Czwartek

Dzień 6
„Sala samobójców"
Pomijając fakt, iż wydaje mi się, że film „Sala samobójców" nie jest przeznaczony dla wszystkich, dla każdego widza - myślę, że wart polecenia, przede wszystkim, dla młodych ludzi w wieku bohaterów (czas okołomatutralny) oraz ich rodziców (jako przestroga!) - to jednocześnie wydaje mi się, że będzie to film ważny dla polskiego kina. Z kilku podstawowych powodów.
Po pierwsze, jest to film bardzo aktualny, „trzymający rękę na pulsie". Temat przywiązania młodych ludzi do komputera, Internetu, bezgranicznego zaufania nowym mediom oraz zagrożenia od nich uzależnienia - jest problemem „tu i teraz". Film dzięki temu nie jest obrazem Polski 2011 roku, lecz szerzej - obrazem czasów „kultury obrazu", dzieci mp3, Facebooka i Internetu. Świata, w którym opinia wyrażona przez znajomych na internetowym portalu społecznościowym może zamknąć nastolatka w pokoju, doprowadzić na skraj samobójstwa, a przyjaźń z wirtualną znajomą zastąpić możliwość porozumienia z najbliższymi. Jednocześnie tu nie ma prostego oskarżenia - Internet to ucieczka, ale też poszukiwanie zrozumienia i bliskości, której nie ma w domu. Film odważnie oskarża rodziców - ukazanych tu jako bogatych, obracających się w świecie polityki i międzynarodowych korporacji, zapewniających dziecku byt materialny, prywatną szkołę średnią i szofera, ale nie znających uczuć swojego dziecka, w gruncie rzeczy naiwnych i niedojrzałych w swym oburzeniu na „gejowskie" zachowania syna i pytaniu z wyrzutem „czego ci brakuje?".
Po drugie - formalna strona filmu. To zdaje się będzie pierwszy polski film, który tak odważnie wykorzystał świat wykreowany przez technikę komputerową, gdzie część akcji rozgrywa się w świecie wirtualnym, w środowisku gry komputerowej, gdzie widz może utożsamiać się nie tylko z bohaterem (aktorem), lecz także jego awatarem (wirtualnym odpowiednikiem).

To niewątpliwie film oryginalny jak na polską kinematografię, wart uwagi przykład udanego pełnometrażowego debiutu. Reżyser Jan Komasa dał się już poznać jako twórca jednej z nowel filmu „Oda do radości", w „Sali samobójców" sprawnie rozwinął skrzydła.
Beata Lisowska

*
Grzegorz Królikiewicz
Aktor Franciszek Trzeciak podczas spotkania w „Cafe Kocham Kino" powiedział, że jedynym reżyserem traktującym swój zawód poważnie i z pasją jest Grzegorz Królikiewicz. Królikiewicz to twórca niezwykle czuły na fałsz, człowiek, który „nigdy nie porzuca swoich poglądów, bo ich po prostu nie ma, ma za to dowody, które zbiera".
Dziś podczas festiwalu odbyła się cykliczna „Lekcja kina", intymna spowiedź artysty, spowiednikiem my - widzowie. Wyjątkowa okazja, by „wyciągnąć" z wybitnego artysty prawdę - dowody. Grzegorz Królikiewicz potrafił czekać wiele lat, by zrealizować film według własnej koncepcji, przetrwać czas niekorzystny, nieodpowiedni. W trakcie spotkania podkreślił, że w sztuce obowiązuje prawo jaskrawości, stąd też można pewne aspekty prawdziwego życia wyostrzyć, napisać wytłuszczoną czcionką. W sposób skoncentrowany powiedzieć o uczuciach po imieniu. Wtedy też, w opinii reżysera, okazuje się, kto jest tchórzem, nikczemnikiem, a kto aniołem. To taka przewrotność, która każe szukać coraz głębiej. Temat zbrodni, a jednak reżyserowi, jak wyznał, nie chodziło o mord, lecz tylko o miłość, „uczucie najpiękniejsze i przy tym najbardziej ostateczne".
Królikiewicz, jak zaznaczył, bardzo wcześnie oswojony został z tematem śmierci, w trakcie wojny, jako małe dziecko, podchodził do takich obrazów bezrefleksyjnie, po woli oswajając się z widokiem nieżywego ludzkiego ciała. Z punktu widzenia teologicznego samo myślenie o zbrodni jest już podobnej miary złem, jak zbrodnia. Powinniśmy czuć odpowiedzialność za nasze ukryte myśli, znane jedynie nam samym i Bogu. Czyn i topór zostają zastąpione intencją.
Grzegorz Królikiewicz buntownik, „awanturnik", „z zawodu łobuz z kaprysu profesor".
Iza Łapińska

„Jeszcze żyję"
To intrygujący, zaskakujący film. Oglądany bez „wprowadzenia" - będzie odebrany jako dramatyczna rejestracja trudnych chwil z życia znanego amerykańskiego aktora Joaquina Phoenixa (min. filmy: Gladiator, Osada, ), który po odniesieniu sukcesów w świecie filmowym odczuwa znużenie i postanawia przejść na aktorską emeryturę oraz rozpocząć „nowe życie" jako raper, niezależny twórca muzyki hip-popowej. To wybór dość nieoczekiwany, budzący sprzeciw współpracowników, agentów i przede wszystkim fanów aktora. Tym bardziej, iż okazuje się, że zdolności do pisania, aranżowania i wykonania muzyki aktorowi brakuje. To doprowadza go zresztą do skraju nerwowego załamania.
Na pokazie na festiwalu (drugim - na życzenie widzów, gdyż pierwszy seans nie zmieścił wszystkich chętnych) film zyskał wprowadzenie Grażyny Torbickiej, która nie pozostawiła widzom złudzeń: to nie będzie zwykły film dokumentalny. To mocumentaries - nowy, zyskujący coraz większą popularność gatunek, w którym fikcja udaje dokument (na Festiwalu Dwa Brzegi poświęcono mu odrębną sekcję, więcej do poczytania na: http://www.dwabrzegi.pl/mocumentaries/).
Mamy tu zatem do czynienia z mistyfikacją, udawaniem dokumentu, zaaranżowaniem sytuacji. Gdy bohaterem staje się słynny, przystojny, amerykański aktor, który u szczytu sławy nagle zmienia swój image i zainteresowania - wydaje się, że celem filmu było poddanie pod wątpliwość sensu kreowania wizerunku artysty. Razem z mainstreamowym aktorem zastanawiamy się, czy ktoś znany i popularny może pozostać sobą, czy jest kimś ukształtowanym pod oczekiwania fanów? W filmie obserwujemy, że realizowanie samego siebie może być bardzo trudne.
Na szczęście w finale oglądamy aktora podczas wieńczącej ten filmowy eksperyment podróży: z L.A. w rodzinne strony, gdzie tak, jak będąc dzieckiem, pływa w nurtach dzikiej rzeki. Jakby chciał nam powiedzieć: jedynie tu mogę pozostać naturalny, pozostać sobą.
Beata Lisowska

 

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>