednolity stylowo. Większość zdjęć z „okresu lubelskiego", (m. in. fotografie przedstawiające dzielnicę żydowską, do której fotografowania przekonał go Wiktor Ziółkowski), przepadła w czasie wojny, szczególnie podczas bombardowania Lublina 9 września 1939 r., kiedy to jedna z bomb zniszczyła pracownię jego ojca. Podczas tego samego bombardowania zginął Józef Czechowicz...
Zdjęcia, które ocalały zachowały się głównie dlatego, że były to prace eksponowane na Wystawie Fotografii Ojczystej w 1939 r. w Warszawie (25 fotografii). Nie zostały one zwrócone autorowi przed wybuchem wojny.

Od 1944 do 1947 r. Hartwig przebywał w obozie pracy NKWD w Borowiczach. Po powrocie do kraju przeniósł się do Warszawy, gdzie mieszkał do końca życia.
Stale eksperymentował, poszukując nowych środków wyrazu i sposobów kształtowania obrazu fotograficznego, mi. in. łączenia elementów graficznych z fotografią realistyczną. Na przełomie lat 40-tych i 50-tych nawiązywał do nurtu fotografii subiektywnej. W latach 50-tych tworzył fotografie operujące kontrastującymi formami, łącząc abstrakcję kompozycji z dokumentalną funkcją fotografii. W latach 60-tych włączył się w nurt fotografii eksperymentalnej, stosując przetworzenia i multiplikacje. W latach 90- tych zainteresował się barwą obserwując płoty z wiszącymi na nich podartymi plakatami lub z graffiti. Jedna z pierwszych wystaw fotografii barwnej Hartwiga odbyła się w Galerii Teatru NN w Lublinie.
Członek założyciel Lubelskiego Towarzystwa Fotograficznego i Związku Polskich Artystów Fotografików, członek zagranicznych stowarzyszeń fotograficznych, laureat wielu nagród i wyróżnień. Jego prace były eksponowane na ponad 30 wystawach indywidualnych w kraju i za granicą oraz na niezliczonej ilości wystawach zbiorowych, z których najbardziej prestiżowe to wystawa „10 Fotografików Świata". Wydał ponad 20 albumów, spośród których najsłynniejszy - „Fotografika" wydany przez „Arkady" w 1958 roku miał 20 edycji w różnych krajach Europy.
oprac. na podstawie materiałów z Osrodka Brama Grodzka Teatr NN
Modlitwa, 1929r.

Julia Hartwig (czytaj...)
Wywiad z bratem
(wywiad opublikowany w Wirtualnej Bibliotece Ośrodka Brama Grodzka Teatr NN)
„Najpierw chciałem być malarzem. I do dziś nie potrafię powiedzieć, czy wynikało to z upodobania do pejzażu - który dotąd stanowi ulubiony temat moich zdjęć i którego ujęcia przeszły przez tyle faz od pierwszych moich prób aż do ostatnich - czy też na moją słabość do malarstwa wpłynęła fascynacja środowiskiem malarskim i jego życiem.
Pamiętam wycieczki, jakie odbywałem wraz z moim kolegą do Kazimierza nad Wisłą. Z Lublina nie było to daleko. Kazimierz był wtedy miasteczkiem z prawdziwymi domami, prawdziwymi zabytkami i prawdziwymi mieszkańcami. Dziś jest to dworzec zajezdny, przez który przepływają dziesiątki turystów.
Bardzo piękny, ale na wpół martwy dla tych, którzy znali to miejsce przed wojną. Pamiętam tamtejsze chłopskie jarmarki, małe żydowskie sklepiki, dzwony bijące w kościołach, letników przyjeżdżających z całymi rodzinami i dziećmi - i przede wszystkim malarzy. Był to okres szkoły Pruszkowskiego i Bractwa Świętego Łukasza. Na ulicach porozstawiane niemal co krok sztalugi, przy każdej z nich ekscentryczna postać z paletą w jednej, pędzlem w drugiej ręce. Na schodkach i rozkładanych stołkach studenci ze szkicownikami. Widywałem ich u Berensa, gdzie przychodzili na posiłki zakrapiane nie rzadko alkoholem, z zazdrością słuchałem dobiegających mnie odgłosów ich beztroskich rozmów, zachwycały mnie ich białe wymięte spodnie płócienne, kolorowe szale na szyjach i zgniecione kapelusze chroniące głowy przed słońcem. Pierwszy raz zobaczyłem ich przy stoliku, na którym palił się ogień na półmisku czy w wazie, dziś już nie wiem. Może był to poncz, może zapalono rum a naleśnikach - dla mnie ten ogień i oświetlone jego odblaskiem wesołe twarze o ciekawym wyrazie stały się jakby symbolem czegoś odmiennego, piękniejszego od reszty świata. Wiedziałem, że często nie mieli grosza przy duszy i nieraz zmagali się z biedą, bywało, że nie starczało im na farby i płótna albo na jedzenie, ale ich sposób życia wydawał mi się najgodniejszy naśladowania. Różnice zachowań i obyczajów w różnych środowiskach społecznych były wówczas ogromne. Panowie mieszczuchy potrafili jeszcze wybrać się na trawkę w lakierkach i nawet młodzi ludzie ubierali się na co dzień starannie, nie było jeszcze mowy o niczym w rodzaju dżinsów lub noszonych dziś czasem przez młodzież, nawet uniwersytecką, kombinezonach robotniczych.
Co tu dużo mówić - zapragnąłem znaleźć się w tej atmosferze sztuki i pozornej beztroski, tego odmiennego fasonu i odmiennych trosk".
Czytaj więcej na stronach Osrodka Brama grodzka teatr NN

Panorama z furmanka 1935r.
Wspomnienia córki - Ewy Hartwig - Fijałkowskiej.
"Kazimierz pamiętam, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Lublinie. Ale jak byłyśmy małe, to pamiętam ten Kazimierz pełen malarzy, to co ojciec wspominał. Teraz już ten Kazimierz wygląda zupełnie inaczej, to już nie jest to samo. Trudno zobaczyć malarza malującego, natomiast częściej zobaczymy malarza sprzedającego swoje prace. Tak, że ten Kazimierz zupełnie się zmienił.
Ja myślę, że najpiękniejsze to są te wąwozy. To jest uroczysko po prostu o każdej porze dnia. I przede wszystkim nie w sobotę i w niedzielę, tylko w taki normalny okres czasu, nie w sezonie. Nawet jak deszczyk popada. Ale to ma cały urok właśnie w wąwozie, żeby sobie postać, żeby sobie popatrzeć. Poza tym panorama na drugą stronę, na Janowiec. Strasznie mi brakuje właśnie tych malarzy i tych ludzi, którzy fotografują. Brakuje mi tej atmosfery kazimierskiej. Zupełnie innej niż teraz, bo nawet już jak zaczęły się te festiwale sztuki ludowej, to też już było strasznie tłoczno. To znaczy, może jeszcze wolałabym tamtą atmosferę niż to co się w tej chwili dzieje, że tam są te festiwale filmowe. To było takie bardziej ludowe. Te jarmarki na przykład, z prawdziwego zdarzenia. Przecież ja mam jeszcze kilka zdjęć ojca z tymi furmankami, to było coś.
Dom Marii Kuncewiczowej to jest miejsce trochę inne. Wyobcowane jak gdyby z architektury kazimierskiej. Jest takie troszkę zimniejsze optycznie. Mieliśmy z ojcem kłopoty, żeby to jakoś sfotografować, a to musiało się tam znaleźć. To jest zupełnie coś innego. Na pewno samo miejsce jest bardzo ciekawe ze względu na postać, ale troszkę odbija od Kazimierza." czytaj całość...
źródło: Ośrodek Brama Grodzka teatr NN
*
Z Edwardem Hartwigiem rozmawiają Anna i Andrzej Bernat
„Nowe Książki" nr 12/1999: źródło - Ośrodek Brama Grodzka Tetar NN

„Król polskiej fotografiki mieszka w centrum Warszawy, ale z nostalgią wspomina swój rodzinny Lublin. Wśród secesyjnych mebli, obrazów Kononowicza i Filipiaka porządkuje swoje obszerne archiwum. Edward Hartwig jest jednym z nielicznych polskich fotografików, którego nazwisko figuruje w prestiżowych encyklopediach fotograficznych. Jego prace znajdują się w wielu znaczących kolekcjach muzealnych w Polsce i na świecie. Mistrz pozostaje człowiekiem skromnym Z upodobaniem udaje się w podróże swoich wspomnień. Wtedy jego zdjęcia zaczynają żyć własnym życiem.

Światło, które mieszka w bramie

Zamiłowanie do fotografii odziedziczył po ojcu, który prowadził swój zakład fotograficzny najpierw w Moskwie, a potem, po powrocie do Polski, po 1917 roku w Lublinie:
- Po tragicznej śmierci mojej matki pomagałem ojcu w prowadzeniu zakładu - wspomina Edward Hartwig - ale moją prawdziwą pasją było wtedy malarstwo. Chodziłem do szkoły malarskiej profesora Wiercińskiego.
Z artystyczną bohemą dwudziestolecia spacerował nad Bystrzycą, po Wrotkowie i Kalinowszczyźnie. Podglądał malarzy i słuchał poezji: - W szkole malarskiej nie było rygoru, ale byli tam wspaniali ludzie. Wówczas poznałem techniki malarskie, najbardziej lubiłem pastele.
Pewnego dnia ojciec dał mu aparat fotograficzny 9 x 12 cm ze statywem, trzy kasety i kazał zrobić zdjęcia. 16-letni Edward wybrał się na Stare Miasto. Wtedy powstały pierwsze zdjęcia Hartwiga: wąskie uliczki, domy z oknami z wykuszem i wiszące nad drzwiami latarenki. Zachowało się tylko jedno z tych zdjęć. W kolorze sepii, pełne poezji i nostalgii wisi w warszawskim mieszkaniu do dziś. Ten sam fragment Starego Miasta namalował Kononowicz po zdjęciu Hartwiga. Reszta wczesnych zdjęć zaginęła w czasie wojny, ale to cudownie ocalało: - Odbitkę się najpierw sepiowało, a potem płukało w chlorku złota. I to jest częściowy złotobrom - tłumaczy Hartwig.
- Najważniejsze jest światło - tłumaczy Edward Hartwig. - Światło mieszkało w bramie tylko 10 minut, właśnie wtedy trzeba zrobić zdjęcie. Kiedyś na Starowi spotkał dwie Cyganki i poprosił, żeby następnego dnia dokładnie o dziesiątej przyszły pod Bramę Trynitarską. Tak powstało jedno z najlepszych przedwojennych zdjęć. Cyganki w bramie wyglądają jak oświetlone reflektorami. Jedna jest w widocznej ciąży, a druga pochylona zaciąga się papierosowym dymem.

Pożyczeni zakonnicy
- Innym razem potrzebni mi byli do zdjęcia zakonnicy, poszedłem więc do klasztoru Kapucynów, gdzie znałem ojca przeora i poprosiłem, aby mi pożyczył dwa habity, ale on habitów nie mógł pożyczyć, tylko pożyczył mi dwóch zakonników. Zakonnicy pięknie "zagrali" w pejzażu Starówki i przeszli do historii fotografii.
Na innym zdjęciu dwie zakonnice, napotkane przypadkiem, wędrują o półmroku do bazyliki o.o. Dominikanów.

Zapomniana historia lubelskich Żydów
Pan Edward pamięta przedwojenną ulicę Lubartowską. Dorożki wypełnione Żydami z pejsami, w rytualnych strojach i białych skarpetkach: - Uwieczniłem na zdjęciach jeden z najpiękniejszych tematów, Żydzi w dorożkach siedzieli przylepieni do siebie, nigdy nie śpieszyli się, chodzili powoli. Wodę nosili w drewnianych nosidłach. To były piękne tematy.
Pewnego razu odwiedził go pewien Żyd i poprosił o zrobienie zdjęć z otwarcia joszibotu, wyższej uczelni rabinackiej przy Lubartowskiej: - Na ręce miałem przepustkę z gwiazdą, teren otoczony był drutem kolczastym...
Fotografował całe Podzamcze, dzielnicę żydowską. Niestety, żadne z tych zdjęć nie ocalało: - Bomba spadła na Hotel Europejski, gdzie na tyłach mój ojciec miał zakład...
Spotkałem Czechowicza przed śmiercią
Z lat 20. i 30. Hartwig zapamiętał nie tylko zachwyt Lublinem, lecz także ludzi, którzy potem zamieszkali w jego pamięci. (...) kolegą Hartwiga był Józef Czechowicz: - To był uroczy i skromny człowiek...
Czechowicz często odwiedzał Hartwiga w jego pracowni i wprowadził go w świat artystycznej cyganerii. Do dziś pamięta tamto tragiczne spotkanie, trzeciego dnia wojny na Krakowskim Przedmieściu, gdy Czechowicz szedł ogolić się do fryzjera w Hotelu Wiktoria. Za chwilę był nalot, Czechowicz wychodził z hotelu, gdy spadła bomba.

Zakochany w Kazimierzu
Poza rodzimym Lublinem szczególnym sentymentem darzy Hartwig Kazimierz: - Do dziś cierpię na niedosyt Kazimierza - wyznaje ze szczerością artysta.
Przed wojną Hartwig lubił fotografować Kazimierz oblepiony wzgórzami. Robienie tych zdjęć sprawiało mu ogromną przyjemność. Dopiero kilka lat temu spotkała go ogromna radość. Pewnego dnia odwiedził go dyrektor Wydawnictwa UMCS w Lublinie i zaproponował wydanie jego albumów o Lublinie i Kazimierzu. Albumy składają się tylko ze starych, archiwalnych zdjęć: - Na tych zdjęciach jest Kazimierz, który zapamiętałem, który pokochałem.
Na zdjęciach Hartwig pokazuje "otoczkę" miasteczka, jego klimat, nastrój, otaczające go drzewa. Przed wojną do Puław jeździł koleją, a potem szedł do ukochanego Kazimierza piechotą. Pamięta Marię Kuncewiczową, która napisała piękną przedmowę do jego albumu. Ostatnio coraz częściej marzy o tym, żeby jeszcze zobaczyć Kazimierz, pospacerować po kocich łbach i wąwozach.

Adept sztuki malarskiej
W 1937 roku Hartwig wyjechał na studia do Instytutu Grafiki w Wiedniu, do pracowni profesorów Rudolfa Kopitza i Hansa Daimlera: - Pamiętam, jak podczas zajęć przy każdym pulpicie pracowało dwóch studentów - wspomina Edward Hartwig.
Podczas studiów zetknął się z trendami fotografii światowej, ale nie chciał nikogo naśladować. Wówczas tworzy już własny styl fotografii.

Przepustka do Europy
Jeden z najbardziej znanych w Polsce i na świecie albumów Hartwiga "Fotografika" powstaje pod wpływem polskiej szkoły plakatu, którego był wielkim entuzjastą, a także pod wpływem plakatu japońskiego: - Zrezygnowałem z półtonów, i to nie tylko w pejzażu, wprowadziłem też pewne grafizmy do portretu, do fotograficznego traktowania człowieka.
Do albumu włączył sporo zdjęć z zagranicy, z Paryża, Brukseli: - Myślałem, że to ludzi zainteresuje, wtedy mało kto wyjeżdżał.
Album wydano według autorskiej koncepcji Hartwiga. Artysta po latach mówi, że komponowanie tego albumu sprawiło mu ogromną radość. Potem "Fotografika" została sprzedana Holendrom, którzy rozprowadzili ją po całej Europie: - To właśnie dzięki temu albumowi miałem potem wystawy zagraniczne - wspomina Hartwig - i jak mnie witali gdzieś, gdzie nie wiedzieli, jak wyglądam, to trzymali ten album w górze...

Odważnie i bez retuszu
"Kulisy teatru" pokazują teatr odważnie i od podszewki. Portrety aktorów cieszyły się ogromnym powodzeniem. Pewnego razu odwiedziło Hartwiga dwóch mężczyzn, którzy koniecznie chcieli kupić od niego portret Węgrzyna. Potem okazało się, że dzięki zdjęciu mogli wejść do teatru na premierę. Odwiedzili Węgrzyna w jego garderobie i powiedzieli, że są fotografami.

Tysiąc dolarów za stare zdjęcie

Edward Hartwig wspomina, jak w latach 50. Amerykanie z Houston chcieli kupić jego stare zdjęcie za tysiąc dolarów. Wtedy była to niemal niewyobrażalna kwota, ale w Ameryce nie można było kupić zdjęć bezpośrednio od autora, tylko za pośrednictwem galerii. Zdjęcia wysłał do Stanów przez ZAiKS, zapłacił podatek i dostał trzysta dolarów.

Czy drzewa słuchają Chopina?
W 1995 roku Hartwig wydał swój pierwszy album w kolorze "Spotkania z Chopinem. Żelazowa Wola". Albumu dawno nie ma w księgarniach, ktoś wykupił... cały pięciotysięczny nakład. Pewnego wieczoru pan Edward zobaczył, jak w Wiadomościach prezydent Kwaśniewski wręcza jego album królowi Belgii...
Żelazowa Wola w fotografii Hartwiga jest jak kolorowy sen: - Muzyki Chopina słucha nie tylko człowiek, drzewa też go słuchają, cała przyroda - mówi artysta - i nie ma Polski bez Chopina.

Mój halny
W ostatnim albumie Hartwiga "Halny" powalone wichurą limby, zastygły w cierpieniu Chrystus przyprószony śniegiem i trzewia drzew: - Choć nie lubię dokumentować tragedii, to dramat może być piękny, gdy ktoś go umie odczytać - mówi Hartwig.

Jeden z dziesięciu
Dorobek Hartwiga obejmuje niezliczoną ilość wystaw. Jako jedyny polski twórca dwukrotnie został zaproszony do udziału w organizowanej na Zachodzie wystawie "Dziesięciu wybitnych fotografów świata". Artysta jest także posiadaczem zaszczytnego tytułu Honorary Excellence FIAP, medalu Miasta Paryża i medalu Miasta Bordeaux.

Patron honorowy
W czerwcu br. Edward Hartwig objął po raz drugi honorowy patronat nad II Ogólnopolskim Konkursem Fotograficznym "Człowiek", który zorganizowano w Świdniku: - Żałuję, że nie mogłem osobiście przyjechać do Świdnika - mówi artysta. Dzięki komisarzowi konkursu Katarzynie Gruczoł w Miejskim Ośrodku Kultury w Świdniku można było obejrzeć wystawę unikalnych fotografii Hartwiga. Artysta obiecał, że za rok obejmie po raz kolejny patronat nad konkursem przeniesionym do jego ukochanego Lublina: - Śni mi się ten wasz konkurs po nocach i bardzo podoba mi się, że organizatorzy są tacy serdeczni i elegancko załatwiają sprawy - powiedział Hartwig. - Cieszą mnie wystawy kameralne i w niewielkich środowiskach. Chciałbym, żeby w kolejnym ogólnopolskim konkursie pokazano trochę zwykłego ludzkiego szczęścia.

O fotografach
Edward Hartwig pozostaje, mimo spektakularnych sukcesów, człowiekiem niezwykle skromnym i z rozbrajającą szczerością wyznaje: - Naprawdę nie wiem, dlaczego czwarta osoba pisze pracę magisterską na temat mojej fotografii.
O polskich fotografikach mówi z wielką sympatią, choć woli nie używać nazwisk: - Powodzenie niesie ze sobą także wielu wrogów, ale w Polsce jest tylu młodych zdolnych, choć za mało u nas reprezentatywnych wystaw.
Za wyjątkowy skandal uważa wystawę Interpress Foto: - Przecież reportaż to fotografia, której nie trzeba tłumaczyć, bo sama opowiada o zdarzeniach.
Hartwiga rażą podpisy pod zdjęciami, "pokazywanie mordowania ludzi" i przemocy.

Marzenia mistrza
Edward Hartwig ma swoje marzenia. Niektóre wydają się banalne, ale chciałby przyjechać do Lublina i koniecznie do Kazimierza, jeśli zdrowie pozwoli. A największe marzenie?
- Marzę o tym, aby zorganizować wystawę fotografii niechcianych, moich archiwalnych zdjęć, które z jakichś powodów nie znalazły się w albumach ani na wystawach i mają po kilkadziesiąt lat.

Fotografia istnieje od 160 lat, a Hartwig robi zdjęcia od 70. Bez wątpienia jego twórczość trudno byłoby zaszeregować do jakiegoś nurtu, choć wywarł wpływ na kilka pokoleń fotografów. Kolejne fotografie były rodzajem osobistego notatnika, ulegały w różnych okresach jego życia przemianom, grafizacji, zabiegom podwójnej ekspozycji. Po latach przyznaje, że nigdy nie fascynował się sprzętem, a aparaty miał konieczne:
- I nigdy się w życiu ani przez chwilę się nudziłem, a teraz porządkuję moje archiwum - archiwum zdjęć niechcianych." źródło: Osrodek Brama Grodzka teatr NN
czytaj też...
czytaj też...
czytaj też...

 

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>